Top 5 pisarzy guilty pleasure

-

Każdy z nas ma takie swoje guilty pleasure. Czy to jeśli chodzi o złe seriale, które oglądamy mimo to, czy o książki konkretnych autorów. Poniżej przedstawiamy pięć pisarzy, których dzieła dają nam pleasure, a potem czujemy się guilty, że czytamy coś takiego… 🙂

Guillaume Musso

O rany, przecież sięgając po jakąkolwiek książkę Musso można być jednego pewnym: akcja dzieje się w Paryżu i Nowym Jorku, jeden z bohaterów stracił pamięć lub też desperacko próbuje się odciąć od przeszłości, dwójka protagonistów zakończyła związek i pozornie nie szuka wielkiej miłości (bo ona sama ich znajduje), a to wszystko dodatkowo przykryte tematyką kryminalną (niestety, dość przewidywalną) lub fantastyczną (wiwat podróże w czasie i przestrzeni!). I chociaż żadnego jego tytułu nie można zaliczyć do ambitnej literatury, to na pewno wybija się spośród setek innych kobiecych książek. Zawsze zabieram go ze sobą na wakacyjne podróże – mile spędzony czas gwarantowany! – Patrycja

 

 

Cassandra Clare

Oto ona – Cassandra Clare. Na podstawie jej serii powstał najpierw film, a później serial. I muszę przyznać, że obie produkcje ogląda mi się lepiej niż czyta prozę tej autorki. Clare nie pisze dobrze, nie będę nikogo oszukiwać. Ma ciekawe pomysły, ale za bardzo skupia się na głównych bohaterach, zwłaszcza w serii Dary anioła, a to nie oni są najciekawsi. Gdyby popracowała nad swoim warsztatem, zmieniła nieco koncept i może zrezygnowała ze schematyczności, byłoby o wiele lepiej.


Prawda jest jednak taka, że lubię jej książki, może poza najnowszym cyklem. Pojawia się tam kilka naprawdę fajnych postaci, drugo- lub trzecioplanowych, bo ci pierwszo- nie do końca są ciekawi, a do tego sam pomysł walki z demonami. Uwielbiam Supernatural, więc motyw polowania na bestie uważam za niezwykle interesujący i wciągający. Oby tylko Clare popracowała nad warsztatem… – Monika


Aneta Jadowska

Nie mam zamiaru ukrywać, że zwykle nie sięgam po książki, które bez mrugnięcia okiem można zaliczyć do literatury wysokich lotów”, moja biblioteczka ugina się pod ciężarem powieści fantasy, science fiction i kryminałów, a nie opasłych i poważnych rozpraw na temat filozofii czy fizyki kwantowej. Wszystko to wynika z mojego podejścia do czytelnictwa, będącego dla mnie formą rozrywki i relaksu. Jeśli zatem uda mi się znaleźć czas na to, by spędzić kilka chwil nad książką, która nie jest mi potrzebna na studia, to sięgam po coś lekkiego i przyjemnego, przez co przebrnę bez bólu i w kilka chwil.

Nie powinno zatem zaskakiwać, że do gustu przypadły mi powieści Anety Jadowskiej – alternatywna wersja Torunia skradła moje serce równie skutecznie, co rzeczywista i sprawiła, że sięgam po każdą książkę autorki (wszystkie jej serie przeczytałam już kilkukrotnie!). Nieważne czy główną bohaterką jest Dora, czy Nikita, a może stery fabuły przejął Witkac, nie ma też znaczenia, czy tym razem odwiedzamy Thorn, a może jednak Wars lub Ustkę – wszystkie powieści Jadowskiej łykam jak młody pelikan, chociaż świadoma jestem, że posiadają one pewne wady. Hej, ale czy przypadkiem właśnie o to nie chodzi w guilty pleasure? Żeby robić coś tylko dlatego, że sprawia to przyjemność? Właśnie tak jest z książkami Anety – porywają mnie na kilka godzin w zupełnie inny świat, odrywają od nudnej rzeczywistości i… są po prostu całkiem niezłym źródłem rozrywki. – Martyna

Małgorzata Musierowicz 

Herbata u Borejków z biegiem czasu zrobiła się gorzka i pływają po niej podejrzanego pochodzenia fusy, jednak nadal chcę sprawdzać, czy po przekroczeniu drzwi mieszkania przy Roosevelta 5 poczuję charakterystyczny zapach książek, drożdżowego ciasta i owej herbaty właśnie. Może to dlatego, że poznaniacy robią najlepsze drożdżówki w Polsce? 😉

Do Borejków wpadam jak do starych znajomych, którzy trochę zdziwaczeli. I choć wściekam się, że dziewczęta wciąż marzą wyłącznie o wielkiej, romantycznej miłości, wszyscy są nieznośnie idealni i prowadzą absolutnie nierealne życie, to każdy kolejny tom dostarcza mi rozrywki na makjsymalnie jedno popołudnie. Do łez bawią mnie slapstickowe gagi, z przyjemnością zanurzam się w lekkie i klimatyczne opisy przyrody i miasta. Mimo, że wartość Jeżycjady jako cyklu powieści dla dziewcząt w ostatnich kilku (co najmniej) tomach bardzo spadła, do tego jest bardzo anty-girlpower, to i tak, dyskretnie i nieśmiało, poluję w bibliotekach na kolejne odsłony. – Emilia

Katarzyna Bonda 

Bądźmy szczerzy. Kompozycja nie jest najmocniejszą stroną cyklu o Saszy Załuskiej. Każdy tom ma minimum 200 niepotrzebnych stron, pełnych pobocznych wątków, które nie mają najmniejszego związku z akcją. A 100 stron to za mało, żeby domknąć (albo przynajmniej wyjaśnić) akcję. Do tego denerwujący język (czy naprawdę śledczy mówią, że fałszywy trop to “lewe sanki”?). I te pretensje do jedynie słusznego wyjaśnienia działania przestępczej polityki w naszym kraju. Uch. Ja jej tak nie lubię, że jak się jej naczytam, ale tak porządnie naczytam, to mi na jakiś czas wystarczy. Już się nie mogę doczekać, kiedy na mojej półce wyląduje Czerwony pająk. – Emilia

A Wy macie jakichś swoich autorów guilty pleasure? 🙂

Popbookownik
Britney była królową popu, a my jesteśmy królowymi i królami popkultury. Nowa recenzja, artykuł czy świeży news? Ups! Zrobiliśmy to znowu! Nie mamy swojego Timberlake’a, ale za to możemy pochwalić się tekstami, które są równie atrakcyjne.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu