Komedie kryminalne stały się ostatnio modne. Wydawać by się mogło, iż łatwo takową stworzyć, jednak to złudne wrażenie. Ciężko jest nie przekroczyć tej magicznej granicy pomiędzy humorem a makabrycznymi scenami. Niekiedy przechodzi się ponad nią, nawet nie wiedząc kiedy.

Alek Rogoziński stał się jednak w mistrzem w nieprzekraczaniu tej magicznej granicy. Mam za sobą już kilka jego książek, wszystkie okazały się równie dobre. Tym chętniej więc chciałam obejrzeć spektakl na podstawie jednej z nich, wystawiony na deskach Teatru Druga Strefa. Odczuwałam swego rodzaju ciekawość, jak zostali dobrani aktorzy, czy dobrze odegrali swoje role i wreszcie ocenić, co było lepsze – książka czy przedstawienie?

Tu jest trup!

Każde miejsce do znalezienia trupa jest dobre. Czy to opustoszała ulica, opuszczony cmentarz, czy też gęsty las, nie ma znaczenia. Także na planie filmowym mogą się wydarzyć makabryczne sceny. Agnieszka Wiśniewska, dość znana dziennikarka z czasopisma „Koktajl”, dostaje zlecenie przeprowadzenia wywiadu z popularnym aktorem, Sebastianem, grającym główną rolę w Jak cię zabić, kochanie? Gdy kobieta zjawia się na planie wraz ze swoją przyjaciółką, a jednocześnie autorką powieści, na podstawie której tworzona jest ta produkcja, czyli Różą Krull, okazuje się, że w jednej z garderób doszło do morderstwa. Ofiara to właśnie Sebastian. Wszyscy są w szoku, tym bardziej, kiedy okazuje się, że zbrodni mogła dokonać tylko osoba przebywająca w tym samym czasie na planie, a nie ktoś z zewnątrz. Rozpoczyna się śledztwo, podczas którego zaczną wychodzić kolejne, mroczne sekrety poszczególnych osób…

Zagrali świetnie, ale…

Kiedy zgasły światła i zagrała nastrojowa muzyka, poczułam dreszcze na całych plecach. I akcja rozpoczęła się. Ciekawym doświadczeniem było oglądanie i podziwianie gry aktorskiej, ale nie w filmie tylko właśnie w przedstawieniu. Nie obeszło się bez porównywania treści książki z tym, co działo się tuż przede mną, na moich oczach. Pierwszym, co przyszło mi na myśl, to fakt, iż źle dobrali odtwórcę Bartka, czyli początkującego aktora. Niestety ale w moim odczuciu Piotr Zwolski zupełnie nie podołał ciężarowi swej roli i bardzo ją zepsuł. Jego sposób zachowania na scenie, mimika i metoda mówienia działały mi na nerwy i nie potrafiłam uwierzyć, że nie udało się wybrać kogoś lepszego do zagrania tej postaci. Bartek z książki a ten na scenie to zdecydowanie dwaj różni bohaterowie.

Urzekła mnie za to po raz kolejny Róża Krull, w którą wcieliła się Aleksandra Kowalczyk. Właśnie tak wyobrażałam sobie tę bohaterkę! Nieco zwariowana, pojawiająca się w miejscach, w których nie powinna być, postrzelona, a jednocześnie unosząca końcową ocenę tego przedstawienia o kilka oczek wzwyż. Miło się na nią patrzyło, jej ruchy, gestykulacja na każdym etapie były niezwykle autentyczne i prawdziwe.

Ostatnią osobą, która wywarła na mnie jakiekolwiek wrażenie, była Genowefa, czyli kierowniczka planu (Halina Chrobak). Ta kobieta to istne mistrzostwo! Z pozoru niewinna, przejmująca się przeszłością, tym, co miało miejsce na planie dwadzieścia lat temu, a z drugiej potrafiąca to bardzo dobrze ukrywać. Zarażała ona swoim uśmiechem, a gdy opowiadała o tragedii z planu, emocje były aż nadto widoczne – w jej oczach najintensywniej. Reszta aktorów zagrała poprawnie, jednak nie do tego stopnia, aby widz miał się czym zachwycać. Z pewnością niedługo o nich zapomnę, zaś tych trzech osób wymienionych powyżej na dłużej nie zapomnę.

Dlaczego tak to się kończy?

Co mnie w Raz, dwa, trzy… Giniesz ty! najbardziej rozczarowało? Sama końcówka. W książce wszystko, nawet najdrobniejszy element, miało swoje miejsce, sens i po połączeniu tworzyło spójną całość. W przypadku spektaklu było tak, ale tylko do pewnego momentu. Nastąpiło wprowadzenie, później niby śledztwo i nagle… rozwiązanie! Które zostało widzom podane jako suche fakty, zimnym tonem i bez wywołania jakiegokolwiek szoku. Nie do końca mi się to spodobało ani w najmniejszym stopniu nie przemówiło do mnie. A to, co nastąpiło już w ostatnich minutach… Rozumiem, że taki właśnie zamysł miał scenarzysta, iż przecież to komedia kryminalna, więc musi pojawić się jakiś śmieszny akcent, satyryczny, ale w moim odczuciu scena ta może jedynie wzbudzić w widzu niechęć oraz wywrzeć wrażenie kompletnie niepotrzebnej.

Najważniejsze pytanie: książka czy spektakl?

To trudne pytanie. Zarówno jedna forma przekazu, jak i druga miały swoje plusy i minusy. Wersja papierowa charakteryzowała się lekkim stylem, swego rodzaju spójnością i ciekawym pomysłem na fabułę. Zakończenie w niej okazało się do pewnego stopnia zaskakujące, chociaż jak dla mnie zbyt szybko nastąpiło. Wersja teatralna wywołała wiele emocji w widzu, okraszona została wspaniałą warstwą dźwiękową i dobrą grą aktorską. Jednak zakończenie w tym przypadku nie było w najmniejszym stopniu szokujące, zaś dodatkowy występ (na sam koniec przedstawienia, a dodany nieco później) był żenujący. Na tej podstawie stwierdzam, iż to książka skradła moje serce i to ona pozostanie w nim na dłużej.

Podsumowanie

Raz, dwa, trzy… Giniesz ty! mogło być świetnym przedstawieniem, wnioskując po treści książki, na podstawie której powstało. I początek jest naprawdę dobry. Jednak później z każdą sceną robi się coraz gorzej, zaś ostatnie minuty… Lepiej obejrzyjcie je sami, ale na własną odpowiedzialność!

Odpowiedz

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię