High Fantasy — o problemach z nazwaniem gatunku

-

Czym jest high fantasy? Jak opisać fantastykę jako gatunek? Czy ma to sens? Jak odróżnić podgatunki, skoro one nieustannie ewoluują, łączą się i rozdzielają, tworząc przedziwną mieszankę literackich motywów i tropów?

Te wszystkie pytania, i wiele więcej, pojawiły się w mojej głowie, kiedy postanowiłam odkryć mniej znane i ciekawe tytuły high fantasy. Miałam plan w związku z tematem miesiąca kwietnia: korzystając z zasobów Kindle Store, chciałam pokazać takie powieści, które nie zostały opublikowane w Polsce. I dziwnie odbiłam się od przysłowiowej ściany. 

Definicja high fantasy

Fantastyka dzieli się na trzy gałęzie: science fiction (zwane też fantastyką naukową), horror (wszelaka literatura grozy) i fantasy (ta od magii, miecza, dziwnych ras i podobnych; często mylona z samą fantastyką). I ta podstawa drzewka gatunkowego dzieli się dalej, tworząc dość zawiły system. Jest to definicja dość umowna, ponieważ chyba żaden badacz literatury nie stworzył jeszcze takiej prawdziwej i pełnoprawnej. Wszyscy próbują.

I chociaż wydaje się to dość łatwe, okazuje się, że nawet taki trójdzielny podział sprawia trudności wielu osobom. Ileż to już razy słyszałam w filmikach booktuberów takie kwiatki, jak mylenie fantastyki z fantasy? Wiele.

High Fantasy
Tim Rebkavets

Podgatunki fantastyki są problematyczne. Doskonale przekonałam się o tym na przykładzie high fantasy. W mojej głowie, jako czytelnika, uformował się pewien zbiór cech, które powieść powinna mieć, żeby się do tego podgatunku zaliczać:

  • wysoka forma magii, a co za tym idzie nieco mistyczni czarodzieje i czarodziejki;
  • wielki konflikt dobra ze złem, który angażuje w walkę znaczną część świata;
  • świat zamieszkany przez różne rasy i stworzenia — tutaj zdecydowanie pojawienie się długowiecznych i szlachetnych elfów jest bardzo na plus;
  • podróż bohatera i klasyczne „przed wyruszeniem w drogę zbierz drużynę”;
  • mile widziana jakaś przepowiednia;
  • czuć w treści klimat raczej podniosły, więc żarty na bok;
  • na pierwszym planie nigdy nie pojawia się romans i miłosne rozterki bohaterów.

Przypomina to Władcę pierścieni? Tak, bo to bardzo klasyczny przykład high fantasy. Moje wyobrażenie też całkiem ładnie pokryło się z definicją z wikipedii („najlepsze” źródło wiedzy w internecie):


High fantasy, nazywany także Epic Fantasy lub Hero’s Quest – podgatunek fantasy charakteryzujący się przede wszystkim tym, że akcja opowieści dzieje się w innym, fantastycznym świecie (…) Głównym wyznacznikiem gatunku jest bohater, często wywodzący się z bardzo skromnego środowiska, który przezwycięża własne słabości będąc zaplątany w sytuację, nad którą nie ma kontroli. W miarę swej podróży bohater ten dojrzewa, staje się kimś niesamowitym i mimo przeciwności zwycięża nad złem i zepsuciem.

Co ważne, angielska wersja wiki podkreśla, że high fantasy nigdy nie zawiera w sobie magii i miecza, chociaż może łączyć się z innymi podgatunkami.

Definicja a rzeczywistość

Czyli prawdziwy powód tego tekstu — listy najlepszych powieści high fantasy w internecie. Większość będzie wymieniała Władcę pierścieni, długie cykle, jak Koło czasu czy Gra o tron (tu bym się zastanowiła, bo wielu czytelników kategoryzuje powieści Martina jako dark fantasy lub grim drak), plus twórczość pisarzy pokroju Brandona Sandersona czy Johna Gwynne’a. Cieszy mnie pojawienie się trylogii Pamięć, Smutek i Cierń Tada Williamsa, która zdecydowanie zasługuje na większy rozgłos. Na kilku listach widnieje Ursula K. Le Guin ze swoim Ziemiomorzem, co nie zaskakuje, ale w moim odczuciu (może to przez sposób narracji i formę przekazu) plasuje się ono gdzieś na pograniczu.

Zupełnie nie rozumiem wpisywania w obręb gatunku cyklu o Harrym Potterze — jak dla mnie ma on jedynie elementy high fantasy, ale nie koniecznie stawiałabym go obok twórczości Tolkiena. Ogółem na listach tych „naj, naj” dużo tytułów to powieści z pogranicza — nic dziwnego, skoro cała fantastyka jest dość płynnym gatunkiem. I wtedy pojawia się GoodReads i jego powieści otagowane jako high fantasy. I zaczynam rozumieć pewne trendy wśród młodych czytelników (czytelniczek w szczególności).

Teraz już wiem, że prawdziwą królową high fantasy okazuje się być Sarah J. Maas. Nie mogę oceniać jej powieści — żadnej nie czytałam i nie jest to krytyka. Ale z opinii krążących po internecie wnioskuję, że to autorka raczej fantasy awanturniczej, przygodowej, a nawet erotycznej. I ten obraz nijak się ma do moich szlachetnych elfów i potężnych magów próbujących naprawić świat oraz będących w konflikcie z mrocznym złem.

Maas w jej królowaniu towarzyszą Holly Black czy Elise Kova, których powieści już samymi okładkami przekonują mnie, że to nie jest high fantasy. Pojawia się moja ukochana seria Cień i kość, ale sama nigdy bym jej do tego worka gatunkowego nie wrzuciła. Ani tym bardziej trylogii Gołąb i wąż, bo powieści Shelby Mahurin nazwałabym romansem fantasy. A z kolei Extasia, która rzuca się w oczy dość specyficzną okładką, w samym blurbie nazwana jest horrorem.

W tym wariancie przyszłości na pewno nie chciałbyś żyć. „Empatajzer” – recenzja książki

Trendy fantastyczne w XXI wieku

Fantaści zdają się unikać pisania high fantasy — jest to gatunek dość klasyczny, który ma małe szanse przebicia się do szerszej publiczności. Jeśli już jakiś autor skłania się w tę stronę, to robi to w bezpiecznym pograniczu, tworząc ciekawą hybrydę. Odnalezienie tych perełek, w gąszczu wszystkiego innego, stanowi wyzwanie. Czytelnicy ciągle żyją w bańce autorek YA (na marginesie, co powtarzam po wielokroć, Young Adult nie jest gatunkiem literackim a kategorią wydawniczą, a New Adult nie istnieje), które zdominowały fantastykę. I chyba tylko Brandon Sanderson dał radę wybić się swoimi rozbudowanymi światami, śmiało mogę określić je mianem współczesnego high fantasy. Ale jest kilku autorów, o których warto wspomnieć (znajdują się też w tym nieszczęsnym tagu GoodReads).

  • John Gwynne i jego tetralogia Wierni i upadli (w Polsce wydana przez MAG) oraz nowa seria The Bloodsworn Saga;
  • Andrea Stewart i jej seria, The Drowning Empire, obecnie licząca dwa tomy;
  • Richard Swan z powieścią The Justice of Kings rozpoczynającą cykl Empire of the Wolf. Autor wcześniej popełnił trylogię science fiction, więc może być ciekawie;
  • Will Wight z bardzo długim cyklem Cradle (obecnie dziesięć tomów i kolejny zapowiedziany), pierwsza część nosi tytuł Unsouled.

Iwona Borkowska
Iwona Borkowskahttps://iwonamagdalena.pl/
Kobieta na emigracji. Mówi o sobie, że jest Gryzipiórką, bo nieustannie próbuje pisać. Czyta od kiedy skończyła 5 lat, najczęściej fantastykę. Ulubiona zabawa z dzieciństwa to szkoła i pisanie literek (chyba coś jej z tego zostało). Miała być dziennikarzem lub pracować w wydawnictwie — nie wyszło. Czasami stawia tarorta i chociaż bywa, że się sprawdza, to stwierdza, że jest z niej World Worst Witch. Nie może mieć czarnego kota, bo ma alergię (na wszystkie koty). Po godzinach udaje, że zna się na k-dramach.

Inne artykuły tego redaktora

2 komentarzy

  1. Zupełnie nie rozumiem tej bańki YA, o której wspominasz. Tak powtarzalnych schematów i głupich bohaterów z wymyślonymi problemami nie spotkasz nigdzie, jak dorośli inteligentni ludzie mogą to czytać?
    A co do hf to mam podobną wizję co ty i jakoś Martin mi nie pasuje do tego gatunku. Sanderson prędzej choć bym się wahał ale nie wszystkie jego serie. Ale czuć jakąś taką podniosłość w jego książkach. Ogólnie sprawnie ujęte że dużo autorów czy książek jest tak z pogranicza.

    • A ja nie rozumiem jak ty nie możesz rozumieć YA. YA jest fajne: Jutro, Żniwiarz, Strażnik. I co ja tam jeszcze czytałem.
      HF to HF jak na przykład „Oko czasu”.

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu