Smoki to piękne, majestatyczne i niebezpieczne stworzenia magiczne, nic więc dziwnego, że wielu pisarzy czyni je bohaterami swoich powieści. Nawet na ziemiach polskich jedna z tych bestii umościła sobie wygodne legowisko pod Wawelem w Krakowie. Nie była jednak przyjazna człowiekowi, wręcz przeciwnie – to właśnie ludzie stanowili jej danie główne (niektóre wersje legendy podają wprawdzie, że zadowalała się bydłem, ale bardziej ekscytująca jest ta o potrawce z homo sapiens).

Nie każdy literacki smok był jednak zły jak ten wawelski czy Smaug – wystarczy chociażby wymienić Saphirę czy trzy pupilki Daenerys Targaryen (choć tutaj zapewne wszystko zależy od punktu widzenia… ). Jedno jest pewne – spotkanie z tak ogromnym stworzeniem mogłoby się okazać ostatnim w naszym życiu.

Samantha Shannon, autorka serii Czas żniw, która podbiła serca wielu czytelników także i na naszym podwórku, powraca z nową powieścią. Pisarka jest znana z tego, iż posiada niesamowitą wyobraźnię i potrafi tkać skomplikowaną, wciągającą opowieść. Wspomniany przed chwilą cykl to dowód na to, że Shannon umiejętnie włada słowem, a wykreowana przez nią historia nie okazuje się zwykłą, sztampową opowiastką o walce dobra ze złem. Czy jej nowa powieść zasługuje na tak dobre oceny, jakie otrzymała od zagranicznych czytelników? Owszem!

Budzi się Bezimienny

Oto świat, który przed wielu laty musiał stawić czoła wielkiemu niebezpieczeństwu – ogromnym i okrutnym wyrmom. Bezimienny, ich przywódca, zaatakował ludzkie siedliska, siejąc spustoszenie i zostawiając za sobą gęsto ścielące się trupy. Jego armia zrównała królestwa z ziemią albo je sobie podporządkowała. Znaleźli się jednak śmiałkowie, którzy pokonali niebezpieczeństwo, przynajmniej na jakiś czas – bestia i jej poplecznicy usnęli snem głębokim. Ludzie jednak nie zapomnieli o tym, co się stało.

Królowa Inys wie, że ciąży na niej wielka odpowiedzialność – musi wydać na świat córkę, krew z krwi Berethnetów, tylko jej narodziny zapobiegną bowiem przebudzeniu się Bezimiennego. Niestety władczyni nieśpieszno do ożenku, boi się bowiem, że jej sny okażą się prorocze. Ead, dama dworu królowej Sabran, zrobi wszystko byle uchronić głowę królestwa przed śmiercią, a ta już czeka, by kobieta z rodziny Berethnetów wpadła w jej ręce.

Tané od zawsze marzyła o jednym – zostaniu smoczym jeźdźcem. Przed laty Wschód podjął współpracę ze smokami, wynosząc je do rangi bóstw i wyznając wiarę w nie. Tylko te stworzenia są w stanie stawić czoło wyrmom. Dysponują potęgą, są silne i nieustraszone. Symbioza ludzi i smoków to według mieszkańców Wschodu jedyne, co może zagwarantować zwycięstwo z Bezimiennym i jego sługusami. Czy jednak tak jest rzeczywiście? Co z wiarą Zachodu w ród Berethnet? A może prawda o wyrmach i sposobie ich pokonania leży gdzieś pośrodku? Albo przedstawia się zupełnie inaczej?

Gra o tron?

Zakon Drzewa Pomarańczy to powieść high fantasy na miarę dzieła George’a R.R. Martina – Gra o tron. Porównanie książki Shannon z serią amerykańskiego pisarza nie jest zwykłym zabiegiem marketingowym – chodzi o sposób budowania świata, napięcia i kreacji bohaterów. W Czasie żniw widzimy, że Samantha wiele uwagi poświęca tworzonej przez siebie historii. Mamy dbałość o najmniejszy detal opowieści, intrygujących bohaterów i wciągającą fabułę. W najnowszej pozycji Shannon daje nam o wiele więcej – to najlepsza książka, jaka wyszła spod jej pióra. I nie jest to przesadzona opinia.

Autorka bardzo wolno i sukcesywnie wprowadza nas do świata z Zakonu Drzewa Pomarańczy. Poznajemy bohaterów, prawa rządzone wykreowanymi krainami, historię oraz wierzenia, pojawiają się niezwykłe bestie (nie tylko smoki i wyrmy), dostajemy również elementy związane z magią i tytułowym Zakonem Drzewa Pomarańczy. Ze strony na stronę dowiadujemy się więcej o intrygach na dworze Sabran, o tym, że sporo postaci kieruje się złymi pobudkami, legendach związanych z pokonaniem Bezimiennego. Nic w tej powieści nie dzieje się przez przypadek. Każdy element fabuły zostaje w końcu wyjaśniony, a drogi bohaterów splatają się ze sobą.

Jednym może nie spodobać się fakt, iż opowieść rozwija się tak wolno, ja uważam, że jest to jej atut. Shannon tworzy skomplikowany i misterny świat, chwilę zajmie czytelnikowi odnalezienie się w nim, kiedy jednak już to zrobi, nie będzie mógł się oderwać od lektury książki. Mimo tego, iż akcja rozwija się powoli, opowieść wciąga i hipnotyzuje. Samantha nie stworzyła prostej historyjki młodzieżowej, w której bohaterowie przemieszczają się z jednego miejsca do drugiego i odnajdują zagubione przedmioty. Tutaj pojawia się cała sieć intryg, ścierają się ze sobą różne wierzenia i światopoglądy, a protagoniści zmieniają się.

Czytając Zakon Drzewa Pomarańczy, odbiorca nie ma wrażenia, że jakiś element jest zbędny. Nie czuje się, iż pojawia się za dużo opisów czy że wątki poszczególnych charakterów zostały źle poprowadzone. Każdy bohater dostaje swoje miejsce na scenie i odgrywa jakąś rolę w wydarzeniach. Niektórzy to typowi antagoniści, ukrywający swoje zamiary pod płaszczykiem działania dla dobra ogółu i danego bóstwa, inni okazują się o wiele bardziej skomplikowanymi personami – nie stoją ani po stronie dobra, ani zła. Żaden bohater nie jest płaski, nijaki i źle napisany. Shannon zrobiła wszystko, byśmy w morzy postaci dostrzegli, że każda z nich posiada swój własny charakter i czymś się wyróżnia.

Podsumowanie

O Zakonie Drzewa Pomarańczy można by wygłaszać same peany. Nic dziwnego, że tylu czytelników tak pozytywnie wypowiada się o tej pozycji – zawiera ona wszystkie elementy, jakie składają się na dobrą powieść. Jak wspominałam, niektórych mogą przerazić jej gabaryty, nie każdy jest w stanie przeczytać prawie tysiąc dwieście stron. Warto jednak dać tej historii szanse, nie brać pod uwagę jej grubości, tylko fakt, iż wszystko zostało w tej opowieści przemyślane, a sama historia wciąga i jest po prostu dobra.

 

Tytuł: Zakon Drzewa Pomarańczy

Autor: Samantha Shannon

Liczba stron: 1116

Wydawnictwo: SQN

ISBN: 9788381296083

Podsumowanie
Ocena
8.5
Poprzedni artykułNim pochłonie nas lawa. „Fudżi” – recenzja gry
Następny artykułZwiastun nowego sezonu „Riverdale”
Monika Doerre
Dawno, dawno temu odkryła magię książek. Teraz jest dumnym książkoholikiem i nie wyobraża sobie dnia bez przeczytania przynajmniej kilku stron jakiejś historii. Później odkryła seriale (filmy już znała i kochała). I wpadła po uszy. Bo przecież wielką nieskończoną miłością można obdarzyć wiele światów, nieskończoną liczbę bohaterów i bohaterek.

1 komentarz

Odpowiedz

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię