Tymon tym razem na Coperniconie

Jak pewnie wiecie lubię jeździć na konwenty i choć może nie mam w tym dwudziestoletniego doświadczenia, widziałem dość. Od konwentów lokalnych, jednodniowych, do ogromnych, takich jak wszystkim znany Pyrkon. Strasznie mnie irytuje, gdy są organizowane na „odwal”, a niesamowitą radość dają mi te, na których wszelkie niedociągnięcia są tak niewielkie, że wręcz pomijalne. Tym razem odwiedziłem Karnawał Fantastyki, czyli Copernicon. Pewnie się zastanawiacie jak było? Zaraz się dowiecie.
Początek

Toruń, 14 września, początek konwentu. Na dzień dobry akredytacja. Pominę fakt, że załatwienie jej online czasami wiązało się z brakiem informacji, czy została ona opłacona w przedsprzedaży, czy nie, ale ponieważ kontakt z organizatorami był bardzo dobry, wszystkie sprawy szło rozwiązać drogą mailową. No dobrze, to wchodzimy do miejsca, gdzie można odebrać identyfikatory i zarejestrować się, że oto jesteśmy. W piątek tłumów przy kasach na szczęście nie było tak samo jak przy punkcie odbioru pre-akredytacji. Co innego stanowisko dla tworzących program i innych funkcyjnych osób  – tam swoje należało odstać. Zgadnijcie, kto jeszcze dodatkowo namieszał? Dokładnie, ja. Co takiego narobiłem? Cóż… miałem dwie wejściówki. Jako twórca i media. I to okazało się sporym zaskoczeniem dla wydającej mi je osoby. Okazało się, że podobno takiego zestawu regulamin Coperniconu nie przewiduje. Zostałem więc poinformowany, że mogę otrzymać tylko jedną, dla twórców, wtedy jednak nie mógłbym wejść do Press Roomu i korzystać z medialnych przywilejów. Dopiero preakredytacja rozwiązała ten problem i ostatecznie dostałem również identyfikator medialny. Cała ta anegdota ma na celu pokazać, że w systemie akredytacyjnym jest dziura, a poza tym wyraźnie brakowało osobom rejestrującym dokładnej listy uczestników. Jakby się dobrze postarać to mógłbym mieć nawet i cztery identyfikatory. Dobrze by było gdyby system zapisów na wydarzenie wykazywał osoby o tych samych danych szczególnie jak są wielofunkcyjne. Akredytacja jest najbardziej drażliwym elementem każdego konwentu. W najgorszych przypadkach „kolejkony” potrafią osiągnąć imponującą długość, wydłużając czas do wejścia na teren imprezy do dwóch godzin albo i więcej (jak w trakcie pewnego pamiętnego, warszawskiego Polconu 2013). Na Coperniconie nie było źle, może trochę chaotycznie, ale piątkowy pierwszy kontakt z toruńskim konwentem uznaję za do przyjęcia.

Copernicon 2018
Zdjęcie: Tymon
Fanty

W pakiecie przed sprzedażowym dla twórców i mediów znalazły się: mała książeczka z  rozpiską godzinową oraz większa, z opisami poszczególnych wydarzeń. Osoby, które zakupiły wejściówkę na miejscu, otrzymały tylko małą rozpiskę z prelekcjami, panelami i dodatkowymi atrakcjami. Nie bardzo podobało mi się zastosowane w obu informatorach rozwiązanie – w tych z harmonogramem umieszczono jedynie tytuł prezentacji, bez informacji o prowadzącym czy prowadzącej, co sprawiało, że odszukanie ich w tej dużej było dość nieznośne. A jeśli dostało się tylko jedną z nich wybieranie paneli i planowanie całego dnia okazywało się jeszcze trudniejsze i to nawet biorąc pod uwagę jego dostępność na oficjalnej stronie. Umieszczone rozpiski na drzwiach dotyczyły tylko dnia bieżącego. Informację o wpisaniu nazwisk/pseudonimów do małej rozpiski przekazaliśmy z Hrabiną organizatorom, którzy pytali nas o feedback.

Copernicon 2018
Zdjęcie: Tymon
Atrakcje

Miałem po raz kolejny okazję obserwować przygotowanie konwentu jako prelegent oraz widz. Zauważyłem, że niektóre sale są zbyt małe, na przykład taka  „popkulturowa 2”, w której zresztą na poprzednim Coperniconie prowadziłem prelekcje i nie miałem pełnej sali. Za to w tym roku słuchacze prawie wysypywali się oknami. Nie wiem, co spowodowało taką frekwencję czy to tematyka mojej prelekcji, moja niesamowita osobowość, a może większa liczba uczestników na samym konwencie. Ale jeśli tendencja się utrzyma, naprawdę przydałoby się więcej przestrzeni. Dodatkową wadą tej sali (i nie tylko tej) jest… filar, który przeszkadza w oglądaniu prezentacji przy tak dużej frekwencji. Tak, wiem, taki urok budynku, ale może na kolejną edycję uda się znaleźć lepiej przystosowane i bardziej bezpieczne dla uczestników pomieszczenie. W ogóle filar na środku sali wykładowej? Na pewno dodało jej to charakteru, acz niekoniecznie pomaga w uważaniu. Ale, zbaczam z tematu. Nie wszystkie prelekcje były tak oblegane. Czasami przychodziła tylko jedna osoba – tak zdarzyło się i Hrabinie, i mnie. Powody takiego stanu rzeczy mogą być różne: mało chwytliwy tytuł w harmonogramie, niepopularna tematyka, brak pseudonimu albo imienia w harmonogramie przez co trudniej zidentyfikować prowadzącego, a nawet sala w czeluściach budynku, do której nikt nigdy nie zagląda. Albo… prowadzimy ostatni punkt programu w niedzielę. Tak to już bywa na konwencie.

Za to dużym plusem sal było ich dostosowanie do potrzeb osób niepełnosprawnych. Copernicon dał tym samym naprawdę dobry przykład dla innych tego typu wydarzeń. Doceniam również dzwonienie do prelegentów godzinę do pół przed ich prelekcją, aby się upewnić czy twórca o niej pamięta i się zjawi. Komunikacja to podstawa i toruńska ekipa zdecydowanie zdaje sobie z tego sprawę, może się przecież zdarzyć, że prelegent się pomyli, zagapi, zasiedzi na innym punkcie programu, a tak dostaje telefon i nic nie trzeba odwoływać.

Copernicon 2018
Zdjęcie: Tymon

W porównaniu z zeszłym rokiem zmieniono nieco teren, na którym odbywał się konwent. Kilka bloków tematycznych zostało zaplanowanych w jednym budynku. Dla przykładu: blok gier elektronicznych tym razem nie był osobno, a umieszczono go na wydziale matematyki i fizyki wraz z salami literackimi, popkulturowymi i panelowymi. Azjatycki znalazł się w tym samym budynku, co rok temu, ale z towarzystwem – salami popularnonaukowymi. Jednym z najbardziej oddalonych był dział RPG i larp, w ramach którego odbywały się sesje oraz warsztaty i okołotematyczne prezentacje. Punktem na konwentowym skraju okazał się namiot wystawców. Taki rozstaw zmusza wprawdzie uczestników do zwiedzania miasta, a jest tego warte, ale też całą imprezę można było spokojnie przesiedzieć w wydziale matematyki i fizyki. Uważam, że jednak lepiej by było, gdyby bloki zlokalizowano bliżej siebie, ale też wiem, iż logistycznie oraz finansowo może się to nie udać. Liczę jednak, że może w przyszłym roku chociaż do wystawców nie trzeba będzie wędrować.

Gdyby istniała lista wymogów, które powinien spełnić konwent, to spokojnie w przypadku Coperniconu mógłbym odhaczyć większość, jeśli nie wszystkie:

  • miejsce do grania w planszówki;
  • sala z konsolami, sprzętem do grania, komputerami i grami elektronicznymi;
  • gry bitewne;
  • karcianki;
  • około konwentowe atrakcje: rekonstruktorzy czy Klan Isshiki, prezentujący sztuki walki wywodzące się z dawnej Japonii. Zaraz obok mogliśmy zapoznać się również ze zbrojami i orężem wywodzącymi się z europejskiego średniowiecza. Naprzeciwko, dla kontrastu, znalazła się wioska gwiezdnowojennych Mandalorian, w której mogliśmy podziwiać ich piękne kosmiczne zbroje i wypytać o ciekawe fakty na ich temat.
Copernicon 2018
Zdjęcie: Tymon (tak twierdzi)
Cosplay

W tym roku nie ominęła mnie również niesamowita parada cosplay. W pewnym momencie zaczęli ją prowadzić rycerze ortalionu – niewtajemniczonym śpieszę wyjaśnić, że jest to grupa przebrana w ortalionowe kurtki, dresy, adidasy czy inną część garderoby kojarząca się z blokowiskami. Mieli swój własny sztandar z trzema dresowymi paskami oraz głośniki i dywany. Dzięki nim przemarsz zamienił się w imprezę z technobitami, przy której tańczyło i gibało się wielu uczestników. Konkurs cosplay trzymał wysoki poziom tak kostiumów, jak i występów. Na scenie zaprezentowały się przeróżne postacie: Ania z gry League of Legends, Genji gry Overwatch, Pennywise z filmu TO, Punisher z komiksów Marvela, Edward z mangi i anime Fullmetal Alchemist, a nawet pojawiła się egipska bogini Maat i to nie wszyscy! Sam konkurs odbywał się o przedziwnej porze – o dziesiątej rano. W niedzielę. Nie powiem, ciekawy wybór.

Copernicon 2018
Zdjęcie: Tymon
Podsumowując

Dla mnie Copernicon okazał się konwentem pracowitym, ale bardzo dobrym. Nie byłem w stanie wziąć udziału we wszystkim i zobaczyć każdego jego zakątka, ale widziałem jednak dość, żeby polecić to wydarzenie wszystkim zastanawiającym się, czy chcą pojechać właśnie do Torunia w 2019 roku. Tak, jedźcie, spędzicie naprawdę fantastyczny czas. Jeżeli macie jakieś swoje refleksję co do tegorocznej edycji nie krępujcie się tym z nami podzielić.

Z tego miejsca chciałem również podziękować wszystkim osobom, które pojawiły się na moich prelekcjach. Mam nadzieję, że spędziliście miło te godziny.

Ostatnia refleksja: ile w ciągu jednego weekendu można zorganizować wydarzeń w Toruniu? Coperniconowi towarzyszył, Festiwal teatrów ulicznych, wystawa morderczych kwiatów plus jeszcze dwie, których nazw nie zapamiętałem. Czy może jeszcze jakieś się odbywały a ja ich nie zauważyłem, dajcie znać!

Tym samym widzimy się na następnych wydarzeniach tego typu, a na pewno za rok w Toruniu!

Copernicon 2018
Zdjęcie: Tymon
Sending
Oceny czytelników
5 (1 vote)
Łukasz Tymiński

„Gaduła” i „śmieszek” – tak w przybliżeniu można go określić. Oczywiście jest także popkulturową gąbką. Fantasy, science fiction, anime, kreskówki, komiksy, gry wszelkiego rodzaju – obejrzał, przeczytał lub pograł, tylko po to, by spróbować po trochu wszystkiego. Uwielbia tworzyć i być kreatywnym, jest improwizatorem, często prelegentem na konwentach, a czasami produkuje się przed kamerą. Trochę szalony, ale niegroźny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.