Podróż po magicznych światach. „Klątwa Kreatorów” – recenzja książki

-

Potęga i władza niezmiennie pociągają ludzi. Któż nie chciałby rządzić światem, posiąść ogromnej wiedzy i w pełni rozwinąć drzemiący w nim potencjał? Często jednak wraz z mocą pojawia się przekleństwo. Jak podjąć decyzję, gdy w jej skutek można zniszczyć wszystko wokół?
Ocalmy światy jeszcze raz

Rielle i Tyen zapobiegli powrotowi Raena. Zniszczone i pozbawione magii światy zyskują drugą szansę dzięki pomocy Odnowicieli i kreatorki. Moc jest uzupełniana, a magowie otrzymują możliwość dalszej nauki i odwiedzenia innych uniwersów. W tym samym czasie Tyen skupia się na nauczaniu. Zbiera małą grupę uczniów, których szkoli w dziedzinie magii mechanicznej. Wszystko powinno powoli wracać do normy, jednak szybko okazuje się, że pojawiło się nowe zagrożenie. Światy po raz kolejny stanęły w obliczu ogromnego niebezpieczeństwa, przy którym nawet wskrzeszenie Valhana wydaje się mało znaczące.

Klątwa Kreatorów zamyka czterotomowy cykl Prawo Milenium. Po odkryciu nowego źródła potencjalnej zagłady Rielle i Tyen muszą znów połączyć siły, by uratować otaczające ich krainy. Wszystko to w towarzystwie różnych rodzajów magii, fantastycznych krajobrazów oraz prób rozszyfrowania tytułowej klątwy, zgodnie z którą kreator nie może zyskać nieśmiertelności, gdyż spowoduje to rozerwanie światów.

Trudi Canavan przez długi czas należała do grona moich ulubionych autorek. Przygodę z jej twórczością rozpoczęłam od Trylogii Czarnego Maga, później przeczytałam prequel do tej serii, zapoznałam się z Trylogią Zdrajcy oraz zbiorem opowiadań Szepty dzieci mgły. Prawo Milenium było do tej pory w czołówce mojej listy powieści Canavan. Ciekawi bohaterowie, wędrówka po magicznych światach oraz różne rodzaje mocy, jakimi dysponowały postacie – to wszystko sprawiało, że chciałam wracać do tego uniwersum. Niestety, jak to czasem bywa, zbyt entuzjastycznie podeszłam do Klątwy Kreatorów i okropnie się zawiodłam.

Zbyt idealnie, zbyt łatwo, zbyt łagodnie

Pierwszą kwestią, którą muszę podkreślić, jest poczucie niedopasowania ostatniego tomu do reszty Prawa Milenium. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że książka pisana była na siłę i powstała jedynie po to, by wyjaśnić, na czym polega tytułowa klątwa. Cała reszta fabuły zdała się dopisana do tego motywu i to niestety niezbyt udanie. Chociaż zarówno Tyen, jak i Rielle towarzyszą czytelnikowi od pierwszego tomu, w ostatniej odsłonie przygód zupełnie straciłam zainteresowanie ich losami. Równie dobrze mogli zginąć w dziesiątym rozdziale i specjalnie bym się tym nie przejęła. Dlaczego? Po pierwsze stali się przewidywalni i nudni. Dwójka najpotężniejszych magów, która boi się podjąć ryzyko, żeby przypadkiem nikt nie zginął. Nie twierdzę, że pacyfizm jest złą cechą, ale mam nieodparte wrażenie, iż nie sprawdza się zbyt dobrze w powieściach. Protagoniści Klątwy Kreatorów tłumaczą się obrzydzeniem do zabijania, jednak nie widzą, że ich brak działania generuje ogromne ilości ofiar. Kierują się zasadą „grunt, że krew nie jest bezpośrednio na moich rękach”. Nieistotne czy mają możliwość wyeliminowania bezpośredniego zagrożenia lub jedynie trybika w machinie przeciwnika, który jednak może zepsuć całą akcję wywiadowczą. 

Po drugie Tyenowi i Rielle wszystko przychodzi z taką łatwością, iż nie czuć nawet najmniejszego dreszczyku emocji czy napięcia. Z góry wiadomo, że jeśli kreatorka pragnie przywrócić światu magię, uda jej się to bez żadnych problemów. Może trochę się zmęczy, ale prześpi się godzinę i wróci do normy. Potrzebna jest nowa siedziba szkoły Tyena? Nic prostszego! Mag nie tylko zostanie dyrektorem znanej placówki bez większego wysiłku, ale także przekona do siebie króla, który będzie polegał na jego opinii i dołączy do grona przyjaciół. 


Naprawdę nie wiem, kto stwierdził, że ta forma powieści nadaje się do druku. Bohaterom nie rzucano żadnych kłód pod nogi, co najwyżej położono przed nimi marną gałązkę. Akcja toczyła się w ślimaczym tempie. Czytelnik przechodzi za Rielle od świata do świata i w większości nic z tych podróży nie wynika. Czasem kreatorka odnawia któryś kraj, ale są takie momenty, gdzie autorka daje nam marny zarys krajobrazu, po czym protagonistka rusza dalej. Nawet we fragmenty walki nie udaje się wczuć. Są zbyt opisowe, takie „przegadane”, przez co wcale nie odczuwa się, że życie bohaterów jest zagrożone. 

W powieści znajdziemy też sporo zdań, które powinny zostać wykreślone na etapie korekty. Spowalniają one akcję, a czytelnik zaczyna zastanawiać się czy autorka traktuje go poważnie. Naprawdę trzeba po kilka razy powtarzać, że Rielle opowiedziała komuś wydarzenia z poprzedniego dnia? Albo czy tak ważne było podkreślenie, iż znalazła odpowiedni kamień, podeszła do niego i usiadła na nim? Przez to, że bohaterowie musieli przemyśleć pewne sytuacje i przedyskutować je z kilkoma różnymi postaciami, nie można było pozbyć się wrażenia, iż tkwi się w miejscu. Właśnie minęło dziesięć stron, a właściwie nic się na nich nie wydarzyło. Minęło kolejne dwadzieścia, a protagoniści ledwo przeszli do pokoju obok. 

Więcej nie znaczy lepiej

Być może czytałam ostatnio zbyt wiele książek z wartką akcją i stało się to dla mnie pewnym standardem. Strasznie się męczyłam podczas lektury Klątwy Kreatorów. Straciłam całe moje przywiązanie do bohaterów, drażniły mnie momenty przestoju i brak poważnych przeciwności losu, jakich powinni doświadczać protagoniści. Nawet nowe zagrożenie nie wzbudziło u mnie ekscytacji, bo co w walce mogą pokazać magowie brzydzący się zabijania? Brzmi to brutalnie, ale niestety jest prawdziwe. Tyen i Rielle nie dążyli do konfrontacji, a w wyniku ich pacyfizmu powieść została prawie całkowicie pozbawiona scen batalistycznych. Dla mnie czwarty tom Prawa Milenium mógłby nie istnieć. Został stworzony na siłę i jedynie znacznie osłabił całą serię. Nie oznacza to natomiast, że skreślam Trudni Canavan z listy lubianych autorów, wręcz przeciwnie, nadal chętnie sięgnę po jakąś nowość jej pióra. Zakończenie tego czterotomowego cyklu jednak jej nie wyszło.

Tytuł: Klątwa Kreatorów. Prawo milenium – księga IV

Autor: Trudi Canavan

Wydawnictwo: Galeria Książki

Liczba stron: 616

ISBN: 978-83-66173-31-6

Więcej informacji znajdziecie TUTAJ.

podsumowanie

Ocena
4

Komentarz

Zakończenie serii „Prawo Milenium” niestety rozczarowuje. Akcja toczy się ślimaczym tempem, a bohaterowie zniechęcają do siebie czytelnika. Nowe zagrożenie sprawia wrażenie wymyślonego na siłę i zupełnie nie pasuje do poprzednich odsłon tego cyklu. Lepiej udawać, że historia Tyena i Rielle opisana została jedynie w trzech tomach.
Joanna Posorska
Wielka fanka koreańskich i japońskich dram. Uzależniona od anime z potężnymi protagonistami. Miłośniczka kawy, kotów i gier planszowych.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu