Co ten Internet z cykliczną czytelniczą paniką?

-

W dość regularnych odstępach na „fejsbuczkowych” grupach czytelniczych powraca zdjęcie z zeszłorocznego wywiadu z doktorem Krzysztofem Biedrzyckim, który ukazał się w „Gazecie Wyborczej ” w maju 2017 roku. Możemy na nim zobaczyć wytłuszczony fragment, informujący czytelnika, iż aktualna „liczba lektur jest przytłaczająca”, ponieważ przeciętny uczeń będzie musiał przeczytać od sześciu do siedmiu książek, dużo poezji i fragmentów obszerniejszych tekstów. Jak reagują miłośnicy czytelnictwa na ten wyimek? Niezwykle często – szyderstwem.

W takiej reakcji niepokoi wiele rzeczy, między innymi fakt, że czytający nie sięgają do źródła i nie chcą zapoznać się z całym tekstem, a swoje sądy opierają na specjalnie dobranym, wytłuszczonym fragmencie, mającym przede wszystkim zwrócić uwagę potencjalnego czytelnika. A tym, co nas najczęściej przyciąga to właśnie sensacyjność – pod tym względem redakcja „Wyborczej” zdecydowanie strzeliła w dziesiątkę. Szkoda tylko, że tak wiele osób na podstawie jednego fragmentu wyrabia sobie zdanie o przedmiocie artykułu, czyli uczniach. Inne kwestie budzące niepokój to niebranie pod uwagę kontekstu (trzeba by do tego przeczytać artykuł) czy różnic między czytającymi, niewiedza dotycząca tego, jak wygląda grafik przeciętnego ucznia (ponownie kwestia poruszona w artykule), a także zwykły brak wiedzy dotyczącej faktycznego stanu czytelnictwa. Nie, żeby raporty Biblioteki Narodowej nie były publikowane zupełnie za darmo w Internecie.

Zdjęcie artykułu z Gazety Wyborczej, które regularnie powraca w dyskusjach prowadzonych w mediach społecznościowych. Fot. Nieznany

Widzicie, nie liczy się ilość, a jakość (ktoś by pomyślał, że już to od dawna wiemy). A poza tym płynie z tego dość istotna lekcja: lamentując nad stanem czytelnictwa, najpierw przeczytaj cały tekst, zanim zaczniesz kogokolwiek o nieczytanie oskarżać.

Ci źli, niedobrzy, nieczytający licealiści i uczniowie

W ogniu krytyki, jak zawsze znalazła się młodzież, jakże często opisywana przez „tych dorosłych i dojrzałych” jako leniwa, marudząca, rozpieszczona. Wiele członkiń i członków grup czytelniczych, na których wypływa to i jemu podobne zdjęcia, z wyższością stwierdza, że oni mieli trzydzieści lektur i jakoś żyją; że celem szkoły jest pokazanie historii literatury oraz nauczenie czytania ze zrozumieniem; że siedem książek to oni czytają w tydzień i w ogóle o co chodzi. Podobne stwierdzenia powtarzają się z zatrważającą częstotliwością, a wszelkie głosy osób będących aktualnie w klasie ósmej, trzeciej gimnazjum albo na różnych poziomach liceum są zbywane i bagatelizowane. A przecież to są głosy pochodzące z grupy, której te rozmowy oraz regulacje związane z liczbą lektur bezpośrednio dotyczą – to oni mają najlepszy ogląd całej sytuacji, gdyż jest on ich codziennością. Oczywiście znajdziemy wśród licealistów i licealistek również takie osoby, które sformułują podobne opinie, wygłaszane zwłaszcza przez tych z klasy o rozszerzonych programach humanistycznych. Ale to nie są wszyscy uczniowie, nie wszyscy wybrali taką, a nie inną ścieżkę edukacji. Sęk w tym, że niebranie pod uwagę głosów przedstawicieli grupy, o której się dyskutuje, jest wysoce wątpliwą oraz nietrafną praktyką, o czym wiemy od co najmniej połowy wieku. Dobrze by było, żebyśmy o tym nie zapominali również w dyskusjach na „fejsbuniu” czy codziennych rozmowach – dużo łatwiej zdiagnozować, gdzie jest problem, jeśli osoby, których on dotyczy, pokażą go paluchem.

Źródło: Instagram Popbookownika

Inną kwestią pozostaje to, czy przeczytanie nawet setki książek kogokolwiek nauczy czytania ze zrozumieniem – mówiąc dość prosto, literki w słowa a słowa w zdania złoży każdy, ponieważ mamy obowiązek szkolny i każdego uczono umiejętności czytania. Tutaj dużo lepiej sprawdziłby się model zakładający zmniejszenie liczby lektur w zamian za wydłużenie czasu poświęconego na ich analizę, interpretację oraz poznanie historycznego i literackiego kontekstu. Zwłaszcza to ostatnie może wspomóc w poznawaniu historii literatury niż „przelecenie” przez trzydzieści książek. Jednakże, jak każde i takie rozwiązanie ma swoje zalety (pomaga nauczyć tego, jak rozumieć i badać teksty literackie) i wady (uczniowie poznają mniej tekstów uznawanych za kanoniczne czy klasyczne). A co za tym idzie – ten tekst nie jest miejscem na podobne rozważania.

Argument „ja tyle czytałem/łam i jakoś dałem/łam radę” przypomina niezwykle poręczny przykład, jaki pada w czasie zajęć na psychologii – prędzej czy później któryś z wykładowców nawiąże do tych jakże często wygłaszanych osądów. Otóż stwierdzenie „bo ja robiłem X i wyrosłem na ludzi” jest idealnym przykładem na istotność dokładnego zaplanowania eksperymentu oraz zachowania ostrożności w interpretowaniu uzyskanych danych. Żeby móc bowiem stwierdzić, że owo X nie miało/miało pozytywny albo negatywny wpływ na „wyrośnięcie na ludzi”, musielibyśmy cofnąć się w czasie, usunąć to X i porównać wyniki. A tego, jak się nietrudno domyślić, jeszcze nie umiemy – może lepiej, żeby tak zostało, ale to zupełnie inna kwestia.


Raporty z badań są super

Naprawdę, raporty czytelnictwa to wspaniały wynalazek, do którego zdecydowanie za rzadko sięgamy – zwłaszcza w dyskusjach dotyczących, no, czytelnictwa. Biblioteka Narodowa co roku publikuje wyniki przeprowadzanych ogólnopolskich badań nad czytelnictwem, co pewien czas rozszerzając swoje pole badawcze o dokładniejsze przebadanie konkretnej grupy. Ponadto w raportach analizie zostaje poddana nie tylko liczba czytanych książek w różnych grupach respondentów, podzielonych ze względu na wiek, płeć, wykształcenie czy miejsce zamieszkania, ale również, a może przede wszystkim, badaczki i badacze poszukują informacji dotyczących ogólnie rozumianej kultury czytania.

(Koryś, Michalak, Zasacka, Chymkowski, 2018, s. 12)

W 2017 roku sprawdzano między innymi jakie lektury wybierają badani, ale również bliżej przyjrzano się, jak to ujęto, zawodowym uczestnikom kultury książki – nauczycielkom oraz nauczycielom języka polskiego. Ten sam raport pokazał także, że pomimo nie za wysokiego wyniku w skali kraju oscylującego w okolicach 40% czytelników, w odpowiedziach ujawniły się przekształcenia samej kultury czytania, a także wyraźny wzrost znaczenia emocjonalnego nastawienia wobec lektury oraz satysfakcji z niej czerpanej. Oba wynikają z rozwoju technologii oraz przekształceń rozumienia tego, czym w zasadzie jest książka – czy musi mieć kodeksową, fizyczną formę, czy też może przybrać formę audio (audiobooki, słuchowiska) czy też cyfrową. Nie bez znaczenia pozostaje również rozwój cyfrowych społeczności poświęconych książkom (między innymi to na łamach takich grup toczą się opisane we wstępie dyskusje na temat złej, nieczytającej młodzieży). W 2016 przedmiotem zainteresowania badaczy były funkcje bibliotek w XXI wieku, jak i sprawdzenie, skąd ludzie biorą książki. Tak, dość subtelnie sprawdzano książkowe piractwo. Zresztą w tym roku również o te zagadnienia pytano, co dało możliwość porównania uzyskanych wyników. Jak sami widzicie – te raporty zawierają naprawdę interesujące dane dotyczące kwestii, o których uwielbiamy dyskutować, nie opierając się przy tym na rzetelnych danych, a jedynie na swoim widzimisię. Na dodatek są one dobrze i przejrzyście opracowane, a wszelkie tabelki omówione. Nie ma się więc ich co bać, dlatego do zaglądania oraz kartkowania ich zdecydowanie zachęcam.

(Koryś, Michalak, Zasacka, Chymkowski, 2018, s. 13-14)

Przede wszystkim jednak lektura takich raportów pozwoli nam uniknąć ferowania górnolotnych, pozbawionych potwierdzenia w badaniach empirycznych sądów, na przykład o „tych strasznych, nieczytających licealistach”. No właśnie, sęk w tym, że raport z czytelnictwa z 2017 roku wskazuje wyraźnie, że to najbardziej rozczytana grupa wiekowa. Tak, dokładnie, osoby między 15 a 24 (uczniowie oraz studenci) rokiem życia czytają najwięcej. Wśród mężczyzn w tej grupie wiekowej  1 książkę w ciągu roku przeczytało 54% respondentów, 3 lub więcej – 29%, a więcej niż 7 – 11%[1] (s. 13 i 14). W pozostałych wyodrębnionych przedziałach wiekowych (15–24 lata z wyłączeniem osób uczących się, 25–39 lat; 40–59 lat oraz 60+) wyniki te są za każdym razem niższe. Wśród badanych respondentek podobnie to najmłodsze wiekiem czytały najwięcej, przynajmniej 1 książkę przeczytało 65% badanych, co najmniej 3 – 44%, a 7 i więcej – 19% (s. 14). Znowu najwięcej czytających 7 lub więcej książek przypada na tę właśnie grupę wiekową. Podobną tendencję wskazuje cząstkowy raport za 2018 rok – w tej grupie najmniej osób stwierdzało, że nigdy nie przeczytało żadnej książki w ciągu roku (54% w porównaniu do 67% dla osób 60+), jedną do dwóch przeczytało 22%, od 3 do 6 – 18% (dla porównania osoby pomiędzy 25 a 39 rokiem życia było to już 12%, a w kolejnej grupach wartość nie przekroczyła 10%), 7 albo więcej książek tym razem przeczytała mniej więcej taka sama liczba respondentów – 11% (z 10% dla grupy 60+) (s. 3).

(Koryś, Michalak, Zasacka, Chymkowski, 2018, s. 68)

Autorzy opracowania z 2017 roku sugerują, że ma to ścisły związek z byciem w szkole oraz faktem, że w edukacji nadal silny nacisk kładzie się na poznawanie linearnych tekstów, nie zaś multimedialnych przekazów. Innymi słowy: podstawą zdobywania wiedzy wymaganej w szkołach są książki, a nie filmy, seriale czy gry. Nie na darmo w zestawieniu najbardziej poczytnych autorów (takich, których książki przeczytało co najmniej 1% respondentów) znaleźli się Henryk Sienkiewicz na miejscu drugim czy Adam Mickiewicz na miejscu czwartym (s. 68). W zeszłym roku jeszcze autor słynnej trylogii dzierżył koronę bycia najczęściej wybieranym autorem, w 2017 jednak wyprzedził go Stephen King i to sporo – bo aż 60 osób zadeklarowało przeczytanie chociaż jednej jego powieści w porównaniu do 38 czytelników Sienkiewicza. W raporcie przeczytamy również, że twórczość Henryka Sienkiewicza dociera do odbiorców głównie przez szkołę, jako szkolna lektura, co czwarty respondent wymieniający książki tego autora był uczniem (s. 69).

Źródło: Instagram Popbookownika

Drugim, poza wiekiem, silnie powiązanym z liczbą przeczytanych książek czynnikiem jest rodzaj wykonywanej pracy zawodowej. Tutaj sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, bo poza czytaniem literatury, dochodzi również kwestia tekstów specjalistycznych – tak książek, jak i prasy. Ale spójrzmy na te same kategorie, co wcześniej, czyli dotyczące samych książek, ale pod kątem wieku i wykonywanej pracy. W grupie uczniów i studentów co najmniej 1 książkę przeczytało 75% respondentów i respondentek, 3 lub więcej – 45%, a więcej niż 7 – 19% (s. 15). Tym razem jest to druga na liście grupa najbardziej rozczytana, pierwsze miejsce zajmują bowiem aktywni zawodowo różnej maści specjaliści (kolejno: 71%, 49%, 23%). Różnice pomiędzy obiema tymi grupami nie są jednak wielkie – wynoszą za każdym razem 4% (s. 15). Co ciekawe, specjaliści nieaktywni zawodowo, a więc będący w wieku emerytalnym bądź przebywający na rencie, czytają jeszcze więcej (kolejno: 74%, 52% i 35%). Takie zintensyfikowanie praktyk czytelniczych może sugerować istotny związek z czasem wolnym, który można poświęcić na lekturę oraz przyzwyczajeniami do czytania wynikającego z chęci, a nie przymusu. Raport w kwestii niczego nie rozstrzyga, ale jest to ciekawa zależność, która przekłada się również na szkołę.

Nie czytam, bo muszę na angielski

W kwestii samej analizy nowej podstawy programowej, odsyłamy do wymienionego na początku wywiadu z doktorem Biedrzyckim, dla tego tekstu ona sama nie ma bowiem aż takiego znaczenia. To co istotne dla tego tekstu, to fakt, że wiele komentujących wyimek z „Wyborczej” nie zwraca uwagi na cały kontekst artykułu, koncentrując się jedynie na wyłuskanym jego fragmencie. Tym samym potwierdzając brzydką w cybersferze tendencję do oceniania tekstów „po łebkach” – nagłówkach, śródtytułach, a nawet jedynie towarzyszących im ilustracjach czy zdjęciach. Przykładem tego ostatniego było ogromne oburzenie, jakie wybuchło (i co pewien czas również wraca jak bumerang), gdy w sieci pojawiło się zdjęcie młodzieży w muzeum, która zamiast oglądać dzieła sztuki, wpatrywała się w ekrany telefonów. No bo jak to tak? Gapić się w ekran, kiedy za plecami wiszą dzieła Rembrandta?! No – tak, gapili się, ponieważ korzystali ze stworzonej przez muzeum aplikacji, która pozwalała im lepiej zrozumieć ów obraz (Molloy, 2016).

Źródło: Instagram Popbookownika

Wracając jednak do Polski, czytelnictwa i robiącego regularnie furorę fragmentu wywiadu: jeśli weźmiemy pod uwagę to, jak współcześnie wygląda szkolna codzienność uczniów – te siedem powieści, niewiadoma liczba utworów lirycznych oraz wyimków z tekstów większych zaczyna wyglądać inaczej. Na czytelniczych grupach wypowiadają się również, chociaż są systematycznie uciszani, a ich głosy pozbawiane wiarygodności, licealiści oraz licealistki. Wskazują oni, że problemem nie jest samo „czytanie” (liczba lektur do przeczytania), ale cała reszta aktywności i obowiązków szkolnych. W kontekście te siedem książek dla wielu to już za dużo. Inaczej bowiem wygląda kwestia przeczytania opasłej powieści, gdy w tym samym tygodniu (a często nawet dniu, chociaż w teorii taka sytuacja nie powinna mieć miejsca) czekają dwa sprawdziany z dwóch albo trzech niepowiązanych tematycznie przedmiotów, kartkówka oraz przepytanie na ocenę. A po szkole? Po szkole bardzo często są zajęcia dodatkowe – kursy językowe, korepetycje, zajęcia sportowe – niby nieobowiązkowe, ale bez nich często trudniej jest poradzić sobie w szkole, w której nauczyciele i nauczycielki niekoniecznie mają czas, aby poświęcić uwagę każdemu jednemu uczniowi we wciąż za dużych klasach. Niezależnie jednak od naszej oceny czy tych zajęć jest dość, czy za dużo, jedno jest pewne – po ostatniej reformie oświaty życie uczennic i uczniów znowu się zmieniło. A to z kolei oznacza, że porównywanie doświadczeń osób sprzed tej reformy i tych po niej nie jest miarodajne, ponieważ mówimy faktycznie o innych sytuacjach oraz okolicznościach. Świat nie stoi w miejscu, doświadczenia każdej grupy wiekowej będą się od siebie różniły, ponieważ co pewien czas system oświaty jest zmieniany – i warto o tym pamiętać. Ach, no i pamiętajmy, że ludzie są różni, czytają różnie, mają różne zainteresowania oraz różne sposoby podejścia do lektury – nie wszyscy są w stanie przeczytać coś, co im się nie podoba i szybciej chwycą za coś, czego na liście lektur nie ma, spróbują zbudować robota albo pójdą pograć w piłkę.

Problem istnieje, ale nie tak się go rozwiązuje

Tak, mamy problemy z niskim poziomem czytelnictwa, 40% (wyniki z 2017) czy 38% (wyniki z 2018) osób czytających to jest mało – ale tego faktu nie zmieni ani wyszydzanie najbardziej rozczytanej grupy wiekowej, ani wyszydzanie w ogóle. Najwyraźniej nie zmienia tego również system oświaty, mający w swoich założeniach włączenie uczennic i uczniów do kultury czytelnictwa – jeśli by tak było, rok rocznie uzyskiwane przez Bibliotekę Narodową wyniki powoli, bo powoli, ale jednak by rosły. Tym, co na pewno nie pomoże nic, jest rozpętywanie cyklicznych internetowych dyskusji, w których błotem obrzuca się tę grupę, która najmniej na to zasługuje – głównie dlatego, że nikomu nie chce się przeczytać raportów z badań, ani, o zgrozo, komentowanego artykułu.


Bibliografia

Koryś, I., Michalak, D., Zasacka, Z., Chymkowski, R., Stan czytelnictwa w Polsce w 2017 roku, Warszawa: Biblioteka Narodowa 2018.

Koryś, I., Chmykowski, R., Stan czytelnictwa w Polsce w 2018 roku. Wstępne wyniki, Warszawa: Biblioteka Narodowa 2019.

Molloy, M., The real story behind a viral Rembrandt ‘kids on phones’ photo, “The Telegraph”, 16.01.0216, https://www.telegraph.co.uk/news/newstopics/howaboutthat/12103150/Rembrandt-The-Night-Watch-The-real-story-behind-the-kids-on-phones-photo.html.


[1] Wyniki mogą nie sumować się do pełnej 100, co wynika z wyłożonych w raporcie metodologicznych decyzji oraz z faktu, że w niektórych pytaniach można było wybrać więcej niż jedną odpowiedź.


Zdjęcie wprowadzenia: Patrycja Jankowska

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu