Jak dobrze być Bogiem! „Godhood” – recenzja gry

-

Bóg ciężki żywot ma, gdy swe obowiązki zna! A zwłaszcza, że jego wyznawcy nie należą do najbystrzejszych istot na globie…
Słuchaj no, teraz modlisz się do mnie!

Pierwszym etapem rozpoczęcia swojej boskiej przygody jest kreacja bóstwa. Mamy sporo opcji do wyboru. Od płci, poprzez wygląd, do wyznawanej doktryny. I osobie takiej jak ja, która ceni wolność ponad wszystko, zaświeciły się oczy. Fabuła jest streszczona w krótkiej wstawce początkowej — przypadkowy wyznawca usłyszał nasz boski głos i postanowił podzielić się z resztą plemienia dobrą nowiną odnośnie objawienia. Co współplemieńcy na to? Obijają nas i każą się wynosić. Zaczynamy więc z mają grupą oddanych kultystów, ukrytych gdzieś głęboko w lesie. Później standardowa procedura, czyli dużo kazań, opowieści przy ognisku i rozbudowa naszej wioski.

Nowych wyznawców możemy zdobywać na dwa sposoby — rozmową na temat życia i śmierci przy ogniu lub najazdem na inną wioskę. Zaskakujące, ale ta druga metoda jest nad wyraz skuteczna.

Screen z gry

Boskie ikony w ilości hurtowej

Godhood lubi wszelkiego rodzaju obrazki i ikonki. Baardzo lubi. Ledwo zaczniemy rozgrywkę, a gra zasypie nas lawiną informacji. To jest do tego, to do tamtego. Czyli pierwsze pół godziny spędzamy na czytaniu, o co tu w ogóle chodzi. Co jakiś czas zbieramy swych wyznawców i spośród nich wybieramy championów. Ci dołączają do naszej drużyny, zyskują punkty doświadczenia w trakcie walki i dobieramy im odpowiednią klasę postaci. A tych jest całkiem sporo. 


Doktryny, które na wstępie wyglądają jak ważny element całej zabawy, okazują się tylko bonusami do poszczególnych klas postaci. Także wybór bóstwa lubującego się w seksualnych przyjemnościach lub w ofiarach z ludzi nie ma najmniejszego znaczenia. 

Screen z gry

Jednak różnorodność nijak przekłada się do taktyki, gdyż ta działa na zasadzie przeciwieństwa. Czarodziej mroku bez problemu wygrywa z druidem, jednak jego szanse  przeciwko świetlistym wojownikom są zerowe. I tyle. Nie ma różnicy czy dana postać to tank, healer czy dps. Wybór składu drużyny polega na doborze opozycyjnej klasy.

Budynków jest kilkanaście i do ich budowy potrzebujemy… czasu i poziomu. Po prostu odblokowujemy nowe chatki i stawiamy je w wolnym miejscu. Te zapewniają surowce lub bonusy dla poszczególnych klas. Choć te premie dla naszych wyznawców i tak nic nie dają, jeśli trafią na swoją kontrę w postaci opozycyjnej klasy.

Screen z gry

Jestem bugiem, nie Bogiem

Początkowo Godhood zaskakuje, daje sporo frajdy i relaksuje. Im dalej w dżunglę, tym bardziej stajemy się wściekłym bogiem wojny pokroju Aresa. Czas jest tutaj największym wrogiem. Nie tylko ogranicza  rozgrywkę (bo ta jest zamknięta w ramach czasowych), ale i prowadzi do procesu starzenia się naszych wyznawców. Kapłan z wysokim poziomem zaczyna tracić większość swoich statystyk, zmuszając nas do mozolnego tłuczenia słabszych przeciwników świeżymi rekrutami, co zabiera nam kolejne minuty.

A walka to totalna loteria, bo wszystko, od umiejętności, poziomu życia drużyny czy tego, kto rozpocznie pierwszą turę, jest dobierane losowo przed bitwą. Często przegrywamy z dużo słabszym przeciwnikiem, który miał szczęście i jego postacie rozpoczęły potyczkę jako pierwsze z najmocniejszymi zdolnościami specjalnymi. Pomysł na początku mi się podobał, ale w momencie, gdy dochodzimy do dalszych etapów gry, to zaczyna się czysta frustracja. Nawet nie mamy wpływu na poziom zdrowia naszej drużyny, bo ten jest (a jakże) przypadkowy.

Screen z gry

A i lepiej nie przerywać rozgrywki w tej grze. Serio. Po kilku dniach wróciłem do swojego zapisu. Nagle otrzymałem kilka poziomów. Skąd? Nie wiem, ale przy okazji moi wyznawcy byli tak wściekli moją “nieobecnością”, że przestali wykonywać jakiekolwiek polecenia. Wychodzi na to, że Godhood toczy się dalej, nawet jeśli nie jest włączony!

Oraz ostateczny gwóźdź do trumny — cena. Na Steamie czy Gogu gra kosztuje powyżej stu polskich złotych. Przypomnę, że mówimy tu o produkcji typu indie. Która gra się w większości sama, posiada chaotyczną mechanikę walki i irytujące mechanizmy. A no i gra wciąż jest w Early Access.

Screen z gry

Błagam, znajdźcie sobie nowego Pana!

Godhood to jedne z największych rozczarowań, jeśli chodzi o gry iIndie. Już zacierałem ręce na dziesiątki godzin bycia bóstwem, rządzenia i dzielenia, a nagle okazuje się, że niewiele mam do roboty, a moje boskie moce w sumie są mało potężne. Już zdecydowanie lepiej wrócić do leciwego Black& White 2. Tam przynajmniej można faktycznie wpływać na swoich poddanych, pomagając im albo zrzucając głazy na ich domostwa… Jedyne, co uratuje tę produkcję, to masa patch’ów i zmiana rozgrywki o sto osiemdziesiąt stopni.

  • Zacna grafika,
  • Spore możliwości wyboru aspektów bóstwa,
  • Godzinna rozgrywka relaksuje.

 

  • Gra “atakuje” gracza nadmiarem informacji,
  • Walka polega na losowości,
  • Rozgrywka toczy się bez nas,
  • Ponad sto złotych za indyka? I to nieskończonego!?

Obejrzyjcie nasz gameplay:

podsumowanie

Ocena
3

Komentarz

„Godhood” to produkcja, która przez pierwszą godzinę zachwyca, po trzech frustruje, a po czwartej nie mamy ochoty jej oglądać więcej na oczy. Zdecydowanie gra niegodna polecenia. Szkoda, bo zapowiadało się wyborne danie, a otrzymaliśmy zupkę z torebki.
Mateusz Zelek
Gdyby urodził się 65 milionów lat temu, to na pewno byłby dinozaurem. Ogromny fan prehistorycznych gadów i wszystkiego, co z nimi związane. Dziennikarz specjalizujący się w grach wideo i wiążący z nimi swoją zawodową przyszłość. Nie pogardzi także dobrą lekturą.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu