Kiedy James Bond staje się Januszem Węzłem. „Młoda krew” – recenzja książki

-

To jest chyba recenzja, której napisanie odkładałam najdłużej w całym moim życiu. Powinnam posypać głowę popiołem i kajać się na klęczkach. Powinnam. Ale myślę, że po lekturze tego tekstu, zrozumiecie moją niechęć i odkładanie tej wątpliwej przyjemności w czasie. Aha, uczciwie ostrzegam, że nie mam zamiaru unikać spojlerów.
Po co to jest?!

Przyznaję, że sięgając po Młodą krew, nie miałam pojęcia, z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Nawet nie rzuciłam okiem na liczbę stron, co finalnie okazało się moją zgubą. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu wylądowało przede mną tomiszcze, mające prawie sześćset stron, mieniący się thrillerem i kryminałem jednocześnie. Powiedzmy sobie szczerze – jeśli jakakolwiek powieść należąca do choćby jednego z tych gatunków ma aż tyle stron, to coś jest nie tak.

I było.

Autor tego cudu wydawniczego, Wojciech Wójcik, postanowił swoich potencjalnych czytelników i czytelniczki uraczyć ponad połową tysiąca stron o niczym. Absolutnie o niczym. Na dodatek w większości składa się ona z absurdalnej fabuły, papierowych postaci wymieniających drętwe do bólu i seksistowskie dialogi oraz intrygi, która nie ma końca. Tak naprawdę nie wiem, ani czemu w ogóle ta książka powstała, ani czemu ją wydano.

Problem na problemie

Mam w swoim kamiennym sercu miejsce dla filmowej serii o Jamesie Bondzie. Nie jest ono wielkie, ale funkcjonuje. Doskonale zdaję sobie sprawę z problematyczności każdej z części, – tego, jak najsłynniejszy agent MI6 traktuje kobiety, a także wcale nie tak okazjonalnego zupełnego braku logiki w zachowaniach bohaterów. Mają one jednak coś takiego w sobie, że zdarza mi się przymknąć oko na te niedoskonałości. Piszę to wszystko po to, aby uspokoić wszystkich miłośników opowieści o szpiegach wszelkiej maści – zdaję sobie sprawę z tego, że pewnego rodzaju licentia poetica funkcjonuje w tych tworach i bardzo trudno jej nie wykorzystać.


Są jednak pewne granice przyzwoitości, której Wójcik ewidentnie postanowił zignorować.

Pierwszym problemem jest wszechobecna deus ex machina, wykorzystywana przez pisarza bezczelnie i bez skrupułów. Nasz bohater to Polak po matce, wychowany w Stanach Zjednoczonych, więc bardziej Amerykanin, mówiącym po polsku, a przynajmniej tak nam próbuje wmówić autor. Jest policjantem z zawodu i zamiłowania, który trafia na kurs do supertajnej i elitarnej jednostki wojskowej, gdzie większość czasu biega. Rano biega, w południe biega, a wieczorem… tak, też biega. Bo wiecie, tak wygląda szkolenie na agenta tajnego oddziału militarnego. Nie na nauce, nudnym siedzeniu na tyłku i wbijaniu do głowy informacji.

Drugim problemem jest fakt, że nasz wybiegany bohater, któremu imię było Michael, jest jedynym, podkreślam jedynym policjantem, jaki przeszedł to jakże trudne szkolenie i potrafi porozumiewać się w języku polskim. A trzecim, okazuje się zupełna przypadkowość umiejętności chociaż to już jest jazda bez trzymanki. Lecą oczywiście do Warszawy, którą nasz Michael doskonale zna, ale czasem nie i niespodziewanie nie pamięta, że ten park zaraz za Placem Piłsudskiego (którego nazwę zna doskonale) to Ogród Saski. I może rzeczywiście się czepiam, ale skoro już Wójcik uparł się na używanie prawdziwego miasta, to na bogów, dlaczego nie otworzył mapy i nie spojrzał chociażby na układ ulic? Do szału mnie doprowadzały sytuacje, w których wydawało mi się, że już doskonale wiem, gdzie znajdują się bohaterowie, a tu nagle niespodzianka, w trakcie pościgu teleportowali się na drugi koniec Warszawy. Pomijam już fakt, że skoro autor opisuje bójkę w fontannie we wspomnianym wyżej Ogrodzie, to mógłby doprawdy chociaż rzucić okiem na to, jak ona jest skonstruowana. Wójcik z umiłowaniem również zaprzecza prawom fizyki i logiki, zwłaszcza w bijatykach. Michael zawsze wygrywa, nawet kiedy jest pijany i jeszcze na poprzedniej stronie odpływał w alkoholowy niebyt.

Czwartym  problemem jest kreacja samego Michaela. Już dawno nie przyszło mi zmagać się z protagonistą ani tak nierozgarniętym, ani tak napalonym. Przez całą lekturę nie mogłam pozbyć się wrażenia, że Wójcik stworzył Wagnera jako lepszą wersję samego siebie, gdzieś z pogranicza Gary Stu. Tylko, niestety,  wszystko poszło nie tak. Dostajemy zatem seksistowskiego buca, który co noc pije alkohol na umór (ale oczywiście kac następnego dnia magicznie mija, gdy tylko otworzy oko). Na dodatek ciągle trzeba go ratować, mimo że przecież tak doskonale radzi sobie ze wszystkim, a chwilami jego tok myślenia przyprawia czytelnika o ból głowy.

Kobiety

Oczywiście, tradycyjny Janusz Węzeł (dosłowne tłumaczenie imienia i nazwiska James’a Bonda poczynione przez autorkę niniejszego tekstu), nie mógłby się obejść bez pięknych kobiet, które rzucają mu się do stóp tylko dlatego, że oddycha. Bohaterki nie mają żadnych sensownych motywacji, nie przejawiają nie kręcącego się wokół Michaela życia prywatnego, bez względu na to czy chodzi o jego matkę, przygodnie poznaną dziewczynę czy pracownicę CIA. Są przewidywalne do bólu, co zresztą nie powinno dziwić w książce, która próbuje (podkreślam, próbuje) być polskim odpowiednikiem opowieści o Jamesie Bondzie.

Ostatnia wymieniona przeze mnie protagonistka, agentka słynnego CIA, jest współpracownicą naszego bohatera, Amerykanką imieniem Agnes. Michael w myślach nazywa ją Agnieszką, a później te swoje myśli wokalizuje. Kobieta kilkukrotnie zwraca mu uwagę, że nie życzy sobie, aby ją tak nazywał. Czy nasz milusiński robi sobie coś z tego? Absolutnie nie. Nawet kiedy doprowadza dziewczynę do łez, wciąż jest ona Agnieszką. Autor niespecjalnie ukrywa brak szacunku nie tylko do kobiet, ale po prostu do drugiego człowieka.

A co z resztą?

Nie będę się już znęcała nad resztą, szkoda waszego i mojego czasu. Lepiej obejrzyjcie sobie w telewizji Śmierć nadejdzie jutro (2002) albo innego klasyka, w którym dialogi są mniej drewniane niż w powieści Wojciecha Wójcika. W jego książce nie znajdziemy ani naturalności, ani lekkości, wszystko zdaje się być ciosane w granicie tępą siekierą. Brakuje tu jakichkolwiek subtelności. Nie wymagam opisów-rzek jak z Nad Niemnem, ale na wszystkie świętości, dlaczego potrzebne są nam opisy ekscesów alkoholowo-towarzyskich, jeśli one niczego nie wnoszą do akcji? Pomijając fakt, jakim klocem fabularnym jest cały ten pokraczny twór, to te sześćset stron można by skrócić przynajmniej o połowę, gdyby autor zechciał oszczędzić nam zbędnych dialogów, retrospekcji i ekspozycji. I zmniejszył liczbę postaci, bo w połowie książki było mi ciężko nadążyć za tym, kto jest kim.

 

 

Tytuł: Młoda krew

Autor: Wojciech Wójcik

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Liczba stron: 624

ISBN: 978-83-8116-299-8

Ania Minge
Lubię leżeć i książki. Jak dorosnę to zostanę Rory Gilmore. Albo Lorelai, zależy jak mi się życie ułoży.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu