Wielkie umysły. „Flash” – recenzja 4. sezonu

Produkcje należące do Arrowverse mają swoje lepsze i gorsze momenty, jeśli chodzi o Flasha, te złe chwile przypadły na trzeci sezon serialu, który był najzwyczajniej w świecie nudny, ckliwy, łzawy, nijaki… Mogłabym tak jeszcze trochę wyliczać. Pojawiło się więcej dziur logicznych niż zazwyczaj i dodatkowo doszły dylematy moralne bohaterów, które zamiast chwytać widza za serce, sprawiały, że chciało się wyłączyć serial.

Nawet zakończenie i związany z nim cliffhanger nie wzbudziły większego zainteresowania, były bowiem przewidywalne. Niestety jeśli chodzi o tamten sezon Arrowverse, Flash plasował się najniżej, jeżeli mowa o wciągającej i porywającej treść. Nic więc dziwnego, że nie czekałam z utęsknieniem na nową odsłonę przygód Barry’ego Allena i jego przyjaciół, zwłaszcza że Iris dostawała coraz więcej czasu antenowego.

Tak, mogłam powiedzieć „Dość!” i zapomnieć o tym serialu, ale to by się kłóciło z moim uwielbieniem do wszystkiego, co superbohaterskie. Dlatego nie mogłam sobie odmówić przyjemności (czy wątpliwej, dowiecie się poniżej) obejrzenia czwartego sezonu Flasha. Co o nim sądzę?

Kadr z serialu „Flash”
Witaj w domu, Barry!

Barry zniknął (poświęcił się, znowu) i nic nie wskazuje na to, że wróci do Central City, Caitlin opuściła zespół, a Julian powrócił do Londynu (nie ma to jak zmarnowanie potencjału na rozwój historii ciekawej postaci). Team Flash musi sobie jakoś radzić z niebezpiecznymi złolami atakującymi miasto, dlatego używa wszystkich dostępnych środków, choć te czasami bywają zawodne. Pewnego dnia pojawia się mechaniczny samuraj, który żąda spotkania z Flashem, w przeciwnym razie He will huff and puff i zniszczy Central City. Cisco i reszta muszą więc wymyślić sposób na to, jak sprowadzić Barry’ego ze Speed Force. A do tego przyda się pomoc panny Snow, która odcięła się od przyjaciół.

Jak łatwo się domyślić, ekipie ze Star Labs w końcu udaje się sprowadzić swojego przyjaciela, niestety podczas pobytu w Speed Force… zwariował. Mówi dziwne rzeczy, bez składu i ładu, używa nieznanego języka, ogólnie nie jest sobą. Ale spokojnie, przecież serial nie będzie opowiadał o zbzikowanym Flashu, bardzo szybko wszystko wraca do normy. Tak, rzekłabym nawet, że za szybko.

Po pierwsze, dlaczego przyjaciele Barry’ego dopiero postawieni pod ścianą zdecydowali się go sprowadzić z powrotem? Czemu Allen po powrocie tak szybko wrócił do normalności? Jasne, to serial Arrowverse – czemu oczekuję sensu w tym, co się w nim wyprawia… Niestety pierwsze odcinki nowego sezonu nie należały do najlepszych. Jedynie motyw terapii par, Iris i Barry wybrali się do psychologa, żeby zrzucić ciężar leżący na ich sercach, a związany z nagłym powrotem Allena do Central City, wniósł powiew świeżości do nudnawej historii.

Kadr z serialu „Flash”
Inteligencja kontra szybkość

Na szczęście im dalej w las, tym robi się ciekawiej. Niestety nadal nie jest to poziom, jaki zaprezentowano w pierwszej czy drugiej odsłonie obrazu.

Pojawia się nowe zagrożenie, tym razem nie mamy do czynienia z kolejnym speedsterem, tylko kimś niesłychanie mądrym, kto przewidział miliony wariantów zachowań protagonistów, potrafi zapobiec zagrożeniu ze strony Flasha, a jego jedyny cel polega na pozbyciu się technologii z ludzkiego życia i zmienienie mózgu przedstawicieli homo sapiens. Powrót do korzeni, wyzerowanie danych, prostota przekazów. W końcu technologia to zło, które doprowadziło do tego, że świat jest taki jaki jest. Clifford DeVoe, bo to on snuje niecne plany zmiany ludzkiego życia, powoli łączy ze sobą poszczególne puzzle tak, aby jego plan nabrał kształtów.

Tworzy nowych metaludzi, by później odebrać im moce (i nie tylko, bo dobrym ciałem także nie pogardzi). Są mu one potrzebne, aby pokonać zagrożenie ze strony Team Flash. Naszemu złolowi pomaga jego oddana i kochająca żona – Marlize. Oboje antagoniści to nie byle jakie płotki – są mądrzy, zdeterminowani i mają sporą przewagę nad protagonistami. Pokazanie tragizmu ich związku zasługuje na uwagę, widać, że twórcy wykrzesali z siebie sporo pomysłów, tworząc ten wątek.

Muszę przyznać, że z jednej strony ci źli, jak to przeważnie w Arrowverse bywa, okazują się ciekawi – mają jakieś powody do tego, by zachowywać się tak, a nie inaczej, rozwijają się (DeVoe staje się szaleńcem, jego żona wkracza na ścieżkę normalności), ale z drugiej odniosłam wrażenie, że to wszystko, ta cała walka i wzajemne przepychanki oraz pokazywanie, jak to Clifford wie wszystko, za bardzo się ciągnęły. Były odcinki, kiedy ewidentnie twórcy nie mieli pomysłu na poprowadzenie fabuły (szukanie kolejnych nowych meta wcale nie dostarczało porządnej dawki emocji).

Kadr z serialu „Flash”

A skoro już o nowych postaciach mowa, na uwagę zasługuje tak naprawdę tylko jedna z nich (pomijam teraz antagonistów, bo ci już zostali wspomniani i ich także można uznać za dobrze skonstruowanych bohaterów) – Ralph Dibny. To, jak się zmienia z odcinka na odcinek pokazuje, że twórcy Flasha potrafią zadbać o rys psychologiczny swoich „dzieci”. Nie każdego, niestety inni busmeta byli najzwyczajniej w świecie nijacy (nie mam tutaj na myśli ich mocy, po prostu na tle innych postaci serialu nie wyróżniają się niczym oryginalnym, gdy mowa o charakterach). Ralph bawił, śmieszył, okazał się przerysowany, inni niż Barry. I właśnie takiej osóbki brakowało w Team Flash.

Bohaterem, z którym miałam największy problem, jest Josh – ojciec Cynthii, grany przez Danny’ego Trejo (wiecie, Maczetę). Miał potencjał, naprawdę duży. Nie napiszę, że to postać, która nie wnosi nic ciekawego do fabuły, bo jego utarczki z Ramonem wywoływały u mnie wybuchy niekontrolowanego śmiechu, jednak można było się bardziej postarać, kreując ten charakter. Jest dobrze, ale do perfekcji daleko.

Mam także problem z całym wątkiem wokół Cecille, Joego i ich dziecka. Został on wciśnięty na siłę, od początku wiadomo, że to, iż Horton otrzymała moc przez to, że spodziewa się potomka, na pewno wpłynie na starcie z antagonistą serii. I tak też się dzieje. Momentami może i jest zabawnie, gdy Cecille czyta w myślach znajomych, ale to się szybko nudzi.

Kadr z serialu „Flash”

 

A co tam słychać u starcy dobrych bohaterów? Cisco ma problemy z dziewczyną, Flash z DeVoe, Iris to jeden wielki kłopot (tak, nie lubię tej postaci, dla mnie mogli ją zabić w trzecim sezonie i zakończyć jej agonię), a Caitlin… Tutaj dzieje się naprawdę sporo. Nareszcie możemy zobaczyć niejaką symbiozę pomiędzy nią a Killer Frost. Zostawiają sobie urocze notatki, jedna ratuje życie drugiej (choć to brzmi dość zabawnie, niemniej wiecie, co mam na myśli), a kiedy dochodzi do tragedii, tęsknota okazuje się naprawdę silna. Na początku Caitlin nie chciała tych mocy, pragnęła się pozbyć Killer Frost, o czym opowiada trzeci sezon. Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Co ciekawsze, twórcy zaserwowali nam dobry twist, który prawdopodobnie rozwiną w kolejnej odsłonie Flasha.

O odcinkach słów kilka

Epizody, jak to w przypadku seriali bywa, raz trzymały w napięci, bawiły i przyprawiały o gęsią skórkę, a raz nudziły i nie miały w ogóle sensu. Skupię się jednak głównie na tych dobrych odcinkach (najgorszy i tak okazała się ten, kiedy Iris zyskała moce). Na pewno nie zapomnę dziewiętnastego epizodu, w których Cold, ten z innej Ziemi, walczy u boku Flasha. Nie dość, że widzieliśmy inne oblicze Kapitana, to jeszcze dowiedzieliśmy się o jego planach na przyszłość. Podobno był to ostatni odcinek, w którym pojawiła się ta postać. Mam nadzieję, że to tylko takie grożenie kijem, bowiem zmarnowanie potencjału tkwiącego w tym bohaterze, byłoby wielkim grzechem przeciwko ludzkości! No dobrze, może nie ludzkości, tylko fanom serialu, ale grzech to grzech. Jeżeli widzieliście crossover, wiecie, jak pojawiła się nowa wersja Colda, a jeśli śledziliście Legends of Tomorrow, zdajecie sobie sprawę, jak potoczyły się losy charakteru.

Epizod przedślubny, czyli wieczór panieński i kawalerski, także wzbudził pozytywne uczucia. Nie dość, że Barry wreszcie mógł odczuć efekty działania alkoholu (Cisco to ma łeb!), to jeszcze pokazano girl power. Kobiety w tarapatach? Nie tym razem!

A co powiecie na odcinki, kiedy Barry przebywał w więzieniu? Działo się, oj działo. Podobały mi się – połączenie Prison Break z Orange is New Black. Do tego Allen nareszcie mógł odetchnąć. Wiem, brzmi to dość dziwnie, ale taka jest prawda. Nie miał na głowie DeVoe i jego chorych sztuczek, przebywał w celi swojego ojca, nie obawiał się o to, co się dzieje za murami. Chciał odzyskać wolność, niemniej pobyt za kratkami, jakkolwiek to brzmi, dobrze mu zrobił. Może widać tutaj zmęczenie materiału, jeśli chodzi o koncepty na fabułę, w końcu w Arrow Oliver też boryka się z prawnymi problemami, ale można przymknąć na to oko.

Kadr z serialu „Flash”
Finał do poprawy

Niestety ostatni odcinek tej serii nie wypadł najlepiej. Wyobraźcie sobie niesamowicie mądrego przeciwnika, który przewidzi każde wasze zachowanie. Przez większość epizodów gra wam na nosie, a w ostatnim nagle wpadacie na to, jak, w myśl amerykańskiego powiedzonka, trick the trickster. I oczywiście wychodzi wam to całkiem sprawnie, szybciutko, bez większego zmęczenia. To w takim razie po co było to podkreślanie wielkości DeVoe? Jasne, każdy ma jakiś słaby punkt, ale wszystko trzeba odpowiednio przedstawić.

Nie zapominajmy o tym, że przecież Cecille musiała zacząć rodzić – nie ma prądu, świat tonie w ciemności, szpitalna aparatura nie działa, poza tą w Star Labs, czas więc wydać na świat potomstwo. W tym szaleństwie jest metoda? Niby ma to swoje uzasadnienie, ale widz nie łyka jednak wszystkiego, co mu się przedstawia.

Kadr z serialu „Flash”

Było za łatwo, za słodko i zdecydowanie za sielankowo. Przyzwyczajono nas do zakończeń z przytupem, co się działo, ktoś ginął. Tymczasem teraz dostaliśmy piękną laurkę z brokatowym napisem the end. Nie tego się spodziewałam. A cliffhanger także nie wywołał u mnie ciar na plecach.

Czwarta odsłona Flash okazała się lepsza niż poprzednia – więcej się działo, nie było tak łzawo, nareszcie wrócił humor. Niestety nadal pozostaje wiele kwestii do poprawy, a rezygnowanie z ciekawych postaci nie pomaga. Mam nadzieję, że piąty sezon podniesie poziom, choć po cliffhangerze niespecjalnie się tego spodziewam.

Monika Doerre

Monika Doerre

Dawno, dawno temu odkryłam magię książek. Teraz jestem dumnym książkoholikiem i nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania przynajmniej kilku stron jakiejś historii. Później odkryłam seriale (filmy już znała i kochała). I wpadłam po uszy. Bo przecież wielką nieskończoną miłością można obdarzyć wiele światów, nieskończoną ilość bohaterów i bohaterek.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.