Czy to już jest szaleństwo? „WandaVision” — recenzja dwóch pierwszych odcinków serialu

-

Filmowe uniwersum Marvela rozrosło się przez lata tak bardzo, że tylko kwestią czasu było dorzucenie do puli kilku seriali. Owszem, są już te wyprodukowane we współpracy z Netflixem, ale skupiają się one na nieco pobocznym wątku superbohaterskim. Disney, właściciel marki Marvel, z momentem stworzenia własnej usługi streamingowej postawił na zapełnienie nowe produkcje, nie tylko filmowe — tym sposobem, z dwoma odcinkami, 15 stycznia 2021 zadebiutował pierwszy serial należący do MCU — WandaVision

Kino superbohaterskie w pewnym momencie straciło dla mnie na atrakcyjności. Mimo to widziałam wszystkie filmy z MCU, łącznie z dwoma Hulkami, ale nie pałałam zbyt wielką ochotą na zgłębianie się w zapowiedziane przez Disney seriale. Nie piszczę na zwiastunie do Lokiego (nie jestem też fanką Toma Hiddlestona, może dlatego), nie czekam na The Falcon and the Winter Soldier, który chyba ma być trochę pociągnięciem historii spadkobierców Kapitana Ameryki. I w zasadzie nie planowałam oglądać WandaVision, chociaż przyznam, że to jedyny tytuł z całej puli, jaki mnie zainteresował. Głównie dlatego, że (czytając internetowe ploteczki) to preludium do drugiego filmu o Doktorze Strange’u — a ten, obok Spider-Manów z Tomem Hollandem, jest bohaterem, który jakoś mnie fascynuje i ciekawi. Koniec końców skusiłam się na mały seans. I piszę to dosłownie, bo oba odcinki trzymają się granicy około trzydziestu minut trwania.

Kadr z serialu

Z czym to się je?

WandaVision opowiada nieco dziwną historię Wandy Maximoff i androida Visiona. Ale jak to? Czy przypadkiem Vision nie został zabity w Avengers: Infinity War? Odpowiedź brzmi: tak. W dodatku sam serial dzieje się po Avengers: Endgame, więc co się tutaj stało?

Przypuszczam, że odpowiedź poznamy w ostatnim odcinku. Jednak sprytni twórcy rzucają drobne podpowiedzi już w tych pierwszych epizodach, które w pewnym momencie połączą się w całość. NA tym etapie niewiele da się przewidzieć. Spoilerem nie będzie przypuszczenie, które wysnuli już zagorzali fani MCU, że wszystko dzieje się w głowie biednej i zrozpaczonej Wandy. A może to zwyczajnie jakaś inna, równoległa rzeczywistość?


Historia zaczyna się w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Wanda i Vision, jako młodzi nowożeńcy, wprowadzają się do domu w małym amerykańskim miasteczku. Udają normalną parę, próbują wtopić się w tłum, dopasować. Ona jest żoną zajmującą się domem, on pracuje w firmie. 

Kadr z serialu

To, że życie bohaterów nie jest prawdziwe, bardzo łatwo odczytać — wskazówką może być sam fakt istnienia Visiona i mała podróż w czasie. Ciekawe jest to, że pierwszy odcinek, o ile dobrze kojarzę stroje i otoczenie, to początek lat pięćdziesiątych. Natomiast drugi zbliża się bardziej ku końcowi dekady i zapowiada przeskok do lat sześćdziesiątych. Taką dziwną mieszankę sugerował już zwiastun serialu, więc tutaj nie ma niczego zaskakującego.

Wracając do tych podpowiedzi o nierealności — ani Wanda, ani Vision nie pamiętają swojego ślubu, żadnego detalu. Daty czy rocznice są dla nich czymś niezrozumiałym i ulotnym. Do tego dochodzi praca w firmie, która w zasadzie nie ma sensu, i absolutnie nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, czym, i po co,  zajmują się ci ludzie. A wkoło dzieją się też trochę oderwane od siebie rzeczy, co każe przypuszczać, że im dalej w odcinki, tym będzie dziwniej i ciekawiej.

Bardzo ładna stylizacja

Serial stylizowany jest na amerykański sitcom i oddaje ducha aktualnej epoki widzianej na ekranie. Z tego względu oba odcinki są czarno-białe, a w tle słychać tradycyjny śmiech z puszki przy co śmieszniejszych gagach. Obraz został dostosowany do kształtu i rozmiaru starych telewizorów kineskopowych, więc na ekranie pojawiają się szerokie czarne pasy po bokach, tak żeby w efekcie był to kwadrat, a nie współczesna panorama. Krótkie odcinki też wpisują się w tę stylizację na serial komediowy, a nie na wielkie kino superbohaterskie.

Nie ma wyjaśnienia, dlaczego zdecydowano się na ten zabieg. Na pewno pozytywną rzeczą jest to, że twórcy trzymają się tych wyborów konsekwentnie. WandaVision jako serial zdecydowanie proponuje coś innego w warstwie wizualnej. Chciałabym wierzyć, że ma to jakieś znaczenie dla fabuły i jestem ciekawa, czy ze względu na zmianę czasu akcji, zmieni się również sposób odgrywania scenek rodzajowych.

Elizabeth i Paul w jednym stali domku

O ile Paul Bettany jest aktorem znanym, nominowanym do kilku nagród, o tyle zawsze miałam wrażenie, że Elizabeth Olsen korzysta ze sławy swoich starszych sióstr. Okazuje się jednak, iż  jej filmografia jest równie pokaźna.

Wierzchnia warstwa serialu jest komediowa i zastanawiałam się, jak ta dwójka aktorów wypadnie w zupełnie innej konwencji. Pozytywnie się zaskoczyłam, bo Olsen i Bettany wypadają tutaj bardzo profesjonalnie. Potrafili zagrać jednocześnie kiczowato i sitcomowo, ale gdzieś wewnątrz zachowali również integralność postaci znanych z filmów, co wpływa na pozytywny odbiór.

A jak się jeszcze zdejmie im kilka warstw, niczym z cebulki, to widać w twarzach bohaterów to niezrozumienie sytuacji, w której się znaleźli. Czyżby Disney jednak stanął na wysokości zadania?

Kadr z serialu

Czy WandaVision jest warta tego szumu?

Jestem rozdarta. Serial mnie zaciekawił, ale nie wiem, czy na tyle, żeby kontynuować jego oglądanie. Z jednej strony nie poczułam się przyklejona do ekranu, ale z drugiej widzę potencjał na świetną historię.

Z minusów — to Marvel, który filmami nie wnosi już za wiele do całego uniwersum i bywa męczący niczym brazylijska telenowela (minus dramy i zdrady). Seriale wprowadzają do kolejnej fazy kinowej, ciągnącej się przez kolejne lata, co zmusza do długoterminowego związku. Krótkie odcinki nie budują też napięcia, które zmusiłoby do oczekiwania na następny piątek (emisja na platformie w każdy piątek).

Plusy? WandaVision pokazało coś innego, co mimo wszystko budzi zainteresowanie (nawet jeśli nie obgryza się paznokci przy oglądaniu). Świetna gra aktorska duetu i gościnne występy. 

Czy będę oglądać dalej? Cały czas się nad tym zastanawiam, bo nie czuję specjalnego pociągu. Jest to serial dla wielkich fanów MCU — prawdziwych, mocno zaangażowanych w fandom. Dla oglądaczy z doskoku, którym określiłabym siebie, już niekoniecznie — bo jednak trzeba być zanurzonym w historii całego uniwersum, pamiętać jakieś drobne szczegóły z filmów, żeby móc czerpać przyjemność z seansu. I ja wiem, iż gdzieś tam są tacy szaleńcy. 

podsumowanie

Ocena
8

Komentarz

Po dwóch odcinkach stwierdzam, że dobre, z mocnym potencjałem i solidną koncepcją. Ale nadal serial bardziej dla fanów MCU niż dla przeciętnego widza.
Iwona Borkowska
Iwona Borkowskahttps://iwonamagdalena.pl/
Kobieta na emigracji. Mówi o sobie, że jest Gryzipiórką, bo nieustannie próbuje pisać. Czyta od kiedy skończyła 5 lat, najczęściej fantastykę. Ulubiona zabawa z dzieciństwa to szkoła i pisanie literek (chyba coś jej z tego zostało). Miała być dziennikarzem lub pracować w wydawnictwie — nie wyszło. Czasami stawia tarorta i chociaż bywa, że się sprawdza, to stwierdza, że jest z niej World Worst Witch. Nie może mieć czarnego kota, bo ma alergię (na wszystkie koty). Po godzinach udaje, że zna się na k-dramach.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu