Magia kontra nauka. „Doktor Strange” – recenzja komiksu

-

Magia jest wszędzie. I choć ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, najważniejsze, że istnieje osoba zajmująca się tym aspektem, chroniąca społeczeństwo przed niewidzialnymi lub niewytłumaczalnymi dla niewrażliwych na nią niebezpieczeństwami. Doktor Strange.

Komiks Doktor Strange, wydany nakładem Egmontu z serii Marvel Now! 2.0, śledzi losy Mistrza Magii i jego walki ostatecznej. Pewnego dnia bowiem rzucane przez bohatera czary tracą swoją moc, ludzie przychodzą do Strange’a z coraz dziwniejszymi problemami, a w sferze astralnej pojawiają się nietypowe byty, które w ogóle nie powinny istnieć w tym świecie. Co więcej, z innych wymiarów docierają straszne informacje o morderstwach mistrzów. Protagonista będzie musiał się więc zmierzyć z niebezpiecznym wrogiem, pragnącym unicestwić wszelką magię.

Atak na magię

Fabuła tomu stanowi wciągającą i trzymającą w napięciu historię, pełną akcji i dynamizmu. Jason Aaron nie pozwala czytelnikowi na chwilę wytchnienia, wciąż dokładając sceny wzbudzające wiele emocji. Oczywiście głównym bohaterem jest Doktor Strange, zatem przez cały komiks śledzimy jego poczynania i próby walki z bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem. To niezwykle trudne zadanie, bowiem bohaterowi ciężko toczyć bitwę o magię, gdy jej ubywa, a przecież on sam z niej korzysta. Można zatem wyobrazić sobie, ile stresu wzbudza w odbiorcy ten tom, gdy przewraca on strony, nie mając pewności, że postać w ogóle wygra to starcie. Zwłaszcza iż przez zdecydowaną większość Doktora Strange’a sytuacja wcale nie rysuje się w kolorowych barwach, żeby nie rzec, że jest wręcz beznadziejna i trudno dostrzec jakikolwiek cień szansy na triumf.

Co istotne, scenarzysta często wspomina i kładzie nacisk na istotny aspekt korzystania z magii – wszystko ma swoją cenę. Bohater zatem prowadzi walkę na dwóch frontach – z jednej strony stara się zniwelować zagrożenie, z drugiej zaś bije się z własnymi demonami, zarówno przeszłości, jak i teraźniejszości. Okazuje się, że Mistrz Magii zaciągnął olbrzymi dług wobec mocy, którą się posługuje. Tego kredytu nie da się tak łatwo spłacić.

W historii, publikowanej pierwotnie w zeszytach o Doktorze Strange’u z 2015 roku oraz tomach z serii Doktor Strange: The Last Days of Magic, ujrzymy ponownie jego wiernego pomagiera – Wonga, a także zupełnie nową postać – Zelmę Stanton. Niestety można odnieść wrażenie, że bibliotekarka odgrywa w fabule mało istotną rolę i chociaż miejscami autor stara się przekonać czytelnika, iż jest inaczej, w ogólnym rozrachunku kobieta stanowi niepotrzebny dodatek, swego rodzaju filler.

Pomijając jednak tę dość niefortunną postać, warto skupić się na głównym bohaterze, ponieważ scenarzysta doskonale ujął desperackość jego działań. Dzięki takiemu zabiegowi można nie tylko kibicować Strange’owi, ale czasem także wyzwolić w sobie falę współczucia wobec niego – odbiorca przywiązuje się do tego, bądź co bądź, nieco tragicznego protagonisty. Trudno nie sympatyzować z Mistrzem, zdając sobie sprawę, ile poświęcił, jak wielu osobom pomógł i jak bardzo stara się utrzymać magiczny świat w ryzach, będąc jednocześnie nierozpoznanym i niedocenianym, cichym superbohaterem.


Siadaj, dwója!

Elementem, który ciężko jednoznacznie ocenić, jest z pewnością główny antagonista. Z jednej strony mamy niejasną, niezbyt przekonującą, a przede wszystkim bardzo powtarzalną i schematyczną przeszłość tego bohatera, przez co jego motywacje wydają się spłycone albo wręcz niezrozumiałe. Z drugiej jednak za pomocą tej postaci autorowi, czy miał taki zamiar, czy nie, doskonale udało się odwzorować religijny fanatyzm i zagrożenia oraz absurdy z niego płynące. Antagonista dwoi się i troi, aby zmusić świat do podzielania jego przekonań, w tym celu posuwa się nawet do morderstw i rozpoczyna swego rodzaju chorą krucjatę przeciwko „innowiercom”, jednocześnie kompletnie nie uznając argumentów drugiej strony. Zaślepiony przez swój fanatyzm powoduje ogromne szkody i jak w amoku niszczy wszystko, co tylko nie pasuje do jego wyobrażenia świata. Niby jest tu motyw zemsty związanej z tragiczną przeszłością bohatera, jednak znika on pod płaszczem jego szaleństwa.

A gdy magia się wypala…

O ile historia się broni naprawdę dobrze, o tyle tego samego nie można powiedzieć o kresce, jaką ujrzymy w Doktorze Strange’u.

Ma ona dwa podstawowe i zasadnicze mankamenty. Po pierwsze: kadry są niezwykle chaotyczne i skonstruowane w taki sposób, iż czytelnik nie może dostrzec, co się właściwie na nich znajduje – ot, jakieś kolorowe pulpy saminiewiemyczego. Po drugie: sama postać Strange’a została pozbawiona majestatyczności, z którą zawsze ten bohater mi się kojarzył. Nie jest najgorzej, kiedy rysownik, zamiast normalnych oczu, rysuje poziome, ciemne kreski, jakby postać pochylała głowę, a cień padał na ten obszar jej twarzy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy artysta postanowi jednak pokazać lico Doktora w całej okazałości. Wygląda on wówczas jak dwunastolatek z doczepionym wąsem, przez co zarówno bohater, jak i fabuła, tracą na powadze. Miejscami taki styl przypomina stare, dobre komiksy W.I.T.C.H., które czytałam jako nastolatka.

Całość nabiera dziwnie bajkowego charakteru, zupełnie niepasującego do rozgrywających się wydarzeń. Nie pomaga także awersja rysownika do detali – postacie często nie mają nosów (nawet te pierwszoplanowe!) czy oczu, zastąpionych wspomnianymi wcześniej poziomymi kreskami. Zdarza się także, iż wyglądają dość karykaturalnie.

Właśnie ten brak szczegółów, w zestawieniu z chaotycznością ilustracji, powoduje, że odbiorca często zostaje wytrącony z rytmu, próbując doszukać się jakiegoś sensu w danym kadrze.

Z kolei ostatnie strony komiksu, gdzie do akcji wkraczają inni artyści, mocno trącą klimatem retro, twarzom bohaterów brakuje proporcji, a zamiast uśmiechów czy rozpoznawalnych wyrazów często widzimy krzywe grymasy, podobne zupełnie do niczego.

Estetyka vs fabuła

Kreska to najsłabsza strona Doktora Strange’a, jednak z pewnością znajdą się osoby, którym przypadnie ona do gustu. Dlatego też w ocenie tego komiksu nie wezmę jej pod uwagę, bowiem nawet nieciekawe rysunki nie są w stanie przysłonić interesującej i wciągającej fabuły. To właśnie dla niej, nie dla doznań estetycznych, czytelnicy powinni sięgnąć po ten tom.

 

Tytuł: Doktor Strange. Tom 1

Autorzy: Jason Aaron, Chris Bachalo

Wydawnictwo: Egmont

Liczba stron: 300

podsumowanie

Ocena
8

Komentarz

„Doktor Strange” straszy kreską, ale przyciąga fabułą. Dla tak trzymającej w napięciu historii warto przełknąć nieciekawe bohomazy.
Adrianna Dworzyńska
Geek i fanatyczka popkulturalna. Fascynatka astrofizyki, miłośniczka wszystkiego, co brytyjskie. Członkini wielkiej trójki fandomów. Ceni magię ponad efektami, dlatego kocha Doctora Who i Merlina nad życie. Dyrektor ds. Memologii 2.0, śmieszek 24/7, ale przede wszystkim stuprocentowy hobbit - lubi święty spokój, jedzenie i spanie.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu