Badania, testy, genetyczne modyfikacje i całkiem straszna wioska. ,,Resident Evil: Village” – recenzja gry

-

Resident Evil Village to najnowsza część uznanej serii survival horrorów, która w tym roku kończy 25 lat. Czy nowa odsłona ma szansę na zdobycie sympatii oddanych fanów?

Moje pierwsze zderzenie z jakąkolwiek serią o zombie miało miejsce, gdy mój tata grał w Resident Evil 4. Pamiętam, jak czujnym okiem obserwowałam, co robił. Niestety grać mi nie pozwolił, ale nie powstrzymało mnie to przed oglądaniem jego rozgrywki. Teraz zastanawiam się, czy było to wychowawcze, ponieważ nie ukrywam — byłam dzieckiem, któremu do pełnoletniości brakowało wielu lat.

Moje następne spotkanie z serią miało miejsce, kiedy to mój kuzyn grał na Xboksie w Resident Evil 5. Swoją drogą tę część przeszłam chyba z milion razy i nadal zdarza mi się do niej wracać! Przerobiłam też obejrzenie każdego filmu pod tym tytułem, a nawet przeczytałam mangę Resident Evil. Tym razem w moje ręce trafiła gra Resident Evil: Village i muszę przyznać, bawiłam się przy niej naprawdę niesamowicie!

Wirusy, grzyby i inne dziwne rzeczy

W Resident Evil 7 miałam przyjemność zagrać i przyznam – bałam się sporą ilość razy. Historia, jaka przytrafiła się rodzinie z Luizjany, jest drastyczna, tak samo jak każde wydarzenie, z jakim musi zmierzyć się Ethan. Po morzu krwi, niezliczonej ilości zużytych naboi oraz trupów w poprzedniej części dostajemy zakończenie, które mogłoby wskazywać, że to już finał i wszystko będzie dobrze. Początkowa narracja nowej odsłony działa całkiem podobnie.

Nasz bohater, po wcześniejszych problemach i przejściach, w końcu może odetchnąć.  Wraz z Mią oraz ich słodką córką, Rose, przeprowadza się do Europy. Oczywiście taka sielanka nie może trwać wiecznie i niespodziewanie do ich domu wpada Chris Redfield z całą swoją załogą. Mia zostaje postrzelona, a Ethan wraz z Rose zabrani. Ethan trafia do dziwnej wioski gdzieś w Rumunii, dziecko natomiast zostaje porwane. Szybko okazuje się, że miejsce akcji jest totalnie pokręcone, a gdyby tego było mało, pełno w nim wilkołaków i innych dziwnych i niebezpiecznych osobistości. Mężczyzna będzie miał wiele trudnych zadań do rozwiązania.


Wycieczka po szalonej wiosce

Fabuła przypadła mi do gustu. Wielokrotnie miałam ciarki i przyśpieszone tętno, jednak nie tak bardzo jak w poprzedniej części. Mam wrażenie, że ta odsłona jest odrobinę mniej straszna. Elementy mordu, strzelania i eliminacji przeciwników były wręcz podkręcane scenami podobnymi do tych z Silent Hill. Zostawaliśmy bez broni i szansy na zabicie przeciwnika.

W takich momentach mogliśmy tylko liczyć na to, że uda nam się uciec bądź schować i przeczekać do chwili, która dawałaby nam szanse na ucieczkę z miejsca. Bardzo mi się podobały takie elementy rozgrywki, ponieważ dodawały dreszczyku. Nie zawsze byliśmy tym nieustraszonym Ethanem, który jest w stanie pokonać całe zło na tej ziemi, a właśnie wtedy trzeba było z uciec, aby przeżyć i zniszczyć coś o wiele większego.

Gra przypadnie do gustu osobom, które uwielbiają odkrywać mapę na przysłowiowe sto procent. Będzie w niej wiele sytuacji zmuszających nas do powrotu do wcześniejszej lokacji tylko po to, aby wyciągnąć coś na przykład ze studni. Czeka na nas także mnóstwo pieniędzy do zebrania, błyskotek czy figurek, które będziemy mogli sprzedać u Duka. Podnoszenie wszystkiego bardzo nam się przyda, dlatego warto być uważnym i czujnym, aby potem mieć fundusze na ulepszenia broni – w końcu to ważne.

Poza znanymi nam elementami, jak chociażby właśnie wędrujący kupiec, który niby zawsze pojawia się w odpowiednim momencie i niby przypadkiem, dostajemy także możliwość zabijania zwierząt i zbierania z nich materiałów, aby zobaczyć co dobrego można z tego przygotować. System craftingu także jest nam znany, co dodatkowo zmusza nas do szukania skarbów porozrzucanych gdzieś po mapie.

Warto też zaznaczyć, że jest to gra, w której na początku będziemy liczyć KAŻDY pocisk. Wraz z rozwojem broni ten element będzie sukcesywnie znikać, co nie zmienia faktu, iż w pierwszych fazach rozgrywki trzeba dobrze zarządzać nabojami, ponieważ przeciwników jest cała masa, a naboi jakoś tak niekoniecznie. Gra nagradza każdego dociekliwego gracza, nawet w lokacjach, jakie wydawałyby się zbędne do zakończenia historii, to jednak warto do nich zajrzeć po fanty oraz notatki czy dokumenty.

Ładna ta wycieczka po Rumunii

Graficznie Resident Evil: Village jest dopracowany. Mało powiedziane, jest po prostu przepiękny. Nie raz zatrzymywałam się na dłużej, aby napatrzeć się na lokacje. Już w początkowych minutach, kiedy widzimy wioskę i zamek, można zauważyć jak ta gra jest ładna. Później robi się już tylko lepiej!

Modele potworów zaprojektowane są tak, że potrafią wzbudzić większe emocje. Całość ma swój klimat, a w nowszych technologiach i na lepszym sprzęcie będzie na pewno zachwycać oko niejednego gracza. Muzyka w połączeniu z taką grafiką daje nam mieszankę, która powala i nie pozwala odejść od gry na długo.

Wracając do przeciwników, jest ich kilka rodzajów. Oczywiście z każdym walczy się troszkę inaczej. Jednych powalimy, strzelając w określone miejsce na ich ciele, innych w całkiem odmienny sposób. Jest to fajny zabieg wprowadzający do rozgrywki element przemyśleń i taktyki. Jak zabić przeciwnika najmniejszą ilością pocisków? Co będzie najefektywniejsze?

Liczyłam, że z bossami stanie się podobnie. Dostaliśmy znane fanom serii czerwone punkt na ciele, które trzeba znaleźć i w nie trafić. Natomiast brakowało mi jakiś nowych rozwiązań bądź sekwencji. Niektóre walki wręcz przypominały starcia, w których najważniejsze jest wyrzucenie z siebie dużej ilości naboi. Co nie jest aż tak ciekawe jak szukanie rozwiązań i etapów walki z przeciwnikiem. Niemniej jednak jest to naprawdę mały minus.

Ja chcę jeszcze raz

Historia Ethana jest tragiczna, jednak zakończenie nie mówi nam, że to będzie finał. Niemniej jednak na tyle, ile wiemy, mogę stwierdzić, iż była to naprawdę ciekawa i intrygująca wycieczka po rumuńskiej prowincji. Resident Evil: Village dał mi wszystko, czego oczekiwałam.

Zaczynając od odpowiedzi na wiele pytań, po dreszczyk emocji i dobrą zabawę. Nie jest to gra, przy której bałam się najbardziej, ponieważ przy chociażby Outlast tętno skakało mi zdecydowanie mocniej, ale przy Resident Evil: Village bawiłam się dużo lepiej. Patrząc na całokształt serii, myślę, że będzie to moja ulubiona część. Wciągnęła mnie po uszy, sprawiając, iż mam ochotę przejść ją jeszcze raz na wyższym trybie trudności. Capcom zaoferował nam nietypowy tytuł, który, z tego, co widzę, zainteresował szerokie grono odbiorców, angażując ich do rozgrywki.

A jeśli będzie wam mało, to zawsze można pobawić się w The Mercenaries. Będziecie mogli przećwiczyć tam swoje umiejętności strzelania na czas oraz rozwalić paru dodatkowych przeciwników. Formuła jest prosta, ale dostarcza sporo zabawy, szczególnie gdy skończycie główną historię i macie „kaca”.

  • Długa pełna dreszczyku historia
  • Absolutnie genialna grafika oraz obsada muzyczna
  • System nagradzania graczy za szukanie skarbów
  • Zróżnicowani przeciwnicy
  • Easter eggi
  • Dobrze stworzeni bohaterowie

  • Starcia z bossami

podsumowanie

Ocena
9

Komentarz

Nie ukrywam, że była to pełna emocji wycieczka po rumuńskiej wiosce. Szykujcie naboje oraz dużą ilość apteczek i dowiedzcie się, jakie tajemnice skrywa lokacja i czemu lepiej spać z packą na muchy!
Patrycja Szustak
Jest najprawdziwszym hobbitem, który kocha wszelkie zwierzęta, a najbardziej koty (jakby mogła wybrać swoje kolejne wcielenie, zostałaby grubym kotem). Przemieniła swój pokój w bibliotekę, na niekorzyść pleców mężczyzn, którzy musieli wnosić te wszystkie książki. Jej wzrost ułatwia zawinięcie się w kokon i oglądanie filmów o raz seriali całymi dniami. Lubi dobrą kawę, jednak jest zbyt leniwa, żeby ją zaparzyć.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu