Walka w kisielu. „Ania z Zielonego Wzgórza” – serial vs film

Ania z Zielonego Wzgórza to jedna z najchętniej ekranizowanych książek na świecie. Adaptacje powstawały już w latach trzydziestych, istnieje nawet wersja anime. Najbardziej znany film, w reżyserii Kevina Sullivana, z Megan Follows w roli Ani, liczy sobie już 33 lata. Czy potrzebna jest wobec tego kolejna wersja kostiumowej opowieści dla dziewcząt? Netflix śmiało podjął rękawicę, w lipcu premierę na tej platformie miał drugi sezon Ani, nie Anny.

Wychowałam się na Ani z Zielonego Wzgórza, tak chętnie puszczanej w polskiej telewizji w latach 90. Razem z nią przeżywałam wszystkie przygody i nieprzygody, zakochiwałam się w najprzystojniejszym z wszystkich Gilbertów (przeglądając pozostałe ekranizacje trzeba przyznać, że Jonathan Crombie był dobrany do roli wyjątkowo trafnie), buntowałam przeciwko niesprawiedliwości i odrzuceniu. Pamiętam z dzieciństwa, że nie mogłam zrozumieć, czemu tak piękna dziewczyna nie dostrzega swojej urody i zazdrości Dianie włosów, choć jej własne są o wiele ładniejsze. Dziwiło mnie też, że film sprawia, że można chcieć być sierotą, bo to niejako otwiera jakąś tajemną drogę do uduchowienia, fascynującej wyobraźni. Jako dziewczynka zostawiałam jednak te wątpliwości za sobą i dawałam się ponieść opowieści i marzeniom o wielkiej romantycznej miłości, która zdaje się być najważniejszym życiowym celem Ani z 1985 roku.

Ania 30 lat później

Twórcy nowej adaptacji mieli chyba podobne przemyślenia. Już pierwszy sezon Ani, nie Anny pokazał, że osierocenie wcale nie jest drogą rozwoju duchowego, a wielką życiową tragedią. Doświadczenia Ani z sierocińca i późniejszej tułaczki po różnych domach, w których była ofiarą przemocy, wyraźnie odbiły się na jej psychice. Netflix pokazuje Anię, którą prędzej wysłalibyśmy do psychologa, niż chcielibyśmy naśladować w jej uduchowieniu. Jej słowotoki w chwilach, gdy traciła poczucie bezpieczeństwa, nie były miłą paplaniną, ale czymś nieprzyjemnym i męczącym. Niedostosowane do sytuacji słownictwo, usilna chęć zdobywania przyjaciół, nieokrzesanie czy gwałtowność budują wiarygodny wizerunek skrzywdzonego. Szczególna pod tym względem jest scena, w której Ania ujawnia koleżankom szczegóły przemocy seksualnej, jaka miała miejsce w domu jej ostatnich „opiekunów”. Nieświadoma tego, że przekroczyła społeczne tabu, straciła aprobatę grupy i znalazła się, znów, poza kręgiem towarzyskim, zupełnie nie rozumiejąc, o co chodzi, co zrobiła źle. Serial, którego scenariusz wyszedł spod pióra Moiry Walley-Beckett (wcześniej współpracującej przy takich produkcjach jak m.in. Breaking Bad), przedstawia prawdziwszą Anię niż wcześniejsza adaptacja. Jej wyobraźnia, fascynacja światem powieści, zdają się być ucieczką od rzeczywistości, w której spotkało ją wiele złego. I to brzmi prawdziwie. Punkt dla Netflixa!

Kadr z serialu „Ania, nie Anna”

W latach 90. nie przyszło mi do głowy zastanowić się nad tym, jak w czasach, w których nie korzystano z  bieżącej wody ani pralek automatycznych, możliwe było utrzymanie we wzorowej czystości dziecka, które ciągle biega po polach, chodzi po drzewach i grzebie w piachu. Nieliczne sytuacje, kiedy Megan Follows miała na sobie coś brudnego, wiązały się z upadkiem w błoto, gonitwą za krową Małgorzaty Lynde czy podtonięciem w przeciekającej łódce – czyli z przygodami. Netflix zadbał o szczegóły. Nie tylko główna bohaterka, ale też Mateusz i inni mieszkańcy Avonlea mają zwyczajnie brudne paznokcie. Przecież spodziewać się, że Ania Shirley będzie mieć czyste ręce to tak jak oczekiwać tego, by Pippi Langstrumpf chodziła w marynarskim, zawsze wyprasowanym, ubranku. Co więcej, wcielająca się w rolę rudowłosej sieroty Amybeth McNulty jest perfekcyjnie ucharakteryzowana i wygląda naprawdę brzydko. Jej włosy nie zostały ufarbowane na piękny miedziany, lekko złocisty kolor, jak uczyniono to z fryzurą filmowej Ani w 1985 roku. Amybeth nosi prawdziwie rdzawy, mocny odcień. (ciekawostką jest to, że żadna z tych aktorek nie jest naturalnie ruda, w obu przypadkach efekt powstał w wyniku koloryzacji). Do tego wyeksponowano jej uszy, aby odstawały, a krzywych zębów użyto niemal jako elementu scenografii. Tym razem Ania naprawdę miała czego zazdrościć Dianie (zwłaszcza, że po słynnej scenie farbowania na zielono jej fryzura wyglądała jak ścięta nożycami do strzyżenia owiec). Kolejny punkt na konto Netflixa.

Trzeci wątek odróżniający te adaptacje od siebie wiąże się z tłem – samym Avonlea. Akcja Ani z Zielonego Wzgórza toczy się przed pierwszą wojną światową, w bardzo konserwatywnej, zamkniętej, wręcz nieufnej społeczności. Sullivan portretuje takie środowisko w sposób, jaki znamy z innych przekazów – bez miejsca na osobiste wątpliwości, swobodę na bycie kimś niepasującym do reszty bez narażania się na odrzucenie i dyskryminację. Stąd moja wątpliwość czy scenarzyści Ani, nie Anny nie posunęli się zbyt daleko jak na film kostiumowy, we współczesnej interpretacji wielu zachowań bohaterów. Maryla uśmiechająca się dobrodusznie, gdy dziewczynki hałasują i fantazjują o pierwszych pocałunkach. Państwo Barry tarzający się z córkami w stertach liści w ogrodzie. Prissy Andrews uciekająca sprzed ołtarza za zgodą własnej matki. Przykłady scen, które nie mogłyby się znaleźć w adaptacji z 1985 roku, można mnożyć. Długo zastanawiałam się, czy to wiarygodne, czy nie. Przełomem dla mnie była scena przedstawienia świątecznego, a dokładniej występ Tomasza Lynde w roli homara. To tak zabawny i pełen ciepła moment, a zarazem tak odbiegający od moich oczekiwań, że dałam się uwieść temu światu niezależnie od tego, czy jest realistyczny.

Kadr z serialu „Ania, nie Anna”

Przestało mieć dla mnie znaczenie wierne odwzorowanie wyobrażeń o rzeczywistości społecznej. Na pierwszy plan wysunęła się pełna uczuć i wrażeń opowieść, wnikająca głęboko w emocje bohaterów, nie tylko tych pierwszoplanowych, i ujawniająca ich tajone zmagania i dylematy. Rasizm, homofobia czy nadużycia seksualne wobec kobiet nie są „wynalazkiem” przełomu XX i XXI wieku, istniały przecież w poprzednich epokach, stanowiły jej codzienność. Twórcy nawiązują dialog ze współczesnością, podkreślając ponadczasowość problemów. Zdaje się to zgodne z duchem powieści. Ania z Zielonego Wzgórza została wydana po raz pierwszy w 1908 roku. Opowieść o dziewczynce, która nie znając norm społecznych podważa je i chce żyć po swojemu, w czasach, kiedy prawa wyborcze kobiet, dostęp do edukacji czy niezależności ekonomicznej nie były oczywistością, musiała być odczytana inaczej niż dziś. Netflix pokazuje, że mimo przeszło stu lat dalej jest co kwestionować i w ostatecznym rozrachunku sprawia, że film z 1985 roku, mimo niewątpliwych walorów estetycznych i romantycznych, wydaje się bardzo nieprawdziwy. Trzy – zero dla Ani, nie Anny.

Emilia Owoc

Zwolenniczka powagi, która nigdy nie wyrosła ze śpiewania do udawanych mikrofonów. Bez reszty zafascynowana wewnętrznymi światami. Zawodowo i prywatnie.

Komentarze

  • 14 sierpnia 2018 o 19:54

    Film sprzed 33 lat obejrzałam w czasach nałogowego czytania Montgomery i wtedy rozczarowałam się, że niedokładnie oddana fabuła książki i wszystko nie tak. Jakiś czas temu obejrzałam po raz kolejny i stwierdziłam, że nie ma się co czepiać, bo ducha książki i najbardziej charakterystyczne zdarzenia ten film oddaje. Myślę, że w tym wszystkim ważny jest wiek aktorki. Megan Follows miała w okresie kręcenia zdjęć więcej lat niż 13 i bliżej jej było do statecznej Ani, zachowującej się jak młoda dama i podejmującej dojrzałe życiowe decyzje niż do nieustannie pakującego się w kłopoty dziecka. Tutaj mamy zupełnie co innego. Ania z serialu dużo bardziej wiarygodnie przypala ciasto i farbuje włosy na zielono 🙂

    Odpowiedz
  • 11 sierpnia 2018 o 22:37

    Zaczęłam czytać recenzję i postanowiłam obejrzeć, zanim do niej wrócę. Obejrzałam. Generalnie jestem człowiekiem, którego irytuje każde większe „odjechanie” od książkowej fabuły. A im bardziej książkę znam, tym bardziej irytuje. (Tę akuratznam dobrze, tylko już nieco słabo pamiętam szczegóły, co teoretycznie powinno mnie czynić bardziej otwartą na interpretacje.) W serialu Netflix prócz klasycznego Avonlea mamy parowce, sceny w egzotycznych krajach i przyjaciela-homoseksualistę. Świat książek Lucy Maud Montgomery, tak bardzo konserwatywny, pozbawiony otwartych wzmianek o menstruacji i seksualności i widzimy niejako od podszewki. Generalnie podoba mi się to dotąd, dokąd scenariusz rozbudowuje i pogłębia fabułę książki, a nie ją zmienia. Dlatego jestem zwolenniczką ekranizowania książek w formie seriali – jest więcej czasu na szczegóły życia – pieczenie ciasta, pastowanie butów, ukazanie żałoby po czyjejś śmierci bardziej, niż w postaci jednej sceny z ubranymi na czarno postaciami. Jestem pełna szacunku dla kreacji postaci. Ania równie uduchowiona, co w książce i poprzednich ekranizacjach, tylko mniej ładna i bardziej zagubiona. Dziewczęta ze szkoły z Avonlea też stają się dla widza rozpoznawalne i charakterystycznie w swoich poglądach, zainteresowaniach i domach, z których pochodzą. Przyznam, że w bardzo krótkim czasie stałam się fanką serialu, atmosfery, realistycznych szczegółów z wiejskiej codzienności krajobrazów i muzyki. Tylko wolałabym, żeby ten film historię Ani po prostu opowiedział, taką, jaka została pierwotnie stworzona i zachwyciła czytelników. Ale wygląda na to, że w dzisiejszych czasach się tak nie da. Trzeba trochę więcej powiedzieć o przemocy, traumatycznych wspomnieniach, równouprawnieniu kobiet i o seksualności i intymności bohaterów, nawet tych najstarszych. W dużej mierze jest to zabieg ciekawy, i czyni z tej historii coś więcej, niż typową (o)powieść obyczajową. Mamy więc mniej-więcej tych samych bohaterów, tylko scenariusz stawia ich przed większymi wyzwaniami, niż te opisane w książce. Dużo ciekawszymi, ale innymi.
    Podoba mi się rozbudowany wątek feminizmu i edukacji kobiet. Najpierw może tło literackie: W książce Ania jest nieco uprzywilejowana względem innych bohaterek stworzonych przez Lucy Maud Montgomery. Gdy przychodzi do pytania o jej edukację wyższą, niż lokalna szkoła podstawowa, Maryla i Mateusz nie mają wątpliwości, że powinna umieć na siebie zapracować i edukacja jest ważna. Pozostałe bohaterki tej pisarki (pamiętam dobrze Emilkę ze Srebrnego Nowiu i Joannę od „Błękitnego zamku”) były z tak konserwatywnych rodzin, że o szkole wyższej mogły tylko pomarzyć, bo to niewłaściwe dla porządnej kobiety. Tutaj do pytań o szkołę średnią jeszcze nie doszło, ale widzimy Marylę spotykającą się z postępowymi matkami i dojrzewającą do swoich postępowych przekonań. I widzimy Anię, której szkolna rywalizacja z Gilbertem i ich równe osiąganie sukcesów w nauce to coś więcej, niż tylko czysta rywalizacja dwóch umysłów. Ania, prócz samego szkolnego materiału musi również pokonać zaległości z czasów, gdy pracowała na swoje utrzymanie i fakt, że dekoncentruje ją pierwsza w życiu miesiączka i lęk przed plamą na sukience. Gilbert zresztą też nie ma łatwo przez chorobę i śmierć ojca. Na koniec przyznam że, jak autorka recenzji, zaczynam się w tej zbudowanej na nowo historii Ani odnajdywać, a nawet dobrze bawić. Choć przez pamięć dla książki irytuje mnie całe to ubarwianie opowieści tak, by widz się zbytnio nie zanudził, chwilami mam nawet wrażenie, że język współczesnego świata, z mniejszą ilością tematów tabu potrafi tę historię opowiedzieć nieco prawdziwiej i mądrzej.

    Odpowiedz
    • 13 sierpnia 2018 o 11:50

      Bardzo dziękuję za Twój wpis. Mam wrażenie, że faktycznie odbieramy ten serial na podobnych falach 🙂 To nie do końca recenzja, wolałam porównać serial z filmem, bo był dla mnie ważny w swoim czasie (era oglądania w kółko kaset VHS na domowym magnetowidzie), a książkę znam słabo (jeśli chodzi o Montgomery to ja raczej #teamEmilkazeSrebrnegoNowiu). Co do ubarwiania miałam podobne odczucia do Twoich, do tego miejscami strasznie mi się dłużyło (zwłaszcza te sekwencje parowcowe), ale ogólnie na plus. Jestem ciekawa jak odbierają serial nastolatki, które nie czytały książki 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.