Trup w lesie. ,,Znaleziona” – recenzja książki

-

Lasy mają swoje tajemnice – coraz częściej można znaleźć w nich porzucone ciała. Po sukcesie bestsellera Harlana Cobena, twórcy kryminałów chętnie sięgają po motyw zbrodni odkrytej po latach. Za trendem poszła Gytha Lodge w swojej debiutanckiej powieści Znaleziona. Czy pomimo mimo zbieżności tematów, brytyjska pisarka wyszła z cienia komercyjnego króla gatunku?

Aurora Jackson nie miała prawa zginąć. Czternastoletnia dziewczyna nie powinna zapłacić tak wysokiej ceny za noc wolności i szaleństwa. Cała biwakująca grupa bawiła się w najlepsze, nie stroniąc od alkoholu i innych używek, jednak to Aurora zaginęła bez śladu. Trzydzieści lat później zostaje odnaleziona niedaleko miejsca feralnych wypadków.

Dlaczego teraz? Co stało się tamtej nocy? I co przemilczała szóstka towarzyszącej jej dzieciaków – dziś dorosłych, statecznych ludzi? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Jonah Sheens wraz z grupą śledczych. Co więcej, sprawa Aurory powraca do niego jak bumerang. Przecież trzydzieści lat temu Sheens, jako młody konstabl, uczestniczył w poszukiwaniach.

Po nitce do kłębka

Co łączy Znalezioną z W głębi lasu? Intryga obu powieści opiera się na zwłokach znalezionych po latach. Ciała należą do młodych dziewcząt, którym chwilę przed zaginięciem towarzyszyli znajomi – ściśle powiązani ze sprawą. Zarówno detektyw Paul Copeland, jak i Jonah Sheens, mają osobiste (bliższe lub dalsze) związki z denatką i grupą podejrzanych. Nie zapominajmy o wszechobecnym klimacie letnich wakacji.

Znaleziona to podręcznikowy przykład thrillera zawierającego w sobie wszystko, co w konwencji niezbędne. Mamy parę małomiasteczkowych detektywów, duszny klimat niewielkiej społeczności i retrospekcje wplecione w fabułę. Nie jest to nowatorski zabieg, jednak odpowiednio wkomponowane urywki wspomnień dopełniają treści. Są wystarczająco długie, aby wzbudzić ciekawość, a jednocześnie stanowczo zbyt krótkie, żeby cokolwiek wyjaśnić.


Lodge zgrabnie zarysowała schemat śledztwa. Wszystkie ważniejsze działania opisane są skrupulatnie, a jednak wystarczająco lakonicznie, aby nie znudzić czytelnika. Co ważne, w Znalezionej trudno wyłapać wyraźne nieścisłości w fabule, co – wbrew pozorom – w kryminałach nie jest takie łatwe.

Gabinet typowości

Tworząc bohaterów, Lodge próbowała odmalować jak najwięcej indywidualności. Niestety, bezskutecznie. Większość postaci w Znalezionej charakterologicznie zlewa się ze sobą. Na początku śledztwa czytelnikowi najtrudniej odróżnić podejrzanych płci męskiej. Nie ma z tym problemu w retrospekcjach Aurory, w których każdy wyróżnia się szczególnym zachowaniem. Odrobiny skupienia potrzeba dopiero, gdy mowa o dorosłych mężczyznach.

Oprócz feralnej szóstki, poznajemy także zespół detektywów. W ich przypadku pisarka tworzy zgrabniejszą mozaikę. Sheens i Hanson w założeniu mieli być jak woda i ogień. Kontrastują ze sobą doświadczeniem życiowym i zawodowym. Dostrzegam potencjał na ciekawą relację mistrz-uczeń, która może rozwinąć się w kolejnych tomach (mam nadzieję, że Lodge nie zacznie fundować im wzajemnych, romantycznych uniesień!). Obiecująca jest również pozostała dwójka detektywów. Bohaterowie drugoplanowi niejako dopełniają postacie główne. O’Hara to typowy „brudny glina”, moralny relatywista, który wie, że aby osiągnąć cel, trzeba czasem nagiąć zasady. Lightmana moglibyśmy porównać do młodszego Sherlocka Holmesa. Ma analityczny umysł, jest metodyczny, spostrzegawczy i nieco nieporadny w relacjach międzyludzkich. Chwilami ich wątek ciekawił mnie bardziej niż losy pozostałej dwójki śledczych.

Zarówno detektywi, jak i szóstka przyjaciół, próbują dojść do prawdy, nie zawsze ze sobą współpracując. Czytelnik symultanicznie obserwuje ich poczynania. Z czym mamy do czynienia – z dwoma równoległymi śledztwami czy z zasłoną dymną? Niemal żadna poszlaka nie wskazuje na faktycznego zabójcę, a jeśli pojawiają się jakieś przesłanki, to są dla czytelnika niedostrzegalne.

Może dlatego finał – z założenia emocjonujący – nie spełnia oczekiwań, a motywy mordercy wydają się na dłuższą metę niezrozumiałe?

Gdzieś to widziałam

Dzięki konwencjonalnej budowie, powieść łatwo wyobrazić sobie zekranizowaną. A może to przez liczne podobieństwa do W głębi lasu? Film lub serial nie wyróżniałby się na tle podobnych produkcji, jednak przy dobrej obsadzie i zgrabnym rysie psychologicznym postaci, oglądałoby się go z zainteresowaniem.

Czy Gytha Lodge inspirowała się Harlanem Cobenem? Z pewnością, jednak czytając Znalezioną dostrzegamy coś jeszcze. Już po budowie akcji, dozowaniu napięcia i używaniu wstawek retrospektywnych można stwierdzić, że to fachowa robota. Lodge jeszcze przed chwyceniem za pióro zajmowała się tworzeniem dramatów, scenariuszy i gier wideo.

Niewiele tu fajerwerków, ale nie uprzedzajmy się zawczasu. Znaleziona to powieść otwierająca cykl o detektywie Jonahu Sheensie. Niewykluczone, że Gytha Lodge przekroczy granicę konwencji i jeszcze nas zaskoczy.

 

Tytuł: Znaleziona

Autorka: Gytha Lodge

Liczba stron: 432

Wydawnictwo: W.A.B.

podsumowanie

Ocena
7

Komentarz

„Znaleziona” to niewyszukany kryminał ze schematyczną fabułą. Nie zaskakuje, ale i nie zniechęca. To przyjemna książka na jeden wieczór, kiedy chwilowo nie macie ochoty na Netflixa. Dostarczy tych samych emocji, co większość seriali detektywistycznych dostępnych na platformie.
Kaja Folga
Czarownica od strony matki. Potterhead od 10. roku życia, wciąż rozdarta między Ravenclawem a Slytherinem. Jak przystało na wiedźmę, ma domek w lesie, cztery koty, półki pełne książek i szafki pełne herbaty. Wraz z kolejnymi perełkami popkultury odkrywa nowe tożsamości. Wielbicielka RPG, LARP-ów i sesji opisowych, którym poświęca czas między artykułami. W tekstach przemyca podprogowy przekaz feministyczny, chociaż chętnie zaprasza na obiad.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu