Duchy i czekolada. „Banda Niematerialnych Szaleńców” – recenzja książki

Ta powieść była na ustach każdego książkoholika, pisali o niej blogerzy, zachwalali vlogerzy. Peanom na jej cześć także nie było końca. Dla fanów przygód Percy’ego Jacksona, dla miłośników duchów, dla osób, które cenią sobie lekkie pióro i sporą dawkę humoru w książkach. I jak tu nie sięgnąć po powieść tak zachwalaną i polecaną? Po prostu nie da się przejść obojętnie obok czytelniczego skarbu.

Problem pojawił się w trakcie czytania pozycji – dopadła mnie jedna myśl: o co właściwie tyle hałasu? Sama uwielbiam powieści młodzieżowe, uważam, że nigdy nie jest się za starym na dobrą literaturę przygodową, której głównymi bohaterami są nastolatkowie. Ale mam też wobec niej swoje wymagania – postaci muszą być ciekawe, akcja wartka, koncept na fabułę interesujący, a historia powinna mieć sens. Niestety Banda Niematerialnych Szaleńców spełniła tylko jedno z moich oczekiwań.

Warszawa pełna duchów

Danny Moon to niezły gagatek – przez to, że jego rodzice podróżują po całym świecie, nigdzie nie zagrzewa na długo miejsca, co wiąże się z tym, iż nie uczęszcza do szkół, tylko kształcą go guwernantki. A te nie mają z nim łatwego życia. Bohater nie lubi domowego systemu nauczania, zawsze pragnął iść do szkoły, poznać innych uczniów, uprawiać sporty, dlatego jego misja życiowa polega na eliminowaniu kolejnych opiekunek. W końcu jednak przychodzi moment, kiedy rodzice chłopca mają już dość wybryków syna i postanawiają wymierzyć mu karę. Wysyłają więc Danny’ego do wujostwa, do Warszawy, by tam liznął prawdziwego życia – skoro tak bardzo zależało mu na uczęszczaniu do szkoły, będzie miał ku temu sposobność. Dowie się, że wszystko ma swoje blaski i cienie, a nauka w państwowej instytucji wcale nie należy do najłatwiejszych. Jednak nie to będzie spędzało sen z powiek protagonisty – Moon pozna kilka nowych postaci. Nie uczniów ze szkoły, do której zaczął uczęszczać, tylko… duchy. Czemu bohater widzi zjawy? I co ma z tym wspólnego jeden z największych banków w Europie?

Banda Niematerialnych Szaleńców nie jest złą książką, momentami rzeczywiście dałam się wciągnąć opowieści i pochłaniałam ją z wypiekami na policzkach. Problem polega na tym, że ta powieść nie należy do wybitnych, a przez to całe zachwalanie odniosłam wrażenie, iż będzie to pozycja, która nie pozwoli mi się od niej oderwać. Niestety nie do końca tak się stało.

Popuścić wodze fantazji

 Kilka dobrych momentów to niestety za mało, przynajmniej dla mnie, by uznać książkę za wybitną. Bandę Niematerialnych Szaleńców czyta się szybko, ale czuć, że styl autorki pozostawia wiele do życzenia. Zdania są proste, nie pojawia się za dużo ciekawych opisów, ot sympatyczna historyjka o duchach, które potrzebują pomocy.

Co do humoru i porównania pozycji z książkami z serii o perypetiach syna Posejdona – uwielbiam Percy’ego, mam bzika na punkcie prozy Riordana i mogłabym dniami czytać o przygodach Jacksona. Niestety Danny nie jest tak ciekawym charakterem – momentami denerwowało mnie jego zapatrzenie w siebie i fakt, że… jawi się jako bohater niemalże idealny. Zna kilka języków, widzi duchy, pochodzi z zamożnej rodziny, podróżuje po świecie, potrafi używać broni… Czegokolwiek wymaga fabuła, Moon się dostosuje. A może tak coś poszłoby nie po jego myśli (zakończenie się nie liczy, bo było tak nierealne, że nawet olimpijscy bogowie zastanawiają się nad jego sensem).

Nie polubiłam tego bohatera, przez co nie przejmowałam się zbytnio tym, co mu się przytrafia. A skoro już o przygodach protagonisty mowa – autorka za bardzo popuściła wodze fantazji. Jasne, książki fantastyczne skierowane do młodzieży rządzą się swoimi prawami, ale w tej pozycji absurd goni absurd. Nastolatek, który skacze na dach pociągu i jedzie na nim? Wymachujący bronią i strzelający do przeciwników? Te dwa pomysły uważam za nieudane i niepotrzebne – ta książka to nie Mission Impossible.

Czego w tej pozycji nie ma – strzelanina, porwanie, szpiegowanie, atak hakerski… I mnóstwo duchów. Wątek ze zjawami uważam za zajmujący, Milady to najlepsza postać, jaka pojawia się na kartach tej powieści. Jeśli więc chodzi o główny pomysł na fabułę, ten rzeczywiście się sprawdza.

Banda Niematerialnych Szaleńców to prosta historia, z prostą fabułą i prostymi bohaterami. Jest przyzwoicie, niestety niewiele elementów sprawia, że książka ciekawi (Milady to jedyny sensowny powód, żeby sięgnąć po tę pozycję), a akcja nie należy do wartkich. Powoli czytamy o kolejnych problemach Danny’ego i jego kuzynki Anety oraz duchów, widzimy, jak radzą sobie z nimi i… To by było na tyle. Przeczytałam, zapoznałam się i zapewne niebawem zapomnę o tej historii.

TytułBanda Niematerialnych Szaleńców
Autorki:Maria Krasowska
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 384
ISBN:978-83-8129-092-0

Monika Doerre

Monika Doerre

Dawno, dawno temu odkryłam magię książek. Teraz jestem dumnym książkoholikiem i nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania przynajmniej kilku stron jakiejś historii. Później odkryłam seriale (filmy już znała i kochała). I wpadłam po uszy. Bo przecież wielką nieskończoną miłością można obdarzyć wiele światów, nieskończoną ilość bohaterów i bohaterek.

Komentarze

  • 9 sierpnia 2018 o 16:28

    Oj zdecydowanie zgadzam się z Twoim zdaniem. Też się zawiodłem na tym, bo tak dobrze była ona reklamowana. Jak dla mnie byłą trochę zbyt infantylna (bo przez większość humoru odczuwałem raczej poczucie żenady, a może tylko raz się chociażby uśmiechnąłem) i posiadała bardzo dużo niepotrzebnych fragmentów. Nigdy nie zapomnę tego okropnego fragmentu w którym Milady chce przedstawić plan działania na następne dni, a po jego zaprezentowaniu Danny uznaje że nie zapamięta tego planu i przez PÓŁ strony szuka notesu po swoim strychu. Niby to nie dużo, ale mi się ten opis dłużył ze względu na jego bezsensowność. Nawet nic to nie wniosło do czegokolwiek.

    Odpowiedz
    • Monika Doerre
      9 sierpnia 2018 o 19:23

      Właśnie szkoda, że tak wyszło, bo fakt, sporo scen jest niepotrzebnych, a jedynie kilka mi się naprawdę spodobało.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.