Robi się coraz trudniej. „Miecz zabójcy demonów” – recenzja mang 3–4

-

Zabójca demonów nie ma chwili wytchnienia – przynajmniej nie w świecie, w którym te ludożercze potwory można spotkać prawie na każdym kroku. Wraz z pojawieniem się na horyzoncie Kibutsujiego dotychczasowe poszukiwania przez Tanjirou lekarstwa mogącego wyleczyć Nezuko obrały nowy kierunek. Najpierw jednak główny bohater musi przetrwać spotkanie z Yababą i Susamaru.
Zadania, przeciwności, połamane kości

Starcie ze sługusami Kibutsujiego okazało się trudniejsze niż ktokolwiek mógł przypuszczać – a przecież Tanjirou miał u swojego boku trójkę innych demonów! Łatwo nie było, Yababa i Susumaru nie należały do niewymagających przeciwników, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich techniki krwi, te specjalne zdolności, które czasem objawiają się u niektórych z nękających ludzi potworów. Na szczęście drużynie z przypadku udaje się to starcie przetrwać, chociaż niekoniecznie w pełnym, jednym kawałku.

Połamane żebra dla wciąż przemierzającego Japonię zabójcy demonów okażą się nie lada wyzwaniem przy wykonywaniu kolejnego zadania. Zanim otrzyma następną misję, napotka na swojej drodze innego chłopca, który wraz z nim zdał egzamin i otrzymał najniższą rangę wśród tych mających chronić ludzi. Poznawszy bliżej Zenitsu, Tanjirou jednak nieco się zdziwi – w końcu nie tak powinien zachowywać się przeszkolony zabójca demonów! Błaganie o to, aby jakaś dziewczyna wyszła za niego za mąż, albo aby ktoś silniejszy go ochronił przed strasznymi potworami, raczej nie są częstymi zagrywkami u przedstawicieli tej szlachetnej, jakby na to nie patrzeć, profesji. Równie zaskakujący okaże się spotkany nieco później, wybitnie dziwaczny Inosuke, który nie pojmuje niczego poza walką. Czy cała ta ekscentryczna trójka (plus Nezuko), wysłana przez swoich zwierzchników na kolejną misję, sobie poradzi?

Coraz różnorodniej

W kolejnych dwóch tomach mangi Koyoharu Gotouge znajdziemy nieco mniej demonów niż w poprzednich, ale za to o wiele silniejszych i, co za tym idzie, trudniejszych do pokonania. W końcu Tanjirou poszukuje Dwunastu Księżyców, musi zatem spotkać coraz bardziej wymagających wrogów, zgodnie z logiką mang shōnen. Jak na razie każdy kolejny pojedynek jest nieco tylko trudniejszy od poprzedniego, pozwalając protagoniście lepiej i kreatywniej wykorzystywać znane sobie techniki, aby przez praktykę i wyzwania doszedł do momentu, kiedy będzie mógł stawić czoła Kibutsujiemu – raczej nikt, sięgając po Kimtesu no yaiba, nie ma wątpliwości, że do podobnego starcia w końcu dojdzie. W odpowiednim, oczywiście, czasie, kiedy Tanjirou będzie już na to w miarę gotowy. Jak na razie kolejne starcia pozostawiają głównego bohatera niekoniecznie w jednym kawałku, ale za to pomagają mu hartować ducha.

Opowieść o walkach? Mogło być lepiej

Trochę gorzej w obydwu omawianych tu tomach wypadają sceny walki jako takie – nie zawsze są klarowne w kwestii ruchu postaci, co potrafi utrudniać czytanie, jeśli bardzo zależy nam na szczegółach starć. Wraz z wprowadzeniem kolejnych zabójców na scenę, na dodatek wyjątkowo ekscentrycznych pod względem zachowania, w kadrach robi się nieco chaotycznie: z jednej strony wynika to z samego zachowania postaci, które częściej się kłócą/płaczą i na siebie drą (dużo krzyczenia w tych dwóch tomach się znalazło, oj dużo) niż działają. Z drugiej – z niedopracowania samego rysunku. Szkoda.


Inną kwestią jest z kolei to, w jaki sposób Gotouge buduje narrację o tych starciach – wiele informacji dotyczących technik każdego z trzech zabójców demonów otrzymujemy nie w rozmowach czy poprzez same ich poczynania, a w komentarzu narratora. To nieco dziwny zabieg, jeśli spojrzymy na niego przez najpopularniejsze serie ukazujące się w „Shōnen Jumpie”, któremu bliżej do amerykańskich niż japońskich rozwiązań. Czy to jednak coś złego? Oczywiście, że nie – jest po prostu inaczej. Pozwala on na bardziej zwarte opowiadanie, czyli jedno starcie zajmie trzy-cztery rozdziały, a nie cztery-pięć tomów, jak to potrafią robić popularne, topowe tytuły, ukazujące się we wspomnianym przed chwilą czasopiśmie.

Sieć coraz gęstsza

Miecz zabójcy demonów to wciąż jedna z popularniejszych serii w swojej kategorii tak tematycznej, jak i demograficznej. Czytając mangę można powiedzieć z czystym sumieniem, że jest interesująca i całkiem nieźle, przynajmniej do tego momentu, rozpisana. Wciąż dopiero rozpędza się fabularnie – niby znamy już głównego oponenta Tanjirou, jednak zanim uda im się spotkać, powinno minąć jeszcze sporo czasu oraz walk. Wydaje się, że widać zaczątki drużyny, z którą na dłuższą metę główny bohater ma szanse się związać, aby utworzyć nakama (krąg bliskich przyjaciół), zgodnie z jednym ze stałych motywów „Jumpa”. Z każdym kolejnym tomem – wciąga. Tak samo z każdym kolejnym tomem dostajemy coraz wredniejszy cliffhanger.

Pozostałe recenzje tej serii:

 

Tytuł: Kimetsu no yaiba. Miecz zabójcy demonów

Autor: Koyoharu Gotouge

Wydawnictwo: Waneko

ISBN: 978-83-8096-810-3

 

podsumowanie

Ocena
7

Komentarz

„Miecz zabójcy demonów” rozwija się płynnie – przeciwnicy są coraz bardziej wymagający, ale bez przesady, a Tanjirou uczy się wykorzystywać w praktyce znane sobie techniki oraz tropi coraz silniejsze demony, aby znaleźć lekarstwo dla Nezuko. Spotyka nowych zabójców, nawiązuje znajomości. Fabuła wciąż się rozpędza, ale już zdecydowanie czuć wiatr we włosach. Jest dobrze. Chce się więcej.
Agata Włodarczykhttp://palacwiedzmy.wordpress.com
Nie ma bio, bo szydełkuje cthulusienki.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu