Wielu ją kocha, równie wielu nie cierpi. Na polskiej scenie muzycznej nieprzerwanie od przeszło czterdziestu lat, obdarzona nietuzinkową skalą głosu, często w lekko kiczowatym, przesadzonym lub pseudomłodzieżowym wydaniu. O kim mowa? Maryla Rodowicz? Blisko, ale to pomyłka o jakieś piętnaście lat.

Beata Kozidrak jest niezaprzeczalnie ważną osobowością naszej rodzimej estrady. Od opolskiego debiutu w 1978 roku minęły nie tylko cztery dekady, zmienił się styl muzyczny i tekstowy. Słowa mają dobrze brzmieć w połączeniu z melodią i rytmem, dla masowego odbiorcy ich sens często pozostaje wartością drugorzędną. Jak jest w tym przypadku? Weźmy na tapet kilka piosenek!

Piechotą do lata – 1978

To taki tekst, w którym właściwie nie ma co analizować. Prosty, łatwy, przyjemny, do tego zgrabnie napisany. Nie znajdziemy w nim celnych metafor, trafnych porównań ani refleksji dotyczących prawdy, życia, człowieczeństwa. Za to zawiera sporo eleganckich rymów i całkiem optymistyczną wizję przyszłości. Fragment „czekać mam na lepsze dni” można wręcz odebrać jako proroczy z perspektywy rozpoczynającej się kariery lubelskiego zespołu. Stylistykę muzyczną debiutanckiej piosenki Wikipedia określa jako „turystyczno – harcerską”. Wkrótce zespół wykonał jednak odwrót w inną stronę, co spowodowało rotacje personalne w składzie. Cięższe brzmienie w ich wersji  z dzisiejszej perspektywy pewnie nazwalibyśmy bardziej Bajmem niż rockiem, co nie zmienia faktu, że wydana w 1983 roku płyta „Bajm” zapisała się solidnie w historii polskiej muzyki rozrywkowej. „Piechotą do lata” na tym albumie się nie znalazło.

Utwór można stawiać za wzór dla klasycznych radiowych piosenek o niczym. Porównałabym go z „Orła cień” Varius Manx – również dotyczy obserwacji przyrodniczych, jednocześnie kojarząc się z młodością, witalnością, czy wolnością.

Nie ma wody na pustyni – 1983

Jeden z lepszych tekstów Bajmu. Piosenka żart, która brzmi jakby powstała na jakimś srogim melanżu. Nie sposób wyobrazić sobie Beatę Kozidrak jak, siedząc przy biurku, z kawą, z natchnieniem w oczach, kreśli piórem wiecznym słowa „nie ma, nie ma wody na pustyni…”. Bliższa jest wizja mocno zakrapianej imprezy, na której skończył się środek do owego zakrapiania „i tylko tra, tra, tra, zgrzyta w zębach piach”.

Oczywiście można zgodzić się z interpretacją z portalu groove.pl, w świetle której tekst jest metaforą ludzkiego życia. Szukanie wody na pustyni wyraża trud codziennej egzystencji, a postać kapelmistrza uosabia opresyjny świat. Ja jednak wolałabym poprzestać na prostszym rozumieniu, zwłaszcza, że pozostaje spójne z lekko psychodelicznym brzmieniem albumu i niepokornymi tekstami, które w ustach wówczas dwudziestodwuletniej Beaty Kozidrak musiały brzmieć prowokacyjnie.

Co mi panie dasz – 1983

Płyta „Bajm” z 1983 roku nie wyszła na CD – została wydana na kasetach magnetofonowych i płytach winylowych. Być może to specyfika odtwarzania nagrań z winyli sprawia, że wersja dostępna w Spotify brzmi jakby „mocną wódę [lał] w gardło” Alvin i Wiewiórki. Wysoki, lekko piskliwy głos Beaty brzmi zadziornie, a klimat utworu stanowi niemalże kwintesencję wczesnych lat osiemdziesiątych. Specyficzna rockowość, echa dyskoteki i wystrzały laserowe rodem z „Pana Kleksa w kosmosie” nadają mu niezwykły rys umiejscawiający na stałe w kanonie polskiej muzyki rozrywkowej.  

Przekaz jest bardzo czytelny – młodzieńczy niepokój na progu dorosłości wyrażono tu opisowo, ale bez zbędnych metafor. Nie ma tu pompatycznego zadęcia – tylko prosty język, w świetnym balansie pomiędzy trywialnością i wulgarnością a poezją (nie jest ani jednym, ani drugim, a po prostu tekstem piosenki). Niektóre komunikaty brzmią zagadkowo (czy tylko ja nie wiem o co chodzi z „wielkim cisem”?), ale doskonale wpisują się w rytm i układ melodyczny piosenki (świetnie rozegrane samogłoski!).

Słuchając oryginału w 2019 roku, znając późniejszą twórczość grupy, trudno zrozumieć, co stało się z tą młodzieńczą autentycznością i pazurem. Obecnie – po tych wszystkich tandetnie popowych płytach Bajmu – dużo wiarygodniej brzmi dla mnie wersja Dawida Podsiadły z Męskiego Grania sprzed paru lat. Odkrywa potencjał utworu, jednocześnie nie wywołując automatycznych skojarzeń w stylu „jesteś serem, emmentalerem…”.

Ta sama chwila – 1993

Z początkiem lat dziewięćdziesiątych żegnamy się z rockową stylistyką Bajmu, co budzi słuszne zdziwienie w świetle tego, czym w polskiej muzyce rozrywkowej była ta dekada. W momencie kiedy na scenę wychodził Hey, Myslovitz, ONA, a Kasia Kowalska testowała growle, Bajm odchodził od mocniejszych brzmień na rzecz dojrzałego popu. Odnajdziemy w piosence gitarowe riffy, jednak punkt ciężkości jest już na lżejszej, rytmicznej nucie.

Tekstowo utwór ociera się o banał. Dokładnie  dziesięć lat od wydania albumu z prostymi, ale szczerymi tekstami, pojawia się faza twórczości „Beathello Kozidrakello”. „Niech każdy dzień dodaje nam sił”, „nie odnajdzie więcej nas ta sama chwila” i inne cytaty można by śmiało umieszczać w szkolnych wypracowaniach, po to by odstraszać polonistów od wykonywanego zawodu. Można narzekać z perspektywy czytelnika Osieckiej, Przybory czy Młynarskiego, jednak dla masowego odbiorcy głębia tekstu nie ma większego znaczenia. Olbrzymi sukces komercyjny, jaki odniósł utwór, pokazuje, że banał – nie banał, takie piosenki wspaniale trafiają do słuchaczy.  Zespół miał więc podstawy, by chcieć podążać tą drogą. Piosenkę porównałabym do „To co dobre” Kasi Kowalskiej – pompatyczny tekst, chwytliwa melodia i radiowe ogranie do granic wytrzymałości.

Dzień za dniem – 1995

Płyta „Etna” to mój pierwszy świadomy kontakt z twórczością Bajmu, w związku z czym darzę ją sentymentem. Odsłuchiwanie po latach przynosi mi wiele radości, zwłaszcza w długich trasach za kierownicą – docierający do mnie absurd i banał tekstów wywołuje nagłe parsknięcia śmiechem, a melodyjne i rytmiczne kawałki pobudzają do dynamicznej jazdy.

W pochodzącej z tej płyty piosence „Życie nie jest magią” Beata śpiewa „nie szukaj w nim drugiego dna”. Można potraktować to jako swoistą wskazówkę do  odbioru całego albumu. Drugiego dna nie ma. Pierwszego też nie. Jest tłumaczenie świata łopatą. Cóż z tego, skoro balans rytmu, rymów, samogłosek w kluczowych miejscach sprawia, że Bajm „produkuje” hit radiowy za hitem radiowym.

W niezwykle chwytliwej piosence „Dzień za dniem” Beata śpiewa „robisz błąd jeśli nocy kradniesz mrok, słońcu promienie, mnie nadzieję”, ale też „życie zwykle różni się od marzeń”. Faktycznie tak jest.  Powiedziałabym nawet, że zawsze się różni. Czy ktoś o tym nie wie? Jeśli nie, to polecam płytę „Etna” – tę i wiele innych życiowych prawd Bajm zaserwuje śpiewająco, aby w żadnym momencie życia o nich nie zapomnieć, a nawet móc nucić w jakiejś adekwatnej chwili (ale nie tej samej, bo wiadomo, że ta sama chwila „nie odnajdzie więcej nas”).

Łąki pełne snów – 1995 i 7. Plama na ścianie – 2000

W piosence pojawia się motyw dziewczyny, która jest zagubiona w swoim życiu, nie może liczyć na wsparcie rodziny, podejmuje ważkie decyzje. To temat bardzo często podejmowany przez Beatę Kozidrak w tekstach – niezależnie od fazy twórczości („Różowa kula”, „Lola Lola”, „Dwa serca dwa smutki” etc.). Jeśli porównać całą twórczość tekstową autorki do twórczości Coelho, to „Łąki pełne słów” byłyby odpowiednikiem „Weronika postanawia umrzeć”. Tekst ma koić, rozdając obietnice bez pokrycia („są gdzieś łąki pełne snów, jest uczucie, które nigdy cię nie zrani już”), kreuje świat, który ma uspokajać weltschmerz i leczyć nerwicę.  Mimo banalnych porad i zakłamywania rzeczywistości typowa dla Bajmu zgodność słów z muzyką niweluje zgrzyt – w piosence wyczuwa się charakter kołysanki, a prawem tego gatunku jest budowanie wizji nierealnie bezpiecznego świata.

Szczególnie dużo tekstów opierających się o motyw zagubionej kobiety znajduje się na wydanej pięć lat później płycie „Szklanka wody”. Tutaj otarcie o banał to za mało, metafory wchodzą w absurd („kiedy się stanę plamą na ścianie nie mów o mnie źle”). Czterdziestodwuletnia Beata Kozidrak nie jest już dziewczyną, która krzyczy w przestrzeń „różowa kula porwała mnie (…) powiedz mi jak mam w to wszystko uwierzyć”. Śpiewa za to „otulam się różową kołdrą (…) co będzie jutro chyba już wiem”. Wraz z odkrywaniem świata i dojrzewaniem autorki systematycznie spada jednak jakość teksów. Rymy i sformułowania w „Plamie na ścianie” są miejscami bolesne dla ucha. Pomijając już tytułowy wykwit na tapecie, fragment „kiedy już wszędzie mało mnie będzie” uwiera.  I tu znów paradoks – mimo że tekstowo milenijna płyta jest jeszcze słabsza od poprzedniej, zagęszczenie hitów radiowych jest tu naprawdę wysokie („Lola Lola”, „Szklanka wody”, „Modlitwa o złoty deszcz”, „Plama na ścianie”, „O tobie”), a przecież zespół wydał wiele płyt (z lepszymi tekstami), które kojarzą się z maksymalnie jednym singlem.

Siedzę i myślę – 1998

Tym razem cofnijmy się o dwa lata. Utwór promujący pierwszą solową płytę Beaty zaczyna się tak absurdalnie, że aż trudno uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Dokładnie pamiętam swoje wrażenia, kiedy pierwszy raz usłyszałam go w radio. Szok i niedowierzanie. Po pierwsze dlatego, że pierwsze takty brzmią jak „Changes” w wersji Tupaca (nieraz się nabrałam).  Po drugie – ten tekst naprawdę brzmi „ siedzę i siedzę, myślę i myślę”. Aż strach „pomyśleć”, ile trzeba „siedzieć”, żeby „wymyślić” taki początek.

Treściowo oscyluje w podobnej tematyce co „Ja pas” Nosowskiej.  Pokuszę się o krótkie porównanie obu tych tekstów. W „Siedzę i myślę” można się zupełnie nie domyślić, o co chodzi, mimo że refren „zataczałeś krąg (…) między szklanki brzegiem a dnem” wydaje się bardzo wprost. Przy pobieżnym odbiorze (a taki jest przecież los radiowych piosenek) można odnieść wrażenie, że to zwykły song o miłości, a nie poważna rzecz o radzeniu sobie z alkoholizmem partnera. W utworze młodszym o dwie dekady temat pada, bez ogródek, już w pierwszym wersie („miała być jedna lampka, dwie, poszły konie, wio, było lampek moc, ej”).  Zdecydowanie różnią się postawy zawiedzionych kobiet. Nosowska śpiewa „wrócę gdy się skończy bal”, Kozidrak – „nie obiecuj, że nie powtórzy się, powiedz tylko, że mnie kochasz”. Kaśka zgrabnie nawiązuje do popkultury („w tej piosence, co ją Prońko śpiewa, facet robi małpę i ma Kryśka w domu cyrk”). Beata przez ten czas niewiele wymyśliła. Stan ten trwa do końca utworu – fraza „siedzę i myślę” powtarza się, nie prowadząc do puenty.

Rzeka marzeń – 2001

W tym wodospadzie pikującej w dół twórczości jest samotna wyspa, która mogłaby zaprzeczyć tezie o jednostajnie pogarszającej się jakości tekstów Beaty Kozidrak, gdyby nie jeden szczegół. Nagrany w 2001 roku utwór promował film „W pustyni i w puszczy”. Test jest napisany zgrabnie, bez efekciarstwa ani mądrości w stylu Coelho, adekwatnie do obrazu, który ilustruje. Jak to możliwe, że wśród stabilnie pogarszających się tekstów nagle pojawia się jeden dobry? Odpowiedź jest prosta – jego autorem jest Jacek Skubikowski.

Upiłam się Tobą – 2016

Ciągle nie wiem jak podsumować ten tekst, jestem zbyt zażenowana, żeby o nim pisać. Być może, kiedy będę mieć 56 lat i poderwę jakiegoś dwudziestoparolatka, to zrozumiem, o czym pisze Kozidrak. Jestem w stanie założyć, że, zwyczajnie, nie jestem grupą docelową tego utworu, ale jak w takim razie zrozumieć nastolatki podśpiewujące za B3 „upiłam się tobą, połową mych lat”?

Beata Kozidrak przebyła bardzo ciekawą drogę jako autorka tekstów przez te cztery dekady. Z uwagi na to, jak wiele utworów wyszło spod jej pióra przez ten czas – na dziesięciu płytach Bajmu i trzech solowych – można śmiało powiedzieć, że przeszła tę drogę piechotą. Czy jednak prowadziła ona „do lata”? Pod kątem tekstów – nie powiedziałabym. Z poziomu zgrabnych rymowanek, konstruowanych nie wprost, ale też bez zbędnych metafor (trafne przenośne nie są mocną stroną jej twórczości) przeszła do wykładania banałów (choćby  „Taka Warszawa” i wers „w końcu to całkiem duże miasto”) i udzielania odpowiedzi na klasyczne pytanie „jak żyć”. Z „Upiłam się tobą” wynika, że można po swojemu, nie bacząc na porady starszych pokoleń i utarte konwenanse, mam jednak wrażenie, że ten tekst obnaża więcej niż „Józek, nie daruję ci tej nocy”, w dodatku w znacznie gorszym guście.

Pewną niesamowitością czy wręcz niezwykłym talentem autorki nazwałabym jej umiejętność wpisywania tekstu w muzykę (lub pisania tekstu nadającego się idealnie do umuzycznienia – nie mam pojęcia jaka jest kolejność w ich procesie twórczym). Za sukcesem Bajmu, ale też solowej twórczości Beaty Kozidrak, stoi niesamowita muzyczność tych piosenek. Coś, co sprawia, że nawet zdecydowani oponenci od czasu do czasu łapią się na nuceniu „jesteś sterem, białym żołnierzem”, choć dodają w ślad za nutą „co to właściwie znaczy?”. Sens utworu schodzi na dalszy plan, kiedy rymy idealnie wpisują się w rytm, a śpiewne samogłoski same układają w piosenkę. Dodać do tego perfekcyjne warunki i umiejętności głosowe wokalistki i mamy wzór na czterdzieści lat zajmowania szczytów komercyjnych list przebojów. Chciałoby się słyszeć tam Osiecką, Młynarskiego czy choćby Skubikowskiego, ich radiowy czas jednak przeminął, a Kozidrak ciągle gra.  

* Utwory i teledyski należą do ich wykonawców i dystrybutorów.

Odpowiedz

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię