Spiski, rodzinna drama i przyjaźń. „Castlevania” – recenzja 2. sezonu

-

Pierwszy sezon Castlevanii obejrzałam rok temu z pewną obawą – nie jestem fanką gier z tej serii, a i animacje nie wzbudzają mojego entuzjazmu. Jednak muszę przyznać, że ten serial przypadł mi do gustu na tyle, iż niecierpliwie czekałam na kolejną odsłonę serii. Sezon pierwszy skończył się, moim zdaniem, nieco zbyt szybko, pozostawiając spory niedosyt. Przy drugim – który jest dłuższy – nie odniosłam już takiego wrażenia. Chwilami nawet wszystko wydawało się trochę zbyt rozciągnięte. Już wiadomo, że Netflix zamierza wyprodukować trzeci sezon – i chociaż ten nieco mnie zawiódł, cieszę się z takiego obrotu sprawy. Poniższy tekst zawiera minimalne spoilery – miejcie to na uwadze, zabierając się za lekturę!
Dracula i jego świta

To, że druga odsłona serii liczyła sobie zdecydowanie więcej odcinków niż pierwsza, pozwoliło pokazać nieco więcej świata i bohaterów. Oczywiście Sypha i Trevor to nadal jedne z głównych postaci, tak samo jak Alucard, którego w tym sezonie mamy okazję lepiej poznać. Sporo dowiadujemy się również o Draculi – i muszę przyznać, że z całego panteonu bohaterów to właśnie on i jego generałowie – Hector i Isaac – wzbudzili moje największe zainteresowanie. Od samego początku Castlevanii trudno nie współczuć krwiopijcy, bo jest pogrążony w żałobie, samotny i zmęczony niekończącą się egzystencją. To wszystko składa się na bardzo ludzki obraz władcy wampirów. W tym kontekście nie dziwi nawet to, że aby zapewnić sobie spokój i wieczną ciszę, planuje zagładę ludzkości, a w konsekwencji – jego własnego gatunku. Niespecjalnie dziwi też, że charyzmatyczny dyktator przyciąga do siebie dwóch zawiedzionych ludzkością generałów. Hectora i Isaaca spotkały niemałe krzywdy ze strony ich własnego gatunku, do tego stopnia, że odcięli się oni od nich i wiedli raczej samotniczy tryb życia. Obaj są też obdarzeni niezwykłym talentem – wskrzeszania i przekształcania zmarłych w armię potworów. O tych bohaterach mogłabym jeszcze długo pisać – bo wydają mi się najciekawszym elementem serialu.

Kadr z serialu „Castlevania”

Coś poszło nie tak (chociaż niezupełnie)

Jeśli zaś chodzi o fabułę, to niestety – ten sezon wypada słabiej od poprzedniego. Główną osią jest szukanie sposobu na pokonanie Draculi. Ponadto sporo czasu w tym sezonie zajęło pokazanie wewnętrznych konfliktów wampirów – niestety ten element nie wyszedł najlepiej. Z mnogości nieumarłych generałów poznajemy tak naprawdę tylko dwóch – prymitywnego wikinga, dla którego liczyło się wyłącznie wzbudzanie strachu, oraz bardzo ambitną wampirzycę, chcącą stanąć na czele krwiopijców zamiast Draculi. Nawet spisek, który zawiązuje się w zamku, jest do bólu przewidywalny – a jego konsekwencje nie zaskakują. Trochę szkoda, bo ten wątek miał spory potencjał.

Podobnie mało wykorzystany wydaje mi się potencjał Alucarda, który w serialu sprawia trochę wrażenie użalającego się nad sobą nastolatka (co zresztą zauważa również Sypha), niż kogoś na tyle zdeterminowanego, by zabić własnego ojca. I chociaż ta cecha znajduje uzasadnienie w historii postaci, nadal jest to irytujące.


Kadr z serialu „Castlevania”

Nieco więcej charakteru niż poprzednio zyskuje Trevor, który pod wpływem okoliczności zaczyna się zachowywać jak osoba dorosła, ale osiągnięcie tego zajmuje mu pół sezonu. Miałam wrażenie, że gdyby nie Sypha, obaj panowie zabiliby się na pierwszym zakręcie i tyle byłoby z ich ratowania świata. Zresztą ona  zdecydowanie najlepiej z całej trójki wie, co i kiedy robić, ale też nie jest alfą i omegą i miewa chwile słabości. To cieszy, bo w rezultacie dostajemy fajną, rozbudowaną postać. Mimo wszystkich wad, trójka protagonistów jest całkiem sensownie dobrana i dobrze funkcjonuje jako zespół. Nawet jeśli czasem szwankuje między nimi komunikacja .

To, co zdecydowanie przykuwa uwagę w tym sezonie, to graficzna strona serialu. Mam spory sentyment do takiego rysowania postaci. Z przyjemnością oglądałam Castlevanię, co jest istotne, zwłaszcza że było trochę fabularnych niedociągnięć.

Anna Kwapiszewska
Gdyby nie czytnik, zdecydowanie umarłaby pod ciągle rosnącym stosem nieprzeczytanych książek. Nie wierzy w guilty pleasure, kocha feminatywy, Star Treka i herbatę. Oprócz tego erpeguje i larpuje. Chodzą też słuchy, że często gotuje i jeszcze nikogo nie otruła!

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu