Wywiad z Martą Kisiel

Marta Kisiel to polska pisarka i tłumaczka, tworząca powieści w ramach nurtu fantasy. W jej książkach znajdziecie nietuzinkowe poczucie humoru oraz groteskowe wariacje na temat tego gatunku. Największą sławę przyniosła jej powieść Dożywocie wydana w 2010 roku. Natomiast kolejna zatytułowana Nomen Omen nominowana została do Nagrody Literackiej im. Janusza A. Zajdla. Przy okazji premiery jej najnowszego dzieła Toń miałam okazję zadać pisarce kilka pytań.

Agnieszka Michalska: Przyznam szczerze, że gdy sięgałam po Toń, nie wiedziałam kompletnie, czego mam się spodziewać. Opis nic mi nie zdradził. A im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym moje zdziwienie z każdą chwilą rosło. Rozumiem, że uwielbia Pani wodzić swoich czytelników za nos, powoli stopniując napięcie?

Marta Kisiel: Na tym chyba polega cała zabawa, prawda? Gdybym prowadziła czytelnika prościuteńko, jak po sznurku, od punktu A do punktu B, potem C i tak dalej, to szybko zacząłby marudzić, że go skarpetki obcierają, że widoki nie dość widoczne, a tak w ogóle to daleko jeszcze?… Czytanie książek przypomina trochę jazdę samochodem. Można wybrać autostradę, a można trasę przez wsie i opłotki. Autostrada niby prosta i wygodna, że nic tylko jechać, ale po godzinie człowiek zaczyna sobie powieki taśmą do czoła przyklejać, żeby mu z tej przebrzydłej monotonii nie opadły. Tymczasem trasa przez wsie i opłotki, choć wolniejsza, to ciągła zmiana tempa jazdy i krajobrazu za oknem, to co rusz jakieś łuki i zakręty, przyczajone traktory, ukryte wyboje albo na przykład Tour de Ciarka, jak mawiamy z mężem, czyli peleton niestrudzonych kolarzy przez dwadzieścia kilometrów z okładem. Krótko mówiąc — dzieje się! Podobnie jest z książkami. Im lepiej autor wodzi czytelnika za nos, tym mniejsze szanse na nudę. A czytelnik nudzić się nie lubi.

„Toń” – egzemplarz recenzencki

AM: W Pani najnowszej powieści roi się od trupów. Jak Pani przygotowywała się do sięgnięcia po wątki kryminalne? Skąd inspiracja?

MK: Jak powszechnie wiadomo, nic tak nie ożywia fabuły jak porządny trup — przekonałam się o tym już przy okazji Nomen omen, dlatego w Toni sięgnęłam po sprawdzoną taktykę… tylko bardziej. Nie przygotowywałam się do tego jakoś szczególnie, bo też nie pisałam rasowego kryminału, a zaledwie powieść z wątkiem kryminalnym. Starałam się jedynie ukryć tożsamość sprawcy na tyle dobrze, by stanowiła niespodziankę dla czytelnika, ale też niepostrzeżenie umocować go w fabule na tyle, by uniknąć efektu zwanego niegdyś elegancko deus ex machina, obecnie zaś „rozwiązaniem kompletnie od czapy”.

AM: Na jakiego typu źródłach oparła Pani swoją wiedzę, która tworzy historyczne i symboliczne tło powieści?

MK: Zaczęło się od Mikrokosmosu Normana Daviesa, ale przede wszystkim sięgałam po relacje bezpośrednich świadków opisywanych wydarzeń. To one są najważniejszym, nieocenionym źródłem emocji i szczegółów, często pomijanych w poważnych opracowaniach naukowych z uwagi na ich znikomą wartość historyczną. Zabrzmi to może nieco makabrycznie, ale właśnie takimi drobiazgami, ułamkami cudzych traum i wspomnień, karmi się wyobraźnia kogoś takiego jak ja. Suche fakty nie zawsze wystarczą, by wiarygodnie zbudować scenę pełną wzruszenia, radości czy strachu, kiedy mowa o wydarzeniach historycznie tak już odległych.

AM: Dolny Śląsk znowu króluje w Pani powieści. Rozumiem, że Wrocław skrywa w sobie jeszcze wiele tajemnic, które będzie chciała Pani odkryć?

MK: Och, bez dwóch zdań, przecież ledwo co liznęłam temat. Historia Wrocławia i Dolnego Śląska jest niebywale fascynująca i złożona, a ja bardzo chętnie jeszcze w niej pobuszuję. W końcu jednymi z moich ulubionych lektur z czasów dzieciństwa były tak zwane Pany Samochodziki — obudziły we mnie zamiłowanie i do historii jako takiej, i do książek, które się do niej odnoszą. A na domiar złego jestem przebrzydłą polonistką i wprost uwielbiam grzebać w źródłach…

Martę Kisiel miałam okazję spotkać podczas tegorocznego Pyrkonu.

AM: Czy myślała Pani o jakimś wspólnym projekcie z inną autorką? Powiedzmy na przykład z Martyną Raduchowską? Piszą Panie w podobnym klimacie, zapewne niejeden czytelnik pewnie marzy o Waszej wspólnej książce.

MK: Nie powiedziałabym, że podobnym — nasze drogi rozeszły się dość mocno. Martynę ciągnie do cyberpunku czy też szerzej pojętego SF, w którym może w pełni wyzyskać swoją wiedzę i pasję. Mnie z tymi klimatami zdecydowanie nie po drodze. Coraz wygodniej mi w niszy zwanej fantastyką obyczajową i właśnie w tym kierunku planuję się rozwijać.

AM: Jesteśmy świeżo po premierze Toń, ale czy jeszcze w tym roku możemy spodziewać się kolejnej Pani powieści?

MK: Oczywiście, że tak i nieprawdą jest, jakobym ścigała się z Remigiuszem Mrozem. Ot, efekt kumulacji — zyskałam sporo czasu na pracę twórczą i teraz kończę rozgrzebane projekty, stąd aż trzy premiery w 2018 roku. Latem ukaże się moja pierwsza książka teoretycznie dla dzieci, w praktyce zaś dla wszystkich, czyli Małe Licho i tajemnica Niebożątka, jesienią zaś antologia pod tytułem Pierwsze słowo, która — jak liczę — dobitnie dowiedzie, jak bardzo nie umiem pisać opowiadań…

 

Serdecznie dziękuję pisarce za czas poświęcony na udzielenie odpowiedzi.

Recenzję książki Toń znajdziecie pod tym linkiem.

Zdjęcie główne: Klaudia Woźniak fotograf/Uroboros
Pozostałe zdjęcia: Agnieszka Michalska

Agnieszka Michalska

Agnieszka Michalska

Pasjonatka czarnej kawy i białej czekolady. Wielbicielka amerykańskich seriali i nienasycona czytelniczka książek, ale nie znosi romansów. Podróżuje rowerem i pisze fantastyczne powieści - innymi słowy architekt własnego życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.