Czego się spodziewamy po „Detroit: Become Human”?

Twórczość Davida Cage’a wywołuje mieszane uczucia u graczy. Niektórzy twierdzą, że autor zamiast tworzyć pełnoprawne gry, robi jedynie interaktywne filmy z bardzo płytką warstwą gameplayu. Osobiście nie do końca się z tym zgodzę.

Owszem, interakcje w grach Cage’a sprowadzone są do niezbędnego minimum, ale to nigdy nie jest jednotorowa historia, która zawsze będzie się kończyć tak samo. I to wyróżnia jego produkcje. Pierwszą produkcją wydaną przez tego reżysera, z jaką się zapoznałem, była gra Fahrenheit z 2005 roku. Wspominam ją bardzo dobrze, aczkolwiek zestarzała się w brzydki sposób. W roku wydania ta zagmatwana historia nie biła aż tak mocno po oczach, jednak w 2018 jest odbierana po prostu jako kiczowata. Ilość wątków przez nią poruszanych zakrawa o solidne nadwyrężenie możliwości przerobowej fabuły. Poruszenie mrocznego opętania i popełnionego pod jego wpływem morderstwa, przejście przez konfrontację z azteckim bogiem (bogami?), aby na końcu stawić czoła sztucznej inteligencji, która znikąd wyrasta nam na drodze w celu zdobycia potęgi cudownego dziecka, przybysza z kosmosu… Brzmi dziwnie? Z całą stanowczością. Pod koniec już w zasadzie nie pamiętamy, od czego ta historia się zaczęła. Niemniej jednak do dziś ma ona swoich zwolenników, włączając w to mnie.

Kolejna gra z kolei została przyjęta niebywale ciepło, ponieważ popchnęła o krok dalej koncepcję tworzenia historii na podstawie naszych wyborów, znaną z  poprzedniej produkcji. Tytuł nosił nazwę Heavy Rain i zdecydowanie przebijał poprzedniczkę. Ilość zakończeń gry i dróg, które gracz mógł obrać, była znacznie większa i skala ta stanowiła ewidentną nowość w świecie elektronicznej rozgrywki. Beyond: Two Souls mnie ominęło, ale z tego, co można przeczytać w sieci, nie powtórzyło sukcesu poprzedniczki. I to właśnie dlatego społeczność graczy ma teraz mieszane uczucia co do nowej produkcji Davida Cage’a.

Udostępnione demo Detroit: Become Human obejmuje jeden etap rozgrywki – ten sam, co zaprezentowany już wcześniej na E3 2016. Mowa o sytuacji, w której android, stwierdziwszy, że nie chce już usługiwać swoim panom, targany nieznanymi mu emocjami, zabija swojego właściciela, bierze zakładnika w postaci jego córki, próbuje zyskać wolność. Gracz wciela się w rolę Connora – negocjatora, który ma zażegnać nastały kryzys. I tutaj niespodzianka. Connor również jest androidem. Wykreowana przyszłość, wzbogacona przez sztucznych ludzi, podejmujących próbę zerwania się z uprzęży niewolników, tworzy ciekawe miejsce, w którym można opowiedzieć intrygującą historię. Sztuczna inteligencja, ewoluująca i popychająca androidy do buntu, to motyw znany i miejmy nadzieje, że jeszcze nie wyeksploatowany. W połączeniu z możliwością kreowania rzeczywistości może wyjść z tego coś ciekawego. Lecz pojawia się tutaj mały problem z demem: wszystko, co zawiera, zostało już pokazane. Nie ma w nim absolutnie niczego, co może zaskoczyć odbiorcę, nie zaoferowano nic nowego. W zasadzie jest to zrozumiałe, ale w grze, która powinna zaskakiwać tym, co się dzieje na ekranie, będąc jednocześnie rezultatem decyzji podejmowanych przez gracza, pokazanie etapu, gdzie twórcy odkrywają już w samym trailerze wszystkie karty, jest średnim zagraniem. Jednak dla osoby, która jakimś cudem nie oglądała podsumowania E3 2016, to doświadczenie będzie zdecydowanie ciekawe. Tym, którzy szczegółowo śledzili doniesienia o produkcji, przyjdzie czekać do premiery na świeże doświadczenia.

Gameplay jest taki sam, jak w przedostatnim dziele reżysera. Gracz będzie miał możliwość po prostu w grę pograć, a nie ją oglądać (owszem, w ograniczonym zakresie, ale będzie on zdecydowanie większy od tego oferowanego w Beyond: Two Souls – nie uświadczymy bezmyślnego QTE i obserwowania historii idącej według zamysłu reżysera lub podejmowania decyzji, które w rzeczywistości nie dadzą realnego wpływu na to, jak potoczy się fabuła). W Detroit każdy wybór jest ważny, tak jak to miało miejsce w Heavy Rain.

Pokazywane na końcu drzewko możliwych zakończeń napawa optymizmem. W historii o „zabójcy origami” nie było to tak bezpośrednio eksponowane, przez co przechodzenie gry jeszcze raz w inny sposób odrobinę trudne. Z tego powodu chociażby, że znalazło się w niej bardzo dużo momentów kluczowych. Detroit wychodzi temu problemowi naprzeciw i przybliża to, co już zrobiono, a co można zmienić w kolejnym podejściu do gry. Okazuje się też, że wypełnienie celów tak, aby wszyscy NPC-i byli zadowoleni z rozwoju sytuacji, jest niemałym wyzwaniem. Każde potknięcie w dialogu, albo sytuacja, w której czegoś nie odkryjemy podczas eksploracji, wpływa na naszą efektywność w pisaniu tejże historii. Im mniej informacji posiadamy, tym gorsze w skutkach decyzje podejmiemy, ponieważ po prostu nie będziemy o czymś wiedzieć. Mnie osobiście takie coś urządza, ponieważ nie lubię, kiedy gry są zbyt łatwe i casualowe. Tutaj zdecydowanie trzeba będzie szybko analizować napotykane trudności, podejmując decyzje, które aktualnie naszym zdaniem wydają się najbardziej optymalne. Co oczywiście nie znaczy, że najlepsze. Prosty podział na białe i czarne nie istnieje. Błądzimy w odcieniach szarości. Demo niejednokrotnie mnie w tym utwierdziło.

Grafika wypada bardzo przyzwoicie. Animacje postaci oraz twarzy bohaterów oddane są zadowalająco, pod tym względem nie mogę się do niczego przyczepić. Gra chodzi płynnie i nie ma widocznych spadków wydajności. Jedyne moje zastrzeżenie tyczy się systemu sterowania i umiejscowienia kamery. Historię oglądamy z perspektywy TPP i często miałem wrażenie, że kamera nie obejmuje wszystkiego tego, co chcę zobaczyć. Często bohater, którym sterowałem, znikał mi z pola widzenia na rzecz tego, abym mógł spojrzeć na podłogę lub na inne rzeczy. Gra jednak cały czas pozwalała mi zachować kontrolę nad Connorem, przez co musiałem dreptać po omacku, aby podejść do tego, na co patrzę. Fajnym ficzerem z kolei jest to, iż podczas poruszania się po etapach postać będzie reagowała na to jak będziemy nią sterowali. Na przykład, jeżeli przejdziemy za blisko framugi drzwi, odpali się płynnie animacja postaci, w której Connor łapiąc się jej, zajrzy do pomieszczenia. Małe rzeczy, a cieszą.

Podsumowując wrażenia, Detroit: Become Human będzie produkcją, którą z miejsca się pokocha albo znienawidzi. Nie każdemu przypasuje to, że ogląda w zasadzie interaktywny film, gdzie scenariusz pisze się samemu na bieżąco. Mnie jednak pasuje taki model rozgrywki i to, że rzeczywiście moje decyzje będą miały swoje echa w przyszłości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.