Is this the real life? „Bohemian Rhapsody” – recenzja filmu

Freddie Mercury, fenomenalny frontman Queen, to bez wątpienia jeden z najwybitniejszych wokalistów w historii. Jego niesamowity, czterooktawowy głos otworzył mu drzwi do wielkiej kariery oraz serc fanów. Niestety wielu z nas nie spełni już marzenia o usłyszeniu go na żywo, zmarł bowiem w 1991 roku, w wieku czterdziestu pięciu lat. Czy Bohemian Rhapsody zapisała się w mojej pamięci jako produkcja warta uwagi i należycie opowiadająca życie tak barwnego człowieka?
Is this just fantasy?[2]

Gdyby istniała możliwość podróży w czasie, to jednym z dni, które chciałabym przeżyć, byłby 13 lipca 1985 roku. To właśnie wtedy stadion Wembley, podczas odbywającego się tam koncertu Live Aid, rozbrzmiał dźwiękiem, jaki wydać może jedynie siedemdziesiąt dwa tysiące widzów, klaskając w rytm utworu Radio Ga Ga. Mam ciarki zawsze, gdy w sieci oglądam relacje z tego wydarzenia, podziwiając nie tylko cudowny wokal Mercury’ego, ale też jego świetny kontakt z publicznością, a także niespożyte zasoby energii, którym dawał ujście podczas występu, chociaż lały się z niego strumienie potu. Właśnie tym koncertem rozpoczyna się Bohemian Rhapsody, a dokładniej ujęciem, gdy wcielający się w Freddiego Rami Malek wkracza na scenę.

Kadr z filmu „Bohemian Rhapsody”

Czas na show? W końcu produkcja opowiadająca historię powstania Queen – przez wiele osób uważanego za jeden z najlepszych (jeśli nawet nie najlepszy, jak w 2007 roku uznali słuchacze stacji BBC Radio 2) zespołów wszech czasów – powinna porywać serca. Nie będę ukrywać, że właśnie tego oczekiwałam. Czy to dostałam? Niekoniecznie. Na kinowym ekranie mogłam za to zobaczyć całkiem przyzwoity film o powstawaniu legendy muzyki – nie tylko początkach grupy, ale też o losach Freddiego, który jeszcze jako Farrokh Bulsara pracował na lotnisku, by później zostać gwiazdą światowej sławy, zdobyć serca milionów fanów i odejść z tego świata o wiele za wcześnie.

Caught in a landslide, no escape from reality[3]

Bohemian Rhapsody jest utworem, który zaprowadził Queen na szczyty sławy, nic zatem dziwnego, że właśnie ta piosenka posłużyła twórcom jako inspiracja do tytułu tej produkcji. Problem w tym, że droga na świecznik nie była prosta i przyjemna, a kontrowersje dotyczące Freddiego kładły się na niej długim cieniem – jego styl bycia i orientacja seksualna (określał się jako biseksualista) nie  wszystkim przypadła do gustu. Wokalista słynął też z organizowanych przez siebie imprez, bowiem nie liczył się z ponoszonymi kosztami – płacił niemałe sumy za jedzenie, trunki oraz używki, zaś jedne z jego urodzin osiągnęły koszt pięćdziesięciu tysięcy funtów.

Kadr z filmu „Bohemian Rhapsody”

Niestety Bohemian Rhapsody w Stanach Zjednoczonych otrzymał kategorię wiekową PG-13, więc nie zobaczymy tu zbyt wielu kontrowersyjnych materiałów. Nad seksualnością artysty gładko się prześlizgnięto, a przecież to niezwykle ważny aspekt jego życia i aż prosił się o to, by poruszyć go w produkcji. Tymczasem ten wątek pokazano stereotypowo, bez większego pomysłu, na dodatek zaś krzywdząco. Znając nieco więcej faktów z życia Freddiego, odnoszę wrażenie (no dobrze, to raczej pewność), że na ekranach kin możemy oglądać bardzo ładnie zrealizowaną laurkę, którą wystawiono Freddiemu niemal trzydzieści lat po jego śmierci – ledwie sugeruje się niewygodne fakty, a hulaszczy tryb życia wydaje się być domeną wyłącznie Mercury’ego. Za źródło problemu uważam fakt, że żyjący członkowie zespołu mieli przy produkcji Bohemian Rhapsody o wiele za dużo do powiedzenia.

Open your eyes, look up to the skies and see[4]

W tej laurce pojawiają się jednak elementy, na które warto zwrócić uwagę! Jestem bowiem szczerze przekonana, że rola Freddiego Mercury’ego będzie dla Ramiego Maleka (znanego między innymi z serialu Mr. Robot oraz filmów takich jak Noc w muzeum oraz Need for Speed) trampoliną do wielu poważnych ról. Bardzo się zdziwię (i absolutnie obrażę), jeśli tak się nie stanie, bo ten niespełna czterdziestoletni aktor ma niesamowity talent do oddawania emocji oczami – to, jak on gra swoim spojrzeniem! Majstersztyk! Widać, że poświęcił długie godziny, by opanować sposób poruszania się Freddiego i całkowicie wejść w jego buty. Nosił nawet specjalną nakładkę na zęby, upodabniającą go jeszcze bardziej do Mercury’ego, mającego charakterystyczny tyłozgryz.

Kadr z filmu „Bohemian Rhapsody”

Nie tylko pod względem obsady Bohemian Rhapsody okazuje się niezwykle dopracowany. Również sceny koncertów zrealizowane są fenomenalnie i nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że są to te momenty, gdy widz praktycznie czuje się jak na wydarzeniu, na którym występ daje jego ukochany zespół. To naprawdę cudowne wrażenia, wywołujące wiele emocji! Wierzcie albo i nie, ale był to pierwszy mój seans w kinie, kiedy ktoś kilka rzędów wyżej wybijał rytm We Will Rock You! Co więcej, moje stopy robiły to samo i to całkowicie bez mojej świadomości (ale jak tylko się zorientowałam, to zaczęłam jeszcze klaskać).

Nie ukrywam że doniesienia z planu nie były zachęcające – przecież to Sacha Baron Cohen miał wcielić się w Mercury’ego, zrezygnował jednak z udziału w filmie, bo nie zgadzał się z wizją żyjących członków zespołu. Ich zdaniem Bohemian Rhapsody nie powinien skupiać się wyłącznie na postaci nieżyjącego artysty, ale opowiadać też dalsze losy Queen. Zwolnienie Bryana Singera z funkcji reżysera też nie wróżyło nic dobrego. Jednak, pomimo tych wszystkich kłopotów, udało się zrealizować całkiem niezłą produkcję – owszem, mającą swoje wady, niemal cukierkową laurkę, ale jednak poruszającą te struny, których wibracje sprawiają, że płaczesz w duchu, bo wiesz, że nie usłyszysz już na żywo tego charakterystycznego wokalu. Mnie złapało za serce i pewnie przez kilka tygodni będę nieustannie słuchać piosenek Queen.

Tytuł oryginalny: Bohemian Rhapsody

Reżyseria:Bryan Singer

Rok powstania: 2018

Czas trwania: 2 godziny 14 minut


Tytuł recenzji,[2][3][4] Bohemian Rhapsody, Queen

Podsumowanie
Wynik
8/10
8/10
  • Ocena - 8/10
    8/10

Komentarz

Podobno mowa jest srebrem, a milczenie złotem. A ja napiszę zaś jedynie tyle, że Bohemian Rhapsody to laurka wystawiona fenomenalnemu muzykowi. Kupuję ją, chociaż nie jest idealna, bo łapie za serce i nie puszcza. Dwa punkty wyżej za ładunek emocjonalny.

Sending
Oceny czytelników
0/10 (0 votes)
Martyna Halbiniak

Lubi twierdzić, że nie wpisuje się w schematy, łamie konwencje i jest jedyna w swoim rodzaju, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę otacza się ludźmi o podobnych zainteresowaniach. Wyznaje zasadę, że czekolada nie pyta, ona rozumie, a sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu. Kocha książki (chociaż zagina im rogi), kinomaniaczka i serialoholiczka, wciąż znajdująca czas na kolejne inicjatywy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.