Apokalipsa zombie wywołana przez dwie dziewczynki żyjące w teen drama. ,,Resident Evil: Remedium” – recenzja serialu

-

Nie wiem czy to dobry pomysł, żeby dziewczynka z podstawówki siedziała ze swoim starszym kuzynem i oglądała, jak ten gra w horrory o zombie, ale na swoją obronę mogę napisać, że jest to na pewno lepsza idea niż przepalanie wielkiego budżetu na słaby serial… Napiszę więcej! Po obejrzeniu tego tytułu mocno zaczęłam się zastanawiać nad anulowaniem subskrypcji Netflix. Pierwszy raz od naprawdę wielu długich lat, jakaś produkcja poruszyła moje serduszko na tyle mocno, że są szanse na pożegnanie się z tym serwisem. Nim zaczniecie mnie oceniać, mam na swoją obronę kilka mocnych argumentów i to nie tylko pseudoinkluzywność, która urosła do absurdalnych rozmiarów. 
Od początku, od początku…

Ciężko jest mi nakreślić fabułę serialu, ponieważ mam tendencję do silnego infantylizowania wszystkiego, co miało w nim miejsce. I teraz zarówno fani, jak i przeciwnicy serii, jak jeden mąż, pojawią się w komentarzach, żeby napisać mi, że filmy Resident Evil nigdy nie były wybitne. I zdecydowanie mogę się z tym zgodzić, podpisać pod takim stwierdzeniem rękami i nogami, ale poprzednicy Remedium, mimo wszystko, mieli chociaż jakiś poziom. W wypadku tego, co zgotował nam Netflix, z każdą sekundą seansu jest tylko gorzej, do tego stopnia, że zastanawiałam się nad rzuceniem tego tytułu w kąt, a w ramach terapii po serialu – ogram wszystkich gier po kolei.

Fabuła serii toczy się w dwóch liniach czasowych. W pierwszej z nich mamy wydarzenia rozgrywające się czternaście lat przed wybuchem apokalipsy zombie. Orwellowe, białe i idealne miasteczko to miejsce, w jakim żyją dwie dziewczynki – Billie oraz Jade. Nastolatki żyją w swoim szkolnym świecie, w którym często dochodzi do przeróżnych wydarzeń – od potyczek z rówieśnikami, aż po romanse jednej z sióstr. Te początkowe sceny, w których poznajemy bohaterki, mają na celu wytłumaczyć nam drugą linię czasową, chociaż nawet po zakończeniu serialu, mam co do niej wątpliwości. Nastolatki, pewnego dnia, kierując się kompletnie niezrozumiałą dla mnie motywacją, wkradają się do laboratorium korporacji Umbrella. Na początku wszystko idzie sprawnie, a ich plan jest miarę bezpieczny dla nich samych, jak i ludzkości. Szybko jednak dziecięca naiwność i głupota owocują wypuszczeniem na wolność psa zombie, który gryzie jedną z dziewczynek.

Druga linia fabularna opowiada wydarzenia mające miejsce czternaście lat później i szczerze mówiąc, przez większość odcinków rozgrywających się w tym czasie, okropnie się  wynudziłam. Śledzimy losy Jade, która walczy z wielkimi i zmutowanymi potworami. Kiedy po wielu mniejszych bitwach uda jej się wrócić na statek, do swojej córki, zaczyna robić się ciekawie. Wszystko za sprawą tego, iż bohaterka ma jedną supermoc: wszystko, czego dotknie, zamienia się w jedną wielką tragedię. Kobieta jest w stanie doprowadzić do śmierci swojej najlepszej przyjaciółki w imię głupoty, bo inaczej nie można tego nazwać. Obserwując jej decyzje, cały czas widzimy, że protagonistka niczego nie potrafi zrobić dobrze. Podejrzewam, że gdyby zaczęła myśleć, a potem robić, a nie na odwrót, to jej działania miałby więcej sensu i mniej jej bliskich by cierpiało. 

Zabierzcie to, błagam

Wydaje mi się, że mogę siebie określić jako widza wyrozumiałego. Często nawet, jeśli serial okazuje się iście nudny i beznadziejny, to i tak daję mu szansę i gromadzę zawczasu w duże zapasy cierpliwości. W wypadku Resident Evil: Remedium moje oczy krwawiły podczas niektórych scen i nielogicznych wyborów bohaterów. Jade, główna postać, w tej produkcji miała być super bad bitch – laską, która walczy ze swoim nemezis (?), a dostaliśmy naprawdę irytującą dziewczynę. Przez to, w jaki sposób została napisana, często sprawia wrażenie apatycznej, co z kolei przekłada się na ciągłe zmęczenie widzów tą postacią. Nierzadko jej działa przeczą same sobie. Mówi o tym, jak ważna jest dla niej córka i że żałuje, iż nie spędza z nią czasu, a kiedy ma okazję być na występie dziecka, szybko go opuszcza, by badać kawałek zombiaka. Tak! A mogła zrobić to potem… Ten brak konsekwencji w wyborach bohaterki sprawiał, że miałam ochotę wyłączyć serial. Córka Jade z kolei odziedziczyła po niej te same irytujące cechy, a także talent do robienia głupich i nielogicznych rzeczy. W końcu jaka matka, taka córka, nie? 

Muszę wspomnieć także o Billie. To kolejna z postaci, które zamiast podbić moje serce i pozwolić mi się z nią utożsamić, sprawiła, że krwawiły mi oczy. Napisać, że gubiłam się w jej motywach, to jak nie napisać nic. Naprawdę bardzo często musiałam zatrzymać odcinek, a następnie go cofnąć, aby jeszcze raz zobaczyć, co ta dziewczyna właściwie robi i spróbować to jakoś zrozumieć. Całej jej przemiany w przeciągu tych czternastu lat nawet nie będę komentować.


Historia o miłości do zwierząt. „Mgła” – recenzja książki

Kto wybierał tę obsadę? 

Inkluzywność w serialach to coś niezwykle istotnego, jednak w przypadku Resident Evil: Remedium należałoby dodać przedrostek pseudo-, bowiem ewidentnie poszła ona nie w takim kierunku, w jakim powinna i w jakim oczekiwaliby widzowie. Warto zauważyć, że w tej produkcji wszystkie złe, negatywne postacie są  tylko i wyłącznie białe, a te pozytywne – wyłącznie czarnoskóre lub reprezentujące Azję.  Nie do końca to rozumiem, ponieważ jest to zwyczajne popadanie z jednej skrajności w drugą. Włączanie do produkcji mniejszości nie powinno polegać na  jednoznacznym demonizowaniu „drugiej strony”, a na uwzględnianiu różnorodności bohaterów. Tutaj tego brakuje. Tym bardziej cały sens ruchów na rzecz mniejszości etnicznych traci na znaczeniu, gdy bohaterowie tworzeni są jednowymiarowo, wszyscy zdają się tacy sami, ponieważ ich największym walorem jest po prostu kolor skóry. To przypomina schemat, z jakiego normalni twórcy starają się wyjść – czyli nie ważne, jaki jest co reprezentuje, czuje, co go ukształtowało i motywuje, ważne, że jest biały. W przypadku Remedium – ważne, że czarnoskóry. Rozumiem, że Netflix musi robić całą masę rzeczy po swojemu, ale czy zamienianie karnacji bohatera, jednocześnie odzierając go z jakichkolwiek cech charakteru, jest dobre? Myślę, że nie. Jednak czego oczekiwać od serwisu, który potrafi zmieniać kolory bohaterów historycznych. 

I absolutnie nie jest to atak wycelowany w stronę czarnoskórych osób, a w stronę hipokryzji, jaką Netflix prezentuje, desperacko próbując ratować swoje lecące na łeb, na szyję wyniki poprzez sztuczną pseudoinkluzywność, w której zamiast tworzenia naturalnych i wiarygodnych postaci z mniejszości, wolą ponownie potraktować je bezosobowo – jak ludzką pulpę, którą trzeba „wrzucić” na ekran i odhaczyć checkboxa na liście tolerancji. Nie tak wygląda prawdziwe wsparcie różnorodności. 

Jednakowym, mdłym i kartonowym bohaterom (i ewidentnie źle dobranej obsadzie) nie pomaga także fabuła, która jest zwyczajnie beznadziejna i nudna. Nasuwa się więc pytanie czy cokolwiek w tym serialu zostało zrobione dobrze? Mam jedną taką rzecz – model wielkiego krokodyla. W tym wypadku efekty specjalne zrobiły robotę, a sam zwierzak wydawał się groźny. I to w sumie tyle. Nie znalazłam ani jednego pozytywnego aspektu, a naprawdę szukałam, ponieważ jestem fanką Resident Evil. Żadna z postaci nie przypadła mi do gustu, z kolei wydarzenia sprawiały, że zasypiałam w trakcie oglądania. Wiem, że twórcy przygotowali dla fanów kilka nawiązań do serii gier, ale jakoś tego nie kupuję.

Fani będą zawiedzeni

Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że uwielbiam Resident Evil. Grałam w tytuły z tego uniwersum, nie tylko w te nowe. Postanowiłam cofnąć się do korzeni i odpaliłam toporne pierwsze części na GameCubie. Irytujące sterowanie i kamera w miejscu dawały mi więcej dobrej zabawy niż oglądanie nowego serialu od Netflixa. Wydaje mi się, że już nawet mangi, wydawane pod nazwą Resident Evil, były dużo ciekawsze. One chociaż miały ciekawą fabułę. 

Czy polecam ten serial? Absolutnie nie! 

Nie ważne czy poznaliście już wcześniej to uniwersum czy nie, z pełną odpowiedzialnością chcę wam, czytelnicy, napisać – darujcie sobie, proszę. Czas, jaki zmarnujecie na oglądanie tego ,,czegoś”, możecie spożytkować w dużo lepszy sposób. Oddzielanie grochu od popiołu przyniesie znacznie więcej rozrywki.  

Na zakończenie pragnę tylko dodać, że jeśli lubicie zombie i szukacie ciekawego serialu, to polecam przyjrzeć się iZombie

podsumowanie

Ocena
1

Komentarz

Zostawiam ocenę jeden na dziesięć, za same chęci nakręcania czegoś. Ogólnie serial jest beznadziejny! 
Patrycja Szustak
Patrycja Szustak
Jest najprawdziwszym hobbitem, który kocha wszelkie zwierzęta, a najbardziej koty (jakby mogła wybrać swoje kolejne wcielenie, zostałaby grubym kotem). Przemieniła swój pokój w bibliotekę, na niekorzyść pleców mężczyzn, którzy musieli wnosić te wszystkie książki. Jej wzrost ułatwia zawinięcie się w kokon i oglądanie filmów oraz seriali całymi dniami. Lubi dobrą kawę, jednak jest zbyt leniwa, żeby ją zaparzyć.

Inne artykuły tego redaktora

1 komentarz

  1. Nie rozumie ludzi komuś się nie podoba ok i krytykuje, sam coś zrób . Warto obejrzeć ten serial ja polecam , komuś nie będzie pasować to po pierwszym czy drugim odcinku przestanie oglądać .Dzięki

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu

Apokalipsa zombie wywołana przez dwie dziewczynki żyjące w teen drama. ,,Resident Evil: Remedium” – recenzja serialuZostawiam ocenę jeden na dziesięć, za same chęci nakręcania czegoś. Ogólnie serial jest beznadziejny!