Na Dary bogów Witolda Jabłońskiego rzuciłam się jak wygłodniała mysz na kawałek goudy. Lubię mitologie nordycką i słowiańską, a tę ostatnią – z przyczyn oczywistych – znam dużo gorzej. Wizja, że oto w moje łapki trafi pięknie wydane tomiszcze słowiańskich mitów, była mi bardzo przyjemna. Co prawda otrzymałam nie tomiszcze a ebooka, jednak mimo to z ochotą zabrałam się do lektury. 
Najpierw będzie trochę naukowo, ale spokojnie – ciekawie

Książka zaczyna się od około trzydziestu stronnicowego omówienia naukowego. Jeśli kogoś przeraża taka myśl – uspokajam. Gdyby wszystkie teksty badawcze były pisane w sposób tak przystępny, książki naukowe sprzedawałyby się jak świeże bułeczki. Bardzo dobrze się to czyta, bez szkody dla treści. Ja akurat nie znalazłam we wstępie wiele nowego, ale na studiach odrobinę zajmowałam się mitologią Słowian. Za to dla kogoś, kto zupełnie nie ma o niej pojęcia, będzie to nieoceniona pomoc. Szczególnie, że książka Jabłońskiego nie jest dziełem naukowym a beletrystycznym. Autor nie postawił sobie za cel spisać mity słowiańskie (bo tych mamy niewiele z powodów wyjaśnionych we wstępie), lecz w oparciu o pewne przesłanki źródłowe, wspólne wątki, stworzenie zbioru opowieści, które mitami mogłyby być. 

Ogromną zaletą książki jest podsumowanie każdego rozdziału – autor bardziej lub mniej szczegółowo zdradza, co sobie zmyślił, co nadinterpretował, a co się zasadniczo zgadza ze źródłami. Niekiedy otrzymujemy więcej  prawdy, niekiedy beletrystyki, ale takie założenie przyjął sobie Jabłoński, więc nie mogę – i zresztą wcale nie chcę – się tu do niczego przyczepić.

Na początku był chaos…

A potem towarzysz Bóg spacerował ulicami Moskwy… A potem przechodzimy do mitów o stworzeniu świata. Trudno, żeby autor zaczynał od tyłu. Moim zdaniem to najsłabszy punkt książki, bo mity kreacjonistyczne zawsze wydają mi się najnudniejsze i nie ukrywam, że początkowo odbiłam się w tym miejscu i na jakiś czas odstawiłam lekturę. W zasadzie to zanim wróciłam do Darów…, przeczytałam dwa kryminały. Informacja ta nie ma charakteru biograficznego, a jedynie posłuży mi za pewien punkt odniesienia. Dary bogów nie są książką, którą należy czytać ciurkiem. To w końcu zbiór opowieści i podobnie jak inne tego typu – prawdziwe czy zmyślone – pozycje do niej należy co jakiś czas powracać. Wtedy daje dużo więcej radości. 

W książce znajdziemy czternaście opowieści uszeregowanych chronologicznie i płynnie przechodzących jedna w drugą, wobec tego nie polecam czytać na wyrywki, a po kolei. 

Wstęp, rozwinięcie i… bibliografia

Jak już wspominałam, na początku książki znajdziemy wstęp naukowy. Po tekście zasadniczym zaś dwa dodatki – spis z charakterystyką występujących bóstw oraz omówienie kalendarza obrzędowego Słowian. Dodatkowo autor zawarł na samym końcu obszerną bibliografię. Chwała mu za to – dzięki temu Dary bogów stają się wartościową pozycją dla każdej osoby interesującej się mitologią Słowian. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to tak, jakbym uważała, że bez tych elementów książka nie byłaby warta polecenia. Cóż.

Co za dużo, to niezdrowo

Założeniem autora było odwzorowanie najbardziej naturalnej formy przekazu mitologii – to jest jej opowiadania. Narratorem uczynił więc bajarza, który opowiada kolejne historie zebranym, a niekiedy też wtrąca coś od siebie. Z góry zaznaczę, że uważam taki pomysł za najrozsądniejsze rozwiązanie. Niestety aby jak najlepiej oddać atmosferę opowieści, autor często-gęsto ubarwia język. Może nie tyle sypie archaizmami jak z rękawa, ale stosuje styl niejako baśniowy, stylizowany na dawny. I jest to bardzo, bardzo męczące. Wiadomo, że tego typu tekst nie mógł raczej zostać napisany językiem w pełni współczesnym, ponieważ autor straciłby okazję do zbudowania atmosfery. Ja to wszystko rozumiem. Szkoda jedynie, że Jabłoński tę okazję molestuje na wszystkie sposoby. To kolejny argument za tym, żeby Dary… czytać po kawałku, bo naraz nie da się za bardzo. 

W moim odczuciu – niestety, podkreślam – autor poległ w starciu z własnym, poniekąd słusznym, zamierzeniem. Przesadził. Żeby nie było – tragicznie nie jest. Ale według mnie nie udał się Jabłońskiemu eksperyment z językiem. To mój największy zarzut wobec książki i powód, dla którego długo zastanawiałam się, czy mogę z czystym sumieniem polecić tę pozycję.

Przesyt dawkowany rozsądnie ma inne zalety

Nie ukrywam, że dla mnie Dary bogów okazały się dużym rozczarowaniem. Wynika to po części z moich (znowu…) wysokich oczekiwań. Niemniej jednak trudno czerpać przyjemność z lektury, która męczy. Dlaczego zatem nie wystawię książce dwói (jeden punkt na zachętę, drugi za okładkę) i nie zakrzyknę: „APAGE!”? Bo byłoby to skrajnie niesprawiedliwe, nieuczciwe wobec odbiorcy i przede wszystkim niezgodne z prawdą. Dary bogów potraktowane jako ciekawostka, książka o szczególnym charakterze, wyposażona w całkiem solidny aparat (popularno)naukowy, pozycja dla miłośników mitologii słowiańskiej i nie tylko okazuje się lekturą wcale przyjemną i wartościową. Warto ją mieć na półce i od czasu do czasu po nią sięgnąć. Wszyscy fani fantastyki, mitologii i przeróżnych podań oraz baśni znajdą w niej wiele inspiracji. Zachęcam osoby interesujące się mitologią słowiańską do zrobienia miejsca na półce. 

Tutaj pomarudzę jeszcze troszkę – wielka szkoda, że wydawca nie pokusił się o lepszą oprawę graficzną. Nie chodzi mi o okładkę, bo ta mi się podoba (szkoda, że nie twarda), ale o wnętrze. Wydawać by się mogło czymś oczywistym, że jeśli już zamieszczać w książce ilustracje, to ładne, a nawet piękne, bo inaczej nie ma sensu. Ale nie. Faktycznie nie wiem, czy w papierowym wydaniu nie prezentują się one lepiej, bo może są kolorowe, ale jednak mimo to szału nie ma i nie będzie. Szkoda, bo tego typu pozycja aż się prosi o parę porządnych ilustracji. 

Podsumowując. Bardzo doceniam i szanuję zamysł, wysiłek i rzetelność autora. Szkoda mi krytykować. Natomiast mimo krytyki uważam Dary bogów za pozycję wartościową i dającą się polecić, z wymienionymi przeze mnie zastrzeżeniami.

Zachęcamy do sięgnięcia też po inne ebooki należące do tego gatunku.

Recenzja powstała we współpracy z Virtualo.

 

Tytuł: Dary bogów

Autor: Witold Jabłoński

Wydawnictwo: Genius Creations

Rozmiar pliku: 5,7 MB

ISBN: 978-83-7995-287-8

Podsumowanie
Ocena
6
Poprzedni artykułSurowa ryba też jest smaczna. „Sushi Go Party!” – recenzja gry
Następny artykułZmarnowany potencjał. „Kapitan Marvel” – recenzja filmu na DVD
Agata Staszewska
Tłumaczka, redaktorka, fanka fantastyki, gier komputerowych i planszowych. Jej los został przesądzony już wcześnie, bo gdy miała lat 7 tata kupił komputer, a na nim była jej pierwsza gra: Prince of Persia. Sprawy potoczyły się dość szybko. Podobnie z fantastyką. Zupełnym przypadkiem w wieku lat około 10 w jej ręce wpadł "Mort" Pratchetta. Zachęcona kolorową okładką kupiła. Wcześniej nie wiedziała, że można pisać TAKIE RZECZY. Dziś nie wyobraża sobie życia bez odrobiny magii, którą czerpie z książek i gier RPG. Lubi biegać i od jakiegoś czasu próbuje ujarzmić buldoga, ale to wyjątkowo uparte bydlę. W planszówki zwykle przegrywa, ale przecież nie gra się po to, by wygrać. Prawda? PRAWDA?

Odpowiedz

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię