Rodzinny biznes. „Dynastia” – recenzja serialu

Kiedyś serial o dziejach rodu Carringtonów gromadził przed telewizorami rzesze widzów. Rodzinne niesnaski, tajemnice, manipulacje – to wszystko stanowiło esencję tej produkcji, a bohaterowie byli jej najmocniejszym punktem. W końcu jednak nadszedł dzień, kiedy zakończono historię, a perypetie Blake’a, Alexis czy Krystle pozostały w pamięci niewielu osób.

Czasami ktoś z łezką w oku wspomina chwile, kiedy jedna żona Carringtona kłóciła się z drugą, a dzieci bohaterów wpadały w kolejne tarapaty. Nowe pokolenie serialomaniaków odcięło się jednak od historii bogaczy, w końcu to inne czasy, inna mentalność i inne spojrzenie na świat. W przyrodzie nic nie ginie, a w branży filmowo-serialowej tym bardziej, dlatego kiedy kończą się pomysły na coś oryginalnego, twórcy sięgają po to, co znane, obrazy, który już kiedyś się sprawdziły. Stacja The CW przypomniała więc sobie o produkcji sprzed lat i postanowiła tchnąć w Dynastię życie.

Czy była taka potrzeba? Niekoniecznie, ale obecnie nikt nie pyta, czy chcemy widzieć przeróbki klasycznych historii, po prostu bierze się je na tapet i przekształca na współczesną modłę. Taki właśnie los spotkał Dynastię – przerobiono ją w oparciu o standardy nowoszesności, dostosowano do oczekiwań widzów XXI wieku i pozmieniano historię znaną z pierwowzoru. Nie brzmi to za dobrze, prawda? Jednak wbrew pozorom Dynastia anno domini 2017 wcale nie okazała się jednym wielkim rozczarowaniem, które należy jak najszybciej ściągnąć z anteny. Świadczyć o tym może chociażby fakt, że serial dostał zamówienie na drugi sezon, a to oznacza, że słupki oglądalności musiały się zgadzać. Ale czy rzeczywiście ten obraz jest dobry? Tak i nie.

Jestem Carringtonem

Jest sobie rodzinka. Bogata, wpływowa, o której atencję zabiega dosłownie każdy. Carringtonowie nie boją się nikogo ani niczego, zwłaszcza głowa rodziny – Blake. Ten wyznaje jedną zasadę – po trupach do celu. Dla niego nie liczy się to, jak zrealizuje plan, musi to zrobić i nikt go nie powstrzyma. Nawet córka czy syn, którzy są oczkami w głowie tatusia.

Niebawem pojawi się jeszcze jedno – Blake żeni się bowiem ze swoją pracownicą, Cristal. Córce bohatera nie jest to w smak, dlatego zrobi wszystko, by wprowadzić zamęt i pozbyć się nowej członkini rodziny. Wszystkie chwyty są dozwolone – nawet te nieprzystające damie z wyższych sfer. Jak skończy się ta wojna? Jakie jeszcze kłopoty czekają na bohaterów serialu?

Jedno jest pewne – Dynastia  to jeden z tych seriali, w których widz nie wie, czego się spodziewać. Zaczyna się całkiem niewinnie – dziedziczka fortuny Carringtonów nie chce dzielić się sławą i pieniędzmi z kobietą, która ukradła serce jej ojca. Dlatego co odcinek widzimy kłótnie, knucie i rodzinne dramy, które momentami bywają bardzo zabawne. Jednak bardzo szybko ta wzajemna niechęć do siebie protagonistek odchodzi w zapomnienie, gdyż zastępują ją inne problem, tym razem poważniejsze.

Rodzinne dramaty

Pierwszy epizod produkcji nie wróżył niczego dobrego, był nudny, nijaki i niestety nie pokazał nic oryginalnego. Dlatego jeżeli oceniacie nowy serial po premierowym odcinku, na pewno nie zachęci was on do dalszego śledzenia losów wielkiego rodu Carringtonów. W przypadku Supergirl było podobnie – pierwszy epizod wołał o pomstę do nieba. Na szczęście zdecydowałam się obejrzeć kontynuacje Dynastii, bowiem dopiero przy kolejnych odcinkach akcja zaczyna nabierać rumieńców.

Najważniejsza w tym serialu jest komórka, którą stanowi rodzina. Dysfunkcyjna, niebezpieczna, nieprzewidywalna, jednak pod koniec dnia i tak okazuje się, że jej członkowie daliby się za siebie pokroić. Owszem, większość z nich knuje, wbija sobie nawzajem nóż w plecy, ale jeśli na horyzoncie pojawi się zewnętrzne zagrożenie, protagoniści potrafią zewrzeć szyki i ruszyć do ataku. Przynajmniej na początku serialu, bo później im dalej w las, tym pojawia się więcej rodzinnych dram, wszystko przez działania Blake’a.

A ten zasługuje na całe zło, jakie go spotyka. To najbardziej irytująca i nijaka postać w całym obrazie. Niby knuje, robi coś złego, oczywiście w imię ratowania rodziny i jej majątku, czy stawia na swoim, ale pod koniec dnia i tak wszystko obraca się przeciw niemu. W jego postępowaniu nie ma jakiejś głębi, jest jednowymiarowy i nie da się go ani lubić, ani przynajmniej podziwiać.

W przeciwieństwie do obu jego żon (byłej Alexis i obecniej Cristal). Blond eks pojawia się dopiero pod koniec sezonu, ale wnosi ze sobą powiew świeżości – manipuluje, kręci, mści się, a wszystko przez… Tak, zgadza się – Blake’a. Jak widać, on jest winny całemu złu, jakie wypływa z ludzi.

Żona numer dwa na początku jawi się jako kobieta idealna – piękna, mądra, samodzielna. Oczywiście widz, tak jak i córka Carringtona, Fallon, zastanawia się nad powodami jej uczucia względem starszego od siebie mężczyzny (wyrachowanie? Pieniądze? Sława?). Dopiero po jakimś czasie prawda wychodzi na jaw, tak samo jak druga natura tej latynoskiej bohaterki. Cristal pokazuje pazurki, udowadnia, że nie jest tylko piękną ozdobą u boku swojego męża, ale potrafi podejmować decyzje i odkrywać mroczne tajemnice Blake’a.

Kolejną silną kobietą okazuje się Fallon – rozpuszczona, ale niezwykle mądra i waleczna. Niektórzy mogą ją porównywać z Blair z Plotkary (obie cenią sobie szyk i styl, uwielbiają snuć intrygi), jednak panna Carrington jest bardziej bezpośrednia w starciach ze swoimi wrogami i mniej… subtelna.

Jej przeciwieństwem okazuje się Steven, brat dziewczyny i syn Blake’a oraz Alexis. Oczywiście płynie w nim krew rodu C, więc czasami zbacza z drogi i błądzi, robi to jednak rzadko i potem widać, że bardzo żałuje za swoje grzechy. Stara się być wartościowym człowiekiem, który chce zmienić świat, bez pomocy majątku, jakim dysponuje. Twórcy bardzo często pokazują nam, jak ten bohater różni się od swojego ojca, zresztą połowa sezonu została poświęcona pokazaniu ich animozji. Wątek tej postaci, i Sama, jego drugiej połówki, to najciekawszy element całej historii. Jest burzliwie, uroczo, słodko-gorzko… A cliffhanger pod koniec pierwszego sezonu pozostawia pole do popisu dla scenarzystów.

Rodzinka w komplecie

Dynastia  nie jest najlepszym serialem o życiu bogatej rodziny. Momentami przypomina telenowelę – mamy tajemnice z przeszłości, zaginionego członka rodziny, martwego, który okazuje się żywy, chłopaka będącego dalekim kuzynem… Tajemnica goni tajemnicę i czasami ma się wrażenie przeładowania. Z drugiej strony podobne nonsensy są przecież na porządku dziennym w serialach, wystarczy wziąć pod lupę inną produkcję The CW – Riverdale. Pierwszy sezon to typowe guilty pleasure, natomiast drugi… Czyste zło (too much).

W Dynastii też mamy za dużo dziwnych rozwiązań, ale da się na nie przymknąć oko, w końcu nie logiczna fabuła jest tutaj najważniejsza. Liczą się ciekawie zarysowane postaci i ich szaleństwa, poza jednym wyjątkiem (Blake) reszta bohaterów rzeczywiście okazała się interesująca.

Miłostki, zdrady, trudne do przyswojenia wiadomości, choroby psychiczne – oj dzieje się, dzieje. Trzeba mieć cierpliwość, by ogarnąć te wszystkie zawirowania. Dzięki nim jednak serial nie jest nudny, a niektóre odcinki można nawet śledzić z zapartym tchem. Nie dziwię się, że zdecydowano się na drugi sezon obrazu, mimo wszystkich wad, ma on potencjał.

Dynastię ogląda się z przymrużeniem oka. Nie jest to ambitna produkcja, która nas zachwyci i zyska poklask krytyków, to serial o praniu rodzinnych brudów i niebezpiecznych ludziach. Może się spodobać, jako odmóżdżacz, można jednak spokojnie obejrzeć jakiś inny obraz. Jeśli szukacie czegoś na miarę starej dobrej Dynastii, zmieńcie kierunek.

Monika Doerre

Monika Doerre

Dawno, dawno temu odkryłam magię książek. Teraz jestem dumnym książkoholikiem i nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania przynajmniej kilku stron jakiejś historii. Później odkryłam seriale (filmy już znała i kochała). I wpadłam po uszy. Bo przecież wielką nieskończoną miłością można obdarzyć wiele światów, nieskończoną ilość bohaterów i bohaterek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.