Turned into morons. „451° Fahrenheita” – recenzja filmu

Przyszłość jawi nam się jako wielka niewiadoma. Niektórzy z nas w ogóle o niej nie myślą, hołdując zasadzie carpe diem, inni są na nią przygotowani, a przynajmniej tak im się wydaje, kolejni… boją się jej. Przeraża ich sama myśl o tym, że coś może się zmienić, zniknąć, ewoluować.

Przyszłość to terra incognita, którą chce zbadać wielu z nas. Gdyby istniały maszyny pozwalające nam na podróż do momentów, jakie się jeszcze nie wydarzyły, zapewne sporo osób chciałoby wziąć udział w takiej wyprawie. Nic więc dziwnego, że autorzy prześcigają się w pomysłach na to, jak przedstawić przyszłe dzieje ludzkości. A te jawią się raczej w czarnych barwach, bowiem większość książek czy filmów poruszających to zagadnienie nie pokazuje nam pięknej sielankowej wizji chwil, które dopiero się rozegrają. Wręcz odwrotnie – bombardują nas one obrazami świata po jakiejś zagładzie albo społeczeństw żyjących pod szklanym kloszem, w krainie kłamstwem i manipulacjami historią płynącej.

Ray Bradbury w swojej pozycji 451° Fahrenheita łączy ze sobą dwa komponenty – przyszłą wizję losów ludzkości z zakłamaniem (chociażby wypatrzeniem przeszłych wydarzeń). Czy najnowsza ekranizacja książki oddaje jej ducha i daje widzowi do myślenia tak jak papierowy oryginał?

Kadr z filmu „451° Fahrenheita”
Niech… płoną

Książki to zło. Zakazano posiadania papierowych tworów, czytania ich czy nawet myślenia. Każdą znalezioną pozycję czeka jeden los – spalenie przez specjalnie wyszkolony zespół strażaków, bowiem ich rola w tej wizji przyszłości sprowadza się niejako do tej pełnionej ówcześnie przez policję – mają znajdywać przestępców, czyli w tym przypadku osoby czytające, oraz wymierzać im srogą karę. A znalezione papierowe wytwory palić z uśmiechem na twarzy. Oczywiście wymierzaniu sprawiedliwości o obracaniu w popiół źródła zła przyglądają się „porządni” obywatele. Nikt nie umknie przed ręką prawa, żadna książka nie ostanie się w całości.

Jeden ze strażaków, Montag, zaczyna jednak dostrzegać wady systemu oraz jego zakłamanie. Czy pomoże rewolucjonistom w obaleniu chorej struktury?

Wolność nieczytania

Wyobraźcie sobie świat, w którym czytanie i posiadanie książek jest zakazane. Oczywiście wizja przedstawiona w filmie 451° Fahrenheita, a co za tym idzie książce Bradbury’ego, nie jest czymś nowatorskim, ten motyw pojawiał się już w kilku innych utworach (jak choćby u Orwella), jednak sam koncept sprowadzenia papierowego wytworu do roli czegoś zakazanego uderza i niejako fascynuje. W obecnych czasach, przynajmniej w większości miejsc, posiadamy swobody dostęp do wiedzy i książek. Niektórzy z niego korzystają, inni dobrowolnie rezygnują z przywileju, jakim jest czytanie (o czym wskazują coroczne badania stanu czytelnictwa w Polsce). Co by się jednak stało, gdyby zakazano nam sięgania po książki? Przecież to nie są pomysły wyssane z palca, wystarczy wspomnieć rok 1933, kiedy to miało miejsce wielkie palenie książek. Niepoprawne, kłamliwe, oszukańcze – papierowe wytwory były złem, którego należało się pozbyć.

Kadr z filmu „451° Fahrenheita”

Ten samo motyw pojawia się w filmie, gdzie wielokrotnie powtarza się, że książki to zło niszczące człowieka, powodujące choroby (zwłaszcza psychiczne). Dlatego należy je palić, w końcu ogień oczyszcza, niesie zagładę i karze za grzechy.

W produkcji Ramina Bahraniego symbolika odgrywa bardzo ważną rolę, pojawia się także mnóstwo nawiązań do znanych dzieł. Mamy wspomniany wyżej motyw książki, ognia (zwłaszcza w scenie nawiązującej do czynów z czasów inkwizycji), do tego dochodzą przecież wszelkie bardzo widoczne odniesienia związane z pokazywaniem poszczególnych tytułów zakazanych pozycji i użytymi w obrazie cytatami.

Państwo totalitarne

W filmie zarysowano wątek poświęcony ingerencji systemu w każdy aspekt życia człowieka, co okazuje się o wiele łatwiejsze dzięki zaawansowanej technologii. Wymierzającymi sprawiedliwość są strażacy, którzy pełnią rolę stróżów prawa, sędziów i egzekutorów kar. Do tego to oni, przynajmniej w ekranizacji, dbają o to, by w młodych umysłach zakiełkowały odpowiednie ziarna. Szkoda tylko, że tak ważnym kwestiom poświęcono w tej produkcji tak mało czasu.

Pojawia się kilka scen, które dają widzowi do myślenia, można je jednak było poprowadzić nieco inaczej, poświęcić im więcej miejsca. Ten wątek jawił się bowiem jako bardzo interesujący, niestety nie do końca wykorzystano tkwiący w nim potencjał. A przecież wizja przyszłości, w której władze zmieniają sposób myślenia ludzi i potrafią wypatrzyć historię, daje spore pole do popisu.

Kadr z filmu „451° Fahrenheita”

Twórcy obrazu postarali się jednak wynagrodzić fabularne niedostatki oprawą wizualną i grą aktorską. Wprawdzie wcielający się w rolę protagonisty Michael B. Jordan nie jest najbardziej wyrazistą postacią w tej historii, laur za najlepszą kreację w tej produkcji otrzymuje Michael Shannon, jednak trudno mówić o tym, by nie zrozumiał on swojej postaci. Dokładnie widać, kiedy Montag się boi, waha czy pragnie niszczyć. Jedynie Sofia Boutella okazała się sporym rozczarowaniem, nie potrafiła wykrzesać z siebie większych emocji, snuła się po ekranie i nie wnosiła nic sensownego swoją grą.

Oglądając 451° Fahrenheita miałam wrażenie, że wszystko idzie utartym, łatwym do przewidzenia schematem. Wiadomo było, jak potoczą się losy protagonisty, do czego doprowadzą działania niektórych bohaterów, jak szalona może być jednostka. Niemniej mimo kilku wad fabularnych i za prostych rozwiązań produkcja spełnia swoją rolę – otwiera umysł widza, przeraża (oczywiście nie tak jak horror) oraz w jakimś stopniu oddaje ducha książki Bradbury’ego.

Film obejrzałam dzięki uprzejmości HBO GO.

 

 

Tytuł oryginalny:  Fahrenheit 451

Reżyseria: Ramin Bahrani

Rok powstania: 2018

Czas trwania: 1 godzina 40 minut

 

 

Monika Doerre

Monika Doerre

Dawno, dawno temu odkryłam magię książek. Teraz jestem dumnym książkoholikiem i nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania przynajmniej kilku stron jakiejś historii. Później odkryłam seriale (filmy już znała i kochała). I wpadłam po uszy. Bo przecież wielką nieskończoną miłością można obdarzyć wiele światów, nieskończoną ilość bohaterów i bohaterek.

Komentarze

  • 14 maja 2018 at 11:38
    Permalink

    „Wiadomo było, jak potoczą się losy protagonisty, do czego doprowadzą działania niektórych bohaterów, jak szalona może być jednostka. ” – ale przecież pierwowzór powstał dawno temu, więc nie rozumiem jak można mieć o to żal. Pierwszą filmową wersję filmu widziałam 2 razy i uważam, że jest świetna. Widziałam w swoim życiu wiele filmów i czytałam wiele książek więc byłam w stanie przewidzieć działania głównych protagonistów. Ale to w żaden sposób nie umniejsza wartości tego dzieła. W sumie tak naprawdę to każda post-apokaliptyczna opowieść czy to filmowa czy książkowa opiera się na tych samych zasadach ale to nie jest kwintesencją tych opowieści. Nie jest ich zadaniem zaskakiwać twistami co 5 sek. Ich zadaniem jest zmusić do myślenia.

    Reply
    • Monika Doerre
      14 maja 2018 at 12:43
      Permalink

      Oczywiście, że zaskakiwanie co 5 sekund nie jest wymagane;D Mam na myśli raczej cały jeden wątek bohatera, że był po prostu przewidywalny. A o walorach innych niż zaskakiwanie jest oczywiście wspomniane i one rzeczywiście są wielką zaletą tej produkcji:)

      Reply
      • 14 maja 2018 at 12:53
        Permalink

        Ale w takim układzie należy mieć pretensje do autorów pierwowzorów, że ich bohater jest przewidywalny – każdej tego typu opowieści. Ale o tym już pisałam wyżej wiec nie będę się powtarzać. Serial zamierzam oglądać więc sobie porównam. Obawiam się czegoś innego niż przewidywalność protagonisty (bo to jak się skończy ten film jest mi łatwo przewidzieć ale jak powiedziałam dla mnie to problemem nie jest bo to nie jest sedno przekazu) – tego, że w tej nowszej wersji zostanie ta postać spłaszczona bo (Z tego co zauważyłam) współczesny (szczególnie) widź, ma problem z myśleniem i trzeba mu łapotologicznie coś przedstawić. Albo najlepiej alby skomplikowanie postaci kończyło się na wyborze czy zabić bohatera x czy bohatera y albo tego jakiej kawy się napić.

        Reply
        • Monika Doerre
          14 maja 2018 at 13:00
          Permalink

          Zgodzę się, niestety obecnie widzowie preferują dostanie kawy na ławę, bez drugiego dna, zabawy w szukanie odniesień czy właśnie skomplikowanych bohaterów.

          Reply
          • 14 maja 2018 at 13:38
            Permalink

            Dlatego bardzo cenię sobie Westworld 🙂 bo zmusza do uważnego oglądania i myślenia. Nawet jak Ci się wydaje, że coś już wiesz to możesz dostać pstryczka w nos od autorów scenariusza 😉

          • Monika Doerre
            14 maja 2018 at 13:50
            Permalink

            Zgadzam się! Teraz wprawdzie czekam aż 2 sezon się skończy, żebym mogła obejrzeć wszystkie odcinki, ale pierwszy był naprawdę dobry.

          • 14 maja 2018 at 14:38
            Permalink

            Ja wyjątkowo przy tym serialu uważam, że więcej przyjemności jest oglądając go po odcinku co tydzień. Jest czas by rozkimać odcinek i pogadać o nim z kimś 🙂 Choć z tym mam pecha, bo wśród znajomych tylko jedna osoba go ogląda zatem opieram się raczej na rozmowach np. pod filami na YT czy jakimś forum.

          • Monika Doerre
            14 maja 2018 at 15:49
            Permalink

            Tak, tylko potem umykają mi ważne rzeczy, a „cięgiem” więcej faktów połączę;D Ale to już kwestia indywidualna, bo w tym przypadku nie ma jednej recepty na szczęście;)

          • 14 maja 2018 at 15:59
            Permalink

            Też prawda – każdy ma swój sposób oglądania 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.