Wszyscy jesteśmy tajniakami. „Mój przyjaciel szpieg” – recenzja filmu DVD

-

Efekciarskie wybuchy, typowy mięśniak z CIA i wyjątkowo elokwentna małolata – oto trzy główne składowe tej opowieści. Banalniej już być nie może! Ale kiedy przebrniemy przez toporne początki, z czasem historia nabiera rumieńców i… nawet da się to oglądać. O ile, oczywiście, nie wymagamy od filmu niczego specjalnego.

Mój przyjaciel szpieg, w reżyserii Petera Segala, podchodzi pod kino familijne, ale już na początku warto zaznaczyć, że – szczególnie z uwagi na sceny przemocy oraz słownictwo – nie jest to produkcja dla maluchów. I, jako rodzic, tego bym się trzymała. Bo choć główna bohaterka ma lat dziewięć i jest rezolutnym, uroczym dzieciakiem, to całość wcale nie wypada słodko, uroczo i grzecznie.

Kadr z filmu

Bang, bang – czy możemy złapać oddech?

Zaczyna się od solidnej rozpierduchy – agent CIA, niejaki JJ, spektakularnie zawala ultraważną misję, po której zostaje odesłany do obserwowania pewnej niepozornej dziewczynki i jej pięknej mamy. Błyskawicznie okazuje się, że dziewięcioletnia Sophie marzy o karierze szpiega, a rodzicielka zupełnym przypadkiem zaprasza JJ’a do swojego życia. Jeśli po tym opisie tworzycie w głowie scenariusz, jak może się to wszystko skończyć, to… prawdopodobnie macie rację. Mój przyjaciel szpieg nie serwuje absolutnie żadnych zaskoczeń i od początku do końca podsuwa widzowi dobrze znane i wielokrotnie już ograne schematy, żeby czasem przy tym familijnym oglądaniu człowiek nie zmęczył zanadto swojego umysłu.

Nie chciałabym być źle zrozumiana – doskonale wiem, że tego rodzaju produkcje mają swój cel i z pewnością nie jest nim dostarczanie komukolwiek intelektualnej rozrywki. Rozczarowuje mnie jednak, że można stworzyć scenariusz aż tak boleśnie banalny. Wystarczy mieć za sobą doświadczenie z dwoma czy trzema produkcjami w tym stylu i widz doskonale wie, czego spodziewać się za każdym kolejnym rogiem.


Kadr z filmu

Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę to, że w całej swej sztampowatości i solidnym przerysowaniu Mój przyjaciel szpieg ma być przede wszystkim filmem dostarczającym prostej rozrywki i poprawiającym nastrój, to tutaj rzeczywiście coś twórcom wyszło. Podczas oglądania wiele razy można się uśmiechnąć, a po wszystkim zostaje się z tym miłym uczuciem lekkości w sercu oznaczającym, że chociaż trochę się odprężyliśmy.

Mogłoby być lepiej

Ubolewam nad tym, że w żaden sposób nie wykorzystano tutaj chociażby potencjału bohaterów i relacji między nimi. Sophie (w tej roli Chloe Coleman, którą mogliśmy widzieć m.in. w Wielkich kłamstewkach) to błyskotliwa, charakterna dziewczynka – momentami aż nazbyt cwana, jak na swój wiek, jednak wzbudzająca mnóstwo sympatii. JJ z kolei ma za sobą niełatwą historię i jest prawdziwym twardzielem, ale chociaż to wokół jego perypetii zbudowano całą tę opowieść, to nie poznajemy go niemal wcale. Kreując tę postać, wykorzystano naturalne warunki Dave’a Bautisty (aktora znanego m.in. z roli Draxa w Strażnikach Galaktyki), czyniąc z niego misiowatego mięśniaka. I tyle. Oczywiście obserwujemy, jak potężny agent CIA powoli zrzuca swoją skorupę pod wpływem relacji z Sophie oraz innymi osobami wokół, ale jest to nie tylko przewidywalne, ale też po prostu nudne.

Kadr z filmu

Między bohaterami widać świetne porozumienie – i Bautista, i Coleman mają cudowną energię na ekranie – zostaje to jednak wykorzystane wyłącznie na potrzeby idiotycznej fabuły, w której matka samotnie wychowująca dziecko bez problemu oddaje je pod opiekę obcego mięśniaka tylko dlatego, że… pojawił się w sąsiedztwie? Prawdopodobnie, gdyby twórcy filmu nie starali się na siłę popychać historii do przodu w zawrotnym tempie, znalazłby się czas na zbudowanie nieco solidniejszych fundamentów prezentowanej znajomości, co doprawiłoby tę opowieść odrobiną logiki? A może to po prostu moje zbyt wysokie wymagania wobec filmu, który ma być dobrą rozrywką do niedzielnego kotleta i niczym poza tym?

Dla kogo Mój przyjaciel szpieg?

Nieszczególnie polecam tę produkcję komukolwiek, ponieważ uważam, że kino familijne ma znacznie więcej do zaoferowania przeciętnemu widzowi. Jeżeli jednak znajdujecie się w gronie osób, które lubią się po prostu odprężyć, czasem pośmiać i niespecjalnie zastanawiać nad logiką podziwianej fabuły, to film Petera Segala dobrze się tutaj sprawdzi. To proste, niewymagające myślenia kino, idealne do puszczenia w przedpołudniowym niedzielnym paśmie Polsatu czy TV Puls. Jako dwunastolatka z pewnością byłabym zachwycona. Ale córce prędko go nie pokażę.

 

Tytuł oryginalny: My Spy

Reżyseria: Peter Segal

Rok premiery: 2020

Czas trwania: 1 godzina 39 minut

podsumowanie

Ocena
5

Komentarz

Familijne kino akcji dla mało wymagającego widza. Można się przy nim uśmiechnąć i odprężyć, ale myślenie raczej nam nie grozi. Do obejrzenia w niedzielny poranek z rodziną. I do wyrzucenia z pamięci na resztę życia.
Klaudyna Maciąghttps://klaudynamaciag.pl
Za dnia copywriter, wieczorami - nałogowy gracz. Widywana albo z książką pod pachą, albo z padem w dłoni. Dużo czyta, jeszcze więcej tworzy i ogląda. Uzależnienie od popkultury, piłki nożnej i żużla zdiagnozowane już ze trzy dekady temu.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu