Zwierzęcy prymitywizm. „Dziecię Bestii” – recenzja mang 1–4

-

Czas jest względny. Albert Einstein potwierdził to w zeszłym stuleciu w swej naukowej teorii, jednak w sensie potocznym stwierdzenie to funkcjonuje już od bardzo dawna. Powszechnie przecież wiadomo, iż godzina spędzona u dentysty albo na porannym, uniwersyteckim wykładzie, nie równa się sześćdziesięciu minutom imprezy z przyjaciółmi albo seansu ulubionego filmu.

Odkryłem jednak paradoks burzący te założenia: Dziecię Bestii wywołuje wyrwę w czasoprzestrzeni. Cztery niewielkie książeczki zawierają historię godną kilkunastotomowej serii, a przy tym ich lektura powoduje długie godziny ziewania…

Od początku

Wybaczcie, ale niestety w recenzji, by przekazać wam największe bolączki tej mangi, będę musiał uciec się do spoilerów. Z jednej strony: wiem, nie powinienem. Ale z drugiej, Dziecię Bestii to typowy, niezobowiązujący shounen. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie ma w tym nic złego. Pisze to osoba, na której półce dumnie stoi kilkanaście tomów Fairy Tail i Naruto. Gatunek ten powstał, by przede wszystkim dawać rozrywkę. Mamy więc tu niemało walk, bliskich kadrów wypełniających całe strony, sporo niewybrednego humoru i krzykliwych postaci. Kreska, jak to zwykle bywa, nie grzeszy dokładnością, jest jednak w zupełności wystarczająca. A by przewidzieć rozwój fabuły, nie potrzeba wróżbity Macieja.

Mały chłopiec, po kłótni z rodziną, ucieka z domu. Szybko spotyka na swej drodze zrzędliwego mistrza (Bestię z równoległego świata humanoidalnych zwierząt), który przygarnia go pod swe łapy i pomoże stać się silniejszym. Kto będzie ich przeciwnikiem okazuje się już w drugim rozdziale, mamy też drugoplanowych pomocników… No standard pełną gębą. I wszystko byłoby w porządku, gdyby twórcy zaakceptowali Dziecię Bestii takim, jakie jest. Dlaczego stwierdzili, że do lekkiej i nieobowiązującej historii o odnajdywaniu samego siebie dodać drugie, a nawet trzecie dno?

Do sedna

Pełno tu niewykorzystanych motywów i zbyt pobieżnie poprowadzonych wątków fabularnych. Podczas pierwszych stron dowiadujemy się, że matka dziewięcioletniego Rena nie żyje, a ojciec zniknął. Co logiczne, chłopiec rusza więc na przygodę życia w uliczki tokijskiego megalopolis. Samotność, łzy, głód i tak dalej. Ale dlaczego w ostatnim tomie ojciec nagle się pojawia? Ba, twierdzi nawet, że szukał chłopca przez cały czas! To tylko przykład szybkiego lepienia dziur w tej historii.


Postacie pojawiają się kompletnie znikąd, bez własnej genezy – służą jedynie popychaniu akcji naprzód. Nie ma tu nawet mowy o rozwoju głównych bohaterów: finałowy, pojedynczy twist nie neguje ogólnego trendu. Jeśli ktoś jest bucem, to taki pozostanie. Ewentualnie poświęci się za kogoś, by sprawiać wrażenie, że jest inaczej.

W ciągu kilkunastu stron przeskakujemy o osiem lat w przyszłość, a nikt zdaje się tego nie zauważać. Niczym szybki montaż podczas typowego filmu „przygody”: na jednym ujęciu mamy dziecko, a na kolejnym – wytrenowanego nastolatka. Szkoda, że charaktery wciąż pozostały niezmienione.

Tło

Najgłośniej jednak płaczę nad światem przedstawionym. Tajemnicza uliczka łączy ze sobą Shibuyę i świat zamieszkany przez humanoidalne bestie. Te „zwierzęta w ludzkiej skórze” pod względem graficznym wypadają naprawdę ładnie, dzięki stosunkowo niewielkim detalom bardzo łatwo rozpoznać gatunek danej postaci. Niestety jednak, nie jest nam dane poznać tej rzeczywistości bliżej. Widzimy jedną ulicę targową oraz dom głównego bohatera. A podróż, by poznać źródło siły innych mistrzów, władających tą krainą? Mieści się w jednym rozdziale i zostaje skwitowana sarkastycznymi komentarzami w stylu: „co oni tam wiedzą”. A tyle ciekawych wątków fabularnych można było wykuć z tego pomysłu! Pokazać złożoność obcego świata, w którym przyszło żyć ludzkiemu dziecku, zależności pomiędzy szkołami walki… W jednej scenie potwory nienawidzą Rena jako człowieka, w następnej największy hejter zaprasza go na obiad. A rządzi tym wszystkim Arcymistrz Królik, który przez blisko dziesięć lat myślał o wyborze swego następcy; w końcu jednak zdecydował się na odkrywczy pojedynek na pięści pomiędzy pretendentami. Który to, oczywiście, przebiega zgodnie ze schematem dobrego shounena.

Wnioski

Problem polega na tym, że nie ma tu nic, czym manga mogłaby zabłysnąć we własnym gatunku. Walki zazwyczaj krótkie i bez użycia magii, humor oparty na krzyku, brak wyrazistych postaci pierwszoplanowych. Historia kompletnie nieangażująca, na dodatek bez żadnego fabularnego tła. Rzeczy po prostu się dzieją losowo, a z ust bohaterów padają sztywne dialogi. Nikt nie wie, dlaczego, prawdopodobnie nawet autor nie miał pomysłu na finał, więc starał się skończyć tę „przygodę” jak najszybciej. Całość skrywała ogromny potencjał – szkoda, że wszystko okazało się krzykliwie pomalowaną wydmuszką.

 

Tytuł: Dziecię Bestii 1–4

Autor: Mamoru Hosoda/Renji Asai

Liczba stron: ok. 200/tom

Wydawnictwo: Waneko

podsumowanie

Ocena
6

Komentarz

Jeśli będziecie mieli okazję sięgnąć po „Dziecię Bestii” nie otrujecie się, ale porzućcie nadzieję o wybitnej uczcie.   
Przemysław Ekiert
W wysokim stopniu uzależniony od popkultury - by zniwelować głód korzysta z książek, filmów, seriali i komiksów w coraz większych dawkach. Popijając nowe leki różnymi gatunkami herbat, snuje głębokie przemyślenia o podboju planety i swoim miejscu we wszechświecie. Jest jednak świadomy, że wszyscy jesteśmy tylko podróbką idealnych postaci z telewizyjnych reklam.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu