Najczęściej od gier przygodowych wymagamy tego, żeby prezentowana historia intrygowała. Właśnie wtedy zwykle odpalamy klasyczne point&click i dajemy się ponieść dobrej zabawie. Ale czy trzeba sięgać po nieco starsze produkcje, aby znów poczuć ten niepowtarzalny klimat przygody? Otóż nie, bowiem niezależne studio Stuck In Attic udowadnia, że nadal można stworzyć rozrywkę, przy której spędzimy kilka dobrych godzin i nie będzie to czas zmarnowany.

Gibbous: A Cthulhu Adventure to ich debiutancka produkcja, balansująca na krawędzi komedii i horroru, czerpiąca garściami z prozy H.P. Lovecrafta, a także przygodowych klasyków LucasArts i filmów Hitchcocka. Ale nie tylko to jest wyjątkowe w tym tytule. Otóż twórcy postawili na typową dla przygodówek z lat 90. ubiegłego wieku barwną, ręcznie rysowaną grafikę 2D, która już w samej zapowiedzi gry sprawia, że chce się dłużej pozostać przed monitorem. Czy jednak ta rozgrywka broni się także pod względem fabularnym? O tym przekonacie się z tej recenzji. Uwaga tylko na gadające koty!

Screen z gry
A wszystko przez jedną księgę…

Przygoda rozpoczyna się w momencie, gdy prywatny detektyw, Don R. Ketype, dostaje zlecenie, aby odszukać bardzo wyjątkową i niezwykle niebezpieczną Księgę Umarłego Prawa, zwaną Necronomicon. W tym celu udaje się do biblioteki, skąd rychło zostaje uprowadzony. Następnie akcja skupia się na młodym bibliotekarzu, Buzzie Kerwanie, który przypadkowo odnajduje zaginioną księgę. Nieświadomy, że ma do czynienia z oryginalnym Necronomiconem, odczytuje treść jednego z zaklęć i sprawia, że jego kotka Kitteh zaczyna mówić ludzkim głosem. Taka sytuacja wielce nie podoba się zarozumiałemu zwierzakowi, więc Buzz musi zrobić wszystko, aby zdjąć z niego klątwę. Tak zaczyna się tajemnicza, zwariowana i przezabawna historia, w której musimy rozwiązać mnóstwo łamigłówek, ale kiedy na scenę wkraczają kultyści, trzeba brać nogi za pas.

Witaj ciemności, stara przyjaciółko*

Gibbous: A Cthulhu Adventure broni się przede wszystkim fabularnie. Na przemian wcielamy się w dwóch wspomnianych wcześniej bohaterów (a także w samą Kitthen) i wraz z nimi zwiedzamy różne lokacje, zbieramy przedmioty, rozwiązujemy zagadki i rozmawiamy z postaciami niezależnymi. Istotną rolę w całej rozgrywce odgrywają dialogi, dzięki którym zdobywamy wiele potrzebnych informacji bądź zostajemy nakierowani na rozwiązanie danej łamigłówki. Kitthen może dosięgać przedmiotów znajdujących się poza zasięgiem Buzza, natomiast Don z czasem zyskuje potężną moc. Dzięki niej potrafi przywołać wspomnienie związane z konkretną rzeczą, co pozwala mu poznać fakty z przeszłości. Obie te opcje są niezbędne do ukończenia gry i warto z nich często korzystać, ponieważ dzięki nim zdobywamy „osiągnięcia”. Ponarzekać mogę jedynie na to, że historia z czasem staje się zagmatwana. Tak jakby twórcy chcieli upchnąć w danym momencie jak najwięcej wątków, szczegółów i nawiązań do opowiadań Lovecrafta, gubiąc po drodze chronologiczny przebieg wydarzeń.

Wracając jednak do samych łamigłówek, Gibbous: A Cthulhu Adventure posiada ich całe mnóstwo. Na szczęście są one na tyle dobrze przemyślane i inteligentnie ułożone, że rozwiązanie ich nie przynosi większych trudności. W grze pojawiają się również zagadki logiczne, ale nie są one mocno skomplikowane, a dla fanów Lovecrafta powinny wydać się wręcz śmiesznie łatwe. Natomiast do samego ekwipunku wpadają nam jedynie przedmioty, które użyjemy tylko w danej lokalizacji. Na duży plus zasługuje także czarny humor. Niewątpliwie zakończenie całej rozgrywki szokuje. Mam nadzieję, że powstanie ciąg dalszy, bo tak nie można tego zostawić.

Screen z gry
Klimat lat 90.

Największą zaletą Gibbous: A Cthulhu Adventure jest przede wszystkim oprawa audiowizualna. Jak wspomniałam już na początku, twórcy postarali się o barwną, ręcznie rysowaną grafikę 2D oraz tradycyjną animację poklatkową typową dla przygodówek z lat 90. ubiegłego wieku, ale z zachowaniem obowiązujących standardów HD. Do tego klimatu dodaje jeszcze ścieżka dźwiękowa, odmienna dla prawie każdej lokalizacji, ale niestety nie zawsze pasująca do danej sytuacji. Aczkolwiek można na to przymknąć oko. Warto też nadmienić, że dubbing w języku angielskim stoi na wysokim poziomie (nawet u postaci drugoplanowych), jednak znajdziemy wpadki w polskim przekładzie dialogów. Zdarzają się literówki, niezrozumiałe sformułowania albo w ogóle brak tłumaczenia. Mimo wszystko nie są one denerwujące i nie przeszkadzają w samej rozgrywce.

Screen z gry
Ja chcę jeszcze raz!

Gibbous: A Cthulhu Adventure to Lovecraft w zabawnym wydaniu, przy którym miło spędzicie niedzielne popołudnie. Nie tylko dostarczy wam dużej ilości rozrywki, ale także sprawi, że jeszcze przez długi czas będziecie rozpamiętywać tę historię, a niektóre treści zapadną głęboko w pamięci. Do teraz w głowie szumi mi Witaj ciemności, stara przyjaciółko, którą jeden z bohaterów nucił pod nosem. Dodać do tego jeszcze czarny humor i gadającego kota. Czy można prosić o więcej? Można! Kategorycznie żądam więcej takich gier. Jeżeli zatem jesteście fanami przygodówek i klasycznych point&clicków, to koniecznie zapamiętajcie sobie ten tytuł albo już teraz w niego zagrajcie. 

*Fragment piosenki The Sound of Silence, który pojawia się w grze.

  • Ciekawa fabuła inspirowana twórczością Lovecrafta,
  • Dużo czarnego humoru,
  • Całe mnóstwo przemyślanych łamigłówek,
  • Świetna oprawa audiowizualna.

 

  • Drobne potknięcia w tłumaczeniu,
  • Niedopasowana muzyka do danej sytuacji.

 

Odpowiedz

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię