Jeszcze raz to samo? „Kłamca” i „Kłamca 2. Bóg marnotrawny” – recenzja książek

-

Przyznaję, że mogę żyć pod kamieniem, ale nie spotkałam się jeszcze z tym, by autorzy brali na warsztat już napisane książki i je poprawiali. Jakub Ćwiek jednak nie raz udowodnił, że lubi zaskakiwać. Tak więc, po trzynastu latach, zabrał się za cykl, którym wdarł się na rynek wydawniczy. Seria o przygodach Lokiego została zatem odświeżona, ukazując się nakładem Wydawnictwa SQN. Warto sięgnąć po nową wersję?

 No dobrze, przyznaję – skłamałam we wstępie. Z przerabianiem już wydanej powieści spotkałam się tylko raz. HEX, pióra Thomasa Olde Heuvelta, podobno znacznie różni się w dwóch wydaniach – oryginalnym, opublikowanym w Holandii i Belgii w 2013 roku, oraz angielskim, z którego książka została przetłumaczona na polski. Zgodnie ze słowami autora, zmianie uległo nie tylko miejsce akcji (podmienione na małe, amerykańskie miasteczko), ale też całe zakończenie. Co dokładnie? Trudno mi powiedzieć, nie zapoznałam się z oryginałem, ponieważ bariera językowa okazała się nie do pokonania. Nie ma to jednak większego znaczenia w kontekście tej recenzji, a informację tę potraktujcie jako ciekawostkę.

Odgrzewane kotlety?

Kuby Ćwieka – jak sądzę – nie trzeba przedstawiać tym, którzy – w przeciwieństwie do mnie – nie żyją pod kamieniem, prawda? Autor ponad dwudziestu książek, wielu opowiadań, słuchowisk, a nawet sztuk teatralnych, do tego publicysta i podróżnik, zaś od niedawna również komik stand-upowy (występuje obok Macieja Linke i Michała Pałubskiego). Możecie kojarzyć go głównie z fantastyką, bowiem popularność zyskał właśnie dzięki serii Kłamca, opowiadającej o przygodach nordyckiego boga kłamstwa – Lokiego, który po zniszczeniu Asgardu musi znaleźć sobie miejsce w nowym świecie. Mimo, wydawać by się mogło, oczywistych preferencji, Ćwiek nie stroni również od innych gatunków – książek podróżniczych o swoich wyprawach do Stanów Zjednoczonych czy tych balansujących na granicy kryminału.

Nie będę ukrywać, że zaskoczyła mnie informacja o tym, że Kuba postanowił sięgnąć po coś, co już napisał i wydał, skoro (jak można wywnioskować z jego wypowiedzi w social mediach) w głowie tli mu się cała masa pomysłów na inne projekty. Owszem, jego debiutancki cykl nie był bez wad, jednak niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto za pierwszym razem zrobił coś idealnie. Kłamca otworzył mu drzwi do publikacji kolejnych książek – lepszych i gorszych, mniej i bardziej wciągających, ale zyskujących sobie całkiem pokaźne grono fanów i wielbicieli. Tymczasem, po trzynastu latach, okazało się, że nadszedł ten moment, gdy w Kubie zrodziło się przeświadczenie, że warto wykorzystać lata doświadczenia w pisaniu, aby raz jeszcze opowiedzieć historię Lokiego.

Znany i lubiany!

Od razu zaznaczę, że do debiutanckiego cyklu Ćwieka żywię ogromny sentyment – to jego książki, poza Wiedźminem Sapkowskiego, skierowały moje zainteresowania w stronę księgarnianych półek z powieściami polskich autorów fantastyki. Nie wykluczam, że kiedyś dokonałby tego inny pisarz (właściwie to jestem pewna, ponieważ przez te kilkanaście lat trafiłam na wiele wartościowych pozycji), mam wrażenie, że trwałoby to dużo dłużej. Zajmijmy się jednak fabułą omawianej serii.

Bóg odszedł. Zostały jego anioły, które muszą sobie poradzić z brakiem szefa, a także wolną wolą ludzi i faktem, że ci swoją wiarą powołali do życia takie abominacje, jak innych bogów, półbogów, tytanów i całą masę tej mitologicznej hałastry. Wycinanie w pień obiektów innych kultów idzie pierzastym niezwykle skutecznie. W końcu jednak drogi bożych wojowników prowadzą do Asgardu, gdzie przecinają się z losami nordyckiego boga kłamstwa – Lokiego. Uwięziony przez Asów olbrzym postanawia przejść na zwycięską stronę, wychodząc z założenia, że lepiej być żywym niż martwym, nawet jeśli za cenę zdrady podobnych sobie bytów. Na sojuszu zyskuje jednak nie tylko on. Okazuje się bowiem, że Bóg, nim zostawił stworzony świat pod pieczą skrzydlatych, ustanowił zasady i ograniczenia, których ci nie mogą łamać. Oczywiście nie wiążą one boga kłamstwa.


Kto kogo wystrychnie na dudka?

Wizualnie jest na czym zawiesić oko. Na ciemnym tle szczerzy się blondwłosy przystojniak z miną rasowego cwaniaka. Loki, bez żadnych wątpliwości. Naprawdę trudno nie odwzajemnić tego uśmiechu. Warto nadmienić, że także grzbiety wydania są spójne, przez co książka naprawdę ładnie prezentuje się na półce. Ogólne wrażenie harmonii i dopasowania psuje jednak fakt, że na froncie okładki Boga marnotrawnego logo wydawnictwa przesunięte zostało nieco na prawo, a nie umieszczone centralnie (aczkolwiek rozumiem niechęć do zasłonięcia elementu grafiki, znajdującej się w tym miejscu). Wielka szkoda, że w środku nie znajdziemy żadnych ilustracji, nie jest to jednak brak, który nie dawałby mi spać. Zwłaszcza że – jak mawia przysłowie – to nie po okładce powinno się oceniać książkę.

Słysząc o tym, że Kuba zamierza przepisać znaną i lubianą przeze mnie historię, postanowiłam, z czystej ciekawości, najpierw odświeżyć sobie pierwotną wersję. Wiecie, żeby dostrzec, jakie wątki uznał za warte wycięcia, a jakie za warte – jego zdaniem – rozwinięcia. Idea wydała się szczytna i godna pochwały, jak to jednak z teorią zwykle bywa… rozminęła się z praktyką. Mimo włożonego trudu, na tym etapie cyklu (ukazały się już dwa kolejne tomy) nie mogę z całą pewnością stwierdzić, czy brak jakiegoś z elementów fabuły wynika z jego permanentnego usunięcia, czy po prostu autor znalazł dla niego lepsze miejsce w całej serii. Nie zaryzykuję zatem zapewnienia was, że jakiegoś wątku nie uświadczycie, by nie okazało się, że po prostu został on przesunięty do kolejnego tomu, a ja przedwcześnie zasmuciłam się (lub ucieszyłam).

Nowe wydanie wygrywa jednak nad pierwotną wersją nie tylko projektem szaty graficznej, ale też tym, że czyta się je znacznie płynniej i przyjemniej. Można wyczuć pewną zmianę w stylu autora, który niektóre opisy dodaje, inne nieco zmienia, a inne skraca do absolutnego minimum. Na chwilę obecną, gdy nie mam pewności, co nożyce pisarza z tekstu „wyciachały” już bezpowrotnie, bezpieczniej jest mi uznać te zabiegi za poprawki raczej kosmetyczne. Tak, wolę być ostrożna w szafowaniu wyroków.

Summa summarum

Jeśli dotychczas złożyło się w waszym życiu tak, że nie mieliście okazji sięgnąć po pierwsze wydanie Kłamcy, a koniecznie chcecie się zapoznać z przygodami Lokiego, to polecam wam poprawioną wersję. A może macie już za sobą lekturę debiutanckiego cyklu Kuby? Też się nie krępujcie – jest lepiej! Zasadniczo powieść wydaje się być bezpieczną opcją zarówno dla tych, którzy dopiero chcieliby rozpocząć swoją przygodę z powieściami Ćwieka, jak i dla tych, co już dawno zaczęli wspólną wędrówkę.

Jeszcze raz to samo? „Kłamca” i „Kłamca 2. Bóg marnotrawny” – recenzja książekTytuł: Kłamca

Autor: Jakub Ćwiek

Wydawnictwo: SQN

Ilość stron: 304

ISBN: 978-83-8129-278-8

 

 

 

Jeszcze raz to samo? „Kłamca” i „Kłamca 2. Bóg marnotrawny” – recenzja książekTytuł: Kłamca: Bóg marnotrawny

Autor: Jakub Ćwiek

Wydawnictwo: SQN

Ilość stron: 320

ISBN: 978-83-8129-281-8

Martyna Halbiniak
Martyna Halbiniak
Lubi twierdzić, że nie wpisuje się w schematy, łamie konwencje i jest jedyna w swoim rodzaju, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę otacza się ludźmi o podobnych zainteresowaniach. Wyznaje zasadę, że czekolada nie pyta, ona rozumie, a sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu. Kocha książki (chociaż zagina im rogi), kinomaniaczka i serialoholiczka, wciąż znajdująca czas na kolejne inicjatywy.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu