Caputo bez wąsów. „Orange is the New Black” – recenzja 6. sezonu

-

Szósty sezon Orange is the New Black przypomina prozę Paulo Coelho. Odbiera się go lekko, tematy są sprawdzone i ograne, a całość okraszona pompatycznymi sentencjami.

Serial, będący początkowo tak świeżym, że aż rewolucyjnym ujęciem ważnych tematów, obecnie goni w piętkę. Pierwsze sezony to świetne odwrócenie bezpiecznej perspektywy, w którym dobrzy to my, a źli to oni, głęboka analiza mechanizmów powstawania przemocy i wspaniałe portrety kobiecości w jej przeróżnych odsłonach. Obecnie chyba nie ma już nic nowego do zaoferowania. Nie ma się co dziwić – produkcja wywindowała napięcie w czwartym i piątym sezonie do poziomu, którego nie da się długo utrzymać. Razem z buntem więźniarek Litchfield padł pomysł.

Może jednak warto?

Obejrzyj ten sezon jeśli:

  • chcesz zobaczyć, jak wygląda Caputo bez wąsów
  • ciekawi cię, czy Linda wróci do MCC
  • zastanawiasz się, kto zostanie kozłem ofiarnym i jak skończy się całe zamieszanie po buncie
  • trzymasz kciuki, żeby Piper i Alex odnalazły się w więzieniu (trochę sobie potrzymasz, ale kto wie, kto wie…).

Jednym zdaniem – jeśli przywiązałeś się do bohaterów i ciekawi cię dalszy ciąg ich historii. To naprawdę nie wstyd oglądać serial, który z produkcji o czymś głębokim stał się zwykłą obyczajówką. Nowe tematy raczej się nie pojawiają. Zresztą – sprawdźmy! Różne sposoby radzenia sobie z samotnością i poczuciem zagrożenia – było (zbyt wiele razy, żeby podawać konkretne przykłady). Strażnicy przekraczający granice i utrzymujący porządek za pomocą przemocy – od samego początku całe mnóstwo, tu dostajemy w pakiecie z życiowymi cytatami jak z prozy Coelho. Pracownik pokazujący ludzką twarz, mierzący się z mieszanymi uczuciami – obecne w każdej poprzedniej serii. Wojny gangów i psychopatyczne przywódczynie – ani Carol, ani Barbie nie przebijają Vee. Trudność w trzymaniu się po stronie prawa po wyjściu z więzienia – choćby Taystee w jednej z poprzednich serii. Szersze spojrzenia – jednostka kontra korporacja, człowiek kontra system – wszystko już było i dobrze działało bez potrzeby uruchamiania Coelho mode. Nawet wiodący temat tej serii, czyli lojalność w sytuacji zagrożenia, też nie otwiera nowych dróg. Można oczywiście powiedzieć, że poruszenie tych zagadnień w poprzednich sezonach nie znaczy, że nagle przestały się liczyć. Odnoszę jednak wrażenie, że OITNB nie chce stracić ugruntowanej pozycji, stąd wprowadzanie spraw w stylu dyskryminacji rasowej. Tak jakby była to raczej dobra rzemieślnicza robota (bo trzeba wyprodukować kolejny sezon opłacalnego serialu), niż dzieło tworzone z realnej potrzeby pokazania czegoś ważnego.

Dla mnie największe atuty tej serii to wspomniany Caputo bez wąsów, Fig uczłowieczona (wreszcie jej postać została pokazana ze zrozumieniem, nie tylko jako czarny charakter) i spora doza czarnego humoru. Właśnie aspekt komediowy bardzo liczy się na tej liście plusów. Ostatni odcinek byłby niezły, gdybyśmy oglądali go jako siódmy czy ósmy z kolei. Tymczasem w przedłużonym, półtoragodzinnym finale sezonu przyłapywałam się na scrollowaniu facebooka. To chyba nienajlepsza rekomendacja. Argument, że nowe postaci – stare więźniarki zakładu karnego o zaostrzonym rygorze, do których dołączają zbuntowane osadzone – dodają do serialu świeże spojrzenie, też do mnie nie trafia. Owszem, są ciekawe i chętnie zagłębiałam się w ich historie, ale więcej radości sprawiało mi, kiedy przez moment przewijały się znajome twarze – jak Loly czy Sofia. Z kolei plus dla Netflixa, że wytrzymał presję i pokusę i nie ujawnił losów kobiet, które znalazły się w innych więzieniach. Świat więzienia jest wiarygodny w swej hermetyczności, nie ma żadnych wiadomości i tyle. Nie spotkamy więc Boo, Maritzy ani Normy.

Strażnicy

Do pewnego momentu motywy związane ze strażnikami dają nadzieję na ciekawe zawiązanie akcji. McCullough zmagająca się ze stresem pourazowym to niewykorzystany potencjał. Co prawda załamanie nerwowe Sama w piątym sezonie poruszało już motyw obciążeń psychicznych pracowników, tu jednak mamy osobę, która po traumatycznym zdarzeniu ponownie podejmuje pracę w tym samym środowisku. Hierarchia sił powraca do punktu wyjścia, a dziewczyna wyraźnie nie radzi sobie ze swoimi uczuciami. Wątek jest jednak zarysowany płytko, pojawia się gdzieś w tle.


Podobnie sprawa z „Więźniarkami Fantasy”. Strażnicy w Maksie grają w swoistą grę RPG, w której postaciami są niczego nieświadome osadzone. Każdy z graczy wybrał swoje zawodniczki, a ich zachowania są punktowane. Motyw gry otwiera miejsce na refleksję, że tak naprawdę moralnie obie grupy niewiele się od siebie różnią. Współistnieją w pewnej symbiozie, a granice pomiędzy nimi są umowne. To wrażenie ma potęgować historia Taystee i Tamiki, które kiedyś były przyjaciółkami, a obecnie spotykają się po dwóch stronach krat. Narracja poprowadzona jest tak, aby to osadzona wydała nam się heroiczna, a strażniczka tchórzliwa, ale znów temat potraktowano płytko (choć nie zabrakło w nim symbolicznych kadrów, jak retrospekcyjne rozejście się obu dziewczyn po wspólnym nocnym dyżurze w pracy w dwie różne strony, przy czym chroniona przez Taszę Tamika wracała do domu w butach, a przyjmująca na siebie odpowiedzialność Taystee bez skradzionego obuwia – boso, taki operatorski zabieg z rodzaju Coelho mode).

Dobro zwycięża?

Dobro, czyli Piper? Wśród opinii o serialu pojawiają się głosy, że główna bohaterka nie jest już tak irytująca jak kiedyś. Nie podzielam tego odczucia. Owszem, pojawia się rzadziej (co warte docenienia – na pierwszy plan wysuwa się Frida), ale dalej jest nieznośną idealistką broniącą się przed prawdą. Nieustannie pakuje w kłopoty nie tylko siebie, ale też innych (oczywiście niechcący, przepełniona szczerymi chęciami i pięknymi ideami, takimi jak miłość, pokój i rekreacja na świeżym powietrzu). W momencie, który jest prezentowany jako ważny (werble, Coelho mode on), słyszy nawet w dosadnych słowach, dlaczego nikt jej nie lubi. Niestety uważam, że nie usłyszała prawdy, a jedynie argument pasujący do stylu szóstego sezonu. Piper nie wkurza nas dlatego, iż jest uprzywilejowana – jako biała, wykształcona, pochodząca z rodziny, w której mogła liczyć na ochronę. Takich dziewczyn w Litchfield możemy znaleźć co najmniej kilka i nie zawsze miały tak przechlapane jak ona (choćby ogólnie lubiana Nicky). Chapman obnosi się ze swoim idealizmem w taki sposób, jakby wszyscy inni byli moralnie mniej wartościowi niż ona. Zdaje się nie zauważać więziennej rzeczywistości. Nie od parady jej antagonistką w pierwszych seriach była Pennsatucky, wtedy przywódczyni więziennej sekty – uderzały w podobny, wyższościowy ton, za Penn stała jednak większa wprawa w kierowaniu agresją, co przekładało się na skuteczność. Dlaczego scenarzyści chcą oszukać widza w szóstej serii, wmawiając mu, że Piper ma pod górkę w więzieniu, bo jest uprzywilejowana od urodzenia? I czemu pozwalają jej odnieść małe zwycięstwo, kiedy przygląda się swemu dziełu już zza krat? Te pytania nie na długo pozostaną bez odpowiedzi, gdyż głośno mówi się o przygotowaniach siódmej serii. Pewnie ją obejrzę. Ciekawi mnie, czy związek Alex i Chapman przetrwa, jak zakończy się sprawa konsekwencji za śmierć Piscatelli i ile Caputo wytrzyma bez wąsów. Na więcej nie liczę.

 

Emilia Owoc
Zwolenniczka powagi, która nigdy nie wyrosła ze śpiewania do udawanych mikrofonów. Bez reszty zafascynowana wewnętrznymi światami. Zawodowo i prywatnie.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu