Lucky Luke i psychoanaliza. „Daltonowie na kuracji” – recenzja komiksu

-

W Instytucie Naukowym w Nowym Jorku rozwiązywane są problemy przestępczości Dzikiego Zachodu. Pewien niemiecki psychiatra sugeruje, że złoczyńców można leczyć, zamiast karać. Obiektem eksperymentu, który ma potwierdzić jego tezę stają się bracia Daltonowie. Czy doktorowi von Himbeergeistowi uda się uzdrowić legendarnych gangsterów i przywrócić ich na drogę prawa i sprawiedliwości?

Lucky Luke, samotny kowboj, rewolwerowiec szybszy od własnego cienia, to ikona popkultury kojarzona w Polsce z latami dziewięćdziesiątymi. Z okazji jubileuszu siedemdziesięciolecia powstania cyklu wydawnictwo Egmont postanowiło wznowić osiemdziesiąt albumów serii w oryginalnych układach graficznych. Od 2016 roku ukazało się ich już dwadzieścia sześć, ku uciesze nie tylko tych, którzy doskonale pamiętają tego stróża prawa, ale też chcących dopiero go poznać.

Bohater z Nothing Gulch

Lucky Luke jest na swój sposób lepszy od Batmana (sama nie wierzę, że to piszę). Skutecznie wspiera nieudolny system sprawiedliwości, łapiąc rzekomo nieuchwytnych bandytów. Jest tak pewny swoich umiejętności, że nawet nie potrzebuje ukrywać swojej tożsamości. Za nic ma pogróżki najniższego, a zarazem najsprytniejszego spośród przestępczych braciszków – Joe Daltona. Przebiegłość, spokój i szybkość kowboja wystarczają, by wyszedł cało z każdej opresji. Tym razem na próbę wystawione zostają jednak przede wszystkim emocje, nie ma co ukrywać, nawet samotnemu jeźdźcowi puszczają nerwy w starciu z rozbrajającym swoimi nowatorskimi metodami psychiatrą.

W przygodach wspiera go wierny rumak – Jolly Jumper i dziwaczny pies Bzik. Mam wrażenie, że polskim tłumaczom imiona tych zwierząt sprawiają kłopot od wielu lat. W najnowszej wersji koń nazywa się dokładnie tak jak w oryginalnym, francuskim tekście. W animowanym filmie nosił miano Wesołego Skoczka, w skrócie – Wesołka, co jest po prostu dosłownym tłumaczeniem. Za to jeśli chodzi o zbzikowanego psa, to pomysłów na przełożenie jego imienia było co niemiara. W polskiej wersji językowej serialu, w różnych okresach, funkcjonował jako Drapichrust, Bzik a nawet Rintintan. To ostatnie jest zresztą sprawnym nawiązaniem do oryginalnego imienia – Rantanplan – kreującego tę postać jako parodię słynnego psa Rin Tin Tina. Jestem bardzo zadowolona, że tłumacz zdecydował się na Bzika, gdyż z takim mianem sympatycznego wielorasowca spotkałam się w dzieciństwie. Dodatkową radość przynosi mi świadomość, że dzięki temu wygrałam również wszystkie dawne – licealne i studenckie – spory, w których moi znajomi upierali się, że pies Lucky Luke’a wabił się Drapichrust. Jednak Bzik – szach mat!

Zwierzęcy przyjaciele kowboja dają opowieści ciekawy koloryt (jak już jesteśmy przy kolorach, to dodam na marginesie, że stopka redakcyjna nie rozdziela tu roli rysownika, kolorysty i liternika – wygląda na to, że Goscinny i Morris zrobili komiks we dwóch, uzyskując wspaniały, ponadczasowy efekt). Celne komentarze Jolly Jumpera odejmują Luke’owi patosu – koń i kowboj tworzą duet niczym najlepsi śledczy z serialu kryminalnego (no dobra – raczej jak z Brooklyn Nine–Nine). Z kolei Bzik jest tak głupi, a przy tym tak sympatyczny, że nie sposób uniknąć iście slapstickowych gagów. Te dwa zwierzaki to zdecydowanie moje ulubione postaci serii, tak teraz jak i przed laty.


Dziki Zachód i psychoanaliza

Ten tom wydawał się bliski moim zainteresowaniom zawodowym, dlatego otwierałam go z niemałym apetytem. I nie zawiodłam się. Fabuła obśmiewa dziewiętnastowieczną psychiatrię z jej naiwnymi i, jednocześnie, aroganckimi założeniami. Przede wszystkim jednak dostarcza świetnej zabawy, bo od początku trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że eksperyment wyleczenia braci Daltonów z ich przestępczej pasji nie może się udać. Pytanie – jak będzie przebiegał i gdzie ujawnią się trudności? Zaskakujące zwroty akcji są domeną tej serii. W końcu Dziki Zachód w popkulturze to napady, pościgi i wiecznie burzony spokój małych miasteczek. Morris i Goscinny stworzyli udaną karykaturę nie tylko takiej właśnie mieściny na szlaku kolei żelaznej, ale też raczkującej psychiatrii. Jest to oczywiście ujęcie lekkie i zabawne. Do Lotu nad kukułczym gniazdem czy lemowskiego Szpitala Przemienienia jest mu bardzo daleko. I dobrze, bo Lucky Luke to przede wszystkim komiks dla dzieci, choć napisany tak, aby dorosły czytelnik był usatysfakcjonowany ilością (i jakością) mrugnięć okiem.

Można próbować rozumieć treść tego komiksu przez pryzmat współczesnych problemów społecznych. Na ile skutecznym sposobem poradzenia sobie z przestępczością jest izolacja, a na ile resocjalizacja w ujęciu pedagogicznym? Czy humanistyczne podejście jest zawsze właściwe i potrzebne? Jaką władzą dysponuje ktoś, kto deklaruje pomoc i uzyskuje otwarty dostęp do ludzkich tajemnic i skrywanych lęków? O psychoanalizie Lem napisał w Głosie Pana „[…] człowiek został ubezwinniony przez samego siebie […]”. Ale kiedy tego typu myśli pojawiają się po lekturze zabawnego komiksu wniosek może być tylko jeden – ktoś tu potrzebuje urlopu.

 

Tytuł: Lucky Luke. Daltonowie na kuracji. Tom 44

Autor: René Goscinny

Wydawnictwo: Egmont

Liczba stron: 48

Emilia Owoc
Zwolenniczka powagi, która nigdy nie wyrosła ze śpiewania do udawanych mikrofonów. Bez reszty zafascynowana wewnętrznymi światami. Zawodowo i prywatnie.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu