Nie umiem być obojętny – zestawienie piosenek, które mają na mnie wpływ

Nie umiem śpiewać. Głuchy pawian, któremu nadepnięto na jądro, śpiewałby lepiej ode mnie. Nie umiem tańczyć. Patrick Swayze do pasa zatopiony w smole, zmagający się z porażeniem piorunem, ruszałby się lepiej ode mnie. Jednak czasem nie potrafię być obojętny. Piosenka każe wyć, tuptać i kolebać się.

Muzyka nie jest ze mną non stop, jednak tworzy tło w wielu momentach. Towarzyszy mi głównie, gdy zmywam naczynia czy też budzę się w świetnym humorze i nucę sobie coś, co pojawiło się w mej głowie nie wiadomo skąd (czasem sam siebie zaskakuję danym repertuarem). Spotify lub płyty CD wspierają mnie w pracy i podczas jazdy autem. Jestem otwarty na większość dźwięków, dzięki czemu przynajmniej raz w tygodniu poznaję coś nowego, co każe mi tupać nogą bądź kiwać głową. Choć sporo nut puszczam mimo uszu, to jednak są utwory dalekie od wywołania u mnie marazmu. Mimo zblazowanej miny, wewnątrz cały płonę, rozsadza mnie energia, a nawet pragnę śpiewać lub biegać boso po mokrej od rosy trawie.

W podstawówce nienawidziłem muzyki. Nauczyciel przerażał bardziej niż Alf (tak, ten, którego ma powstać remake, a więc nie cieszy mnie to), natomiast śpiew czy gra na flecie doprowadzały mnie do palpitacji. Dziś jednak jestem w pełni zaprzyjaźniony z wszelkimi melodiami, a jeśli chodzi o wokal, ubóstwiam wchodzenie na bardzo wysokie tony, co niektórzy mogą nazwać wyciem lub piszczeniem. Jadąc autem, akompaniując artyście, zawodzę jak obdzierany ze skóry. Czołową piosenką tego typu jest Szukam Michała Sobierajskiego, z płyty zespołu Flirtini. Podczas refrenu budzi się we mnie zwierzę (najpewniej wilk czy jakiś jeleń podczas rykowiska). Podobnie rzecz ma się z piosenkami, których autorem jest Grzegorz Hyży, ale on trochę należy do mojego guilty pleasure, o czym innym razem. Ponadto lubię tworzyć chórki, gdy z głośników leci Ptakova.

 

Melodia rozkazująca mi bujać się albo tupać nogą nie musi być tylko jedna. Seven Nation Army dla mnie jest tym, czym dla wielu We Will Rock You czy Always Look On The Bright Side Of Life. Potraficie ani drgnąć przy tych piosenkach? Jeśli tak, to podczas logowania na różnych stronach niesłusznie zaznaczacie „Nie jestem robotem”, gdyż wtedy kłamiecie i macie grzech. The White Stripes stworzyło coś, co mogę zarówno śpiewać, jak i nucić melodię oraz wybijać rytm. Dodatkowo Glitch Mob unowocześniło tę piosenkę, dzięki czemu zyskała ona elektryczny pazur.

 

Wśród moich faworytów znajdują się też kawałki uwielbiane przeze mnie głównie ze względu na tekst. W czołówce uplasowało się Co jest ze mną nie tak Pezeta, ale także Meg Myers czy Gverilla.

 

Bitamina zasługuje na osobną kategorię. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem Dom, to myślałem, że umrę ze szczęścia. Zrozumiałem, co to eargasm. Przycisk replay maltretowałem bardziej niż coś, co ktoś maltretuje naprawdę bardzo (aż nie potrafię podać przykładu). Infinity War jest lepszym crossoverem niż film, w którym uczestniczą jednocześnie Stoya i Sasha Grey, jednak połączenie sił Dawida Podsiadło z Bitaminą było, według mnie, fuzją roku (Nikt z ostatniej płyty Flirtini). Refren Domu nakazuje mi chłonąć dźwięki i wczuwać się w całość. Przekaz, tekst, melodia, głos Vita – wszystko to jest receptą na sukces. Podczas słuchania rodzi się we mnie coraz większa miłość do tego kawałka i staram się zarażać nią innych.

 

Na swojej playliście trzeba zamieścić numery ładujące baterie pozytywną energią. Moje akumulatory wspiera XXANAXX i KęKę. Bardzo, bardzo oraz Cesarz mają taką muzykę, że nie umiem być przy nich smutny (jeśli chcę utrzymać stan przygnębienia to w sukurs biegnie Kortez). Podryguję i cieszę się życiem. Ponadto MØ, najbardziej znana chyba z Lean On, stworzyła Final Song po to, aby każdy mógł zdjąć buty i ruszyć biegiem ku łące pełnej trawy i rosy (i pewnie psich kup, ale tego nie ma w filmach o szalonych nastolatkach).

 

Ze mnie taki raper, jak z Gimpera raper (świetne porównanie, co?), jednak gdy zaczyna się trzecia zwrotka w Czy ty to ty?, muszę krzyczeć, że jestem Batmanem na tym dancingu. Nie wynika to z faktu, iż w nocy biegam w pelerynie i masce. Po prostu w tle słyszę Piotra Fronczewskiego z piosenki W aucie, a nawiązanie Piotra Szmidta do tego tekstu wywołuje u mnie wielką radość. Doceniam to. Ponadto Ten Typ Mes jest moim ulubionym raperem, więc mógłbym tu wymienić mnóstwo jego numerów, ale ograniczmy się do Czy ty to ty?, Ikarusałki i Krzyczał na synka.

 

Lista ulubionych piosenek liczy sporo pozycji i bez przerwy ewoluuje. Można ją porównać do lampy typu wulkan – coś jest u góry, coś znajduje się na dole, całość cieszy, sprawia radość, ale jak się z tym bezustannie obcuje, to zaczyna nudzić. Jakiś szowinistyczny śmieszek użyłby bardziej porównania do dziewczyny, aniżeli lampy i dodał, że czasem też tego nie da słuchać, ale ja nie podzielam tego zdania.

Trudno wybrać zaledwie kilka utworów, a na pewno za parę miesięcy uznam, że powyższe zestawienie powinno wyglądać inaczej, lecz obecnie mocno stoję za tą wersją. Mocno, jak uderzenie basu w Duel 35 Zamilskiej.

 


Źródło grafiki głównej: 3-2-1-Agni na Deviantart

Artur Sobala

Miłośnik dwuznaczności, cytatów, patosu i śmieszkowania. Eskapizm i fantastyka świetnie się uzupełniają, tworząc światy, w których doskonale się czuje. Ma więcej pomysłów, niż zapału, by je zrealizować. Zmienia zdanie częściej niż Kylo Ren.

Komentarze

  • 1 października 2018 o 23:28

    Dom jest faktycznie jak „taki szałas na hałas”. Mi się ta piosenka w ogóle nie podobała, lubię totalnie inne klimaty, a jednak tak kosmicznie wciąga. Ma w sobie coś kojącego, jakąś taką prostotę i sama nie wiem co jeszcze. Jest piękna takim nieoczywistym, acz szczerym pięknem.

    Odpowiedz
  • Adrianna Rakowska
    31 sierpnia 2018 o 14:39

    Oj tak, z Seven Nation Army mam tak samo <3

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.