¡Que aproveche! „Fiesta Mexicana” — recenzja gry planszowej

-

Uciekam. Zaczynam już łapać zadyszkę, na dodatek średnio wiem, gdzie jestem. To chyba jakiś festyn: wokół pełno stoisk z jedzeniem i ludzi w dziwnych strojach… Mniejsza o to. Muszę schować się przed przerażającym wzrokiem tej dziwnej kobiety. Wpadam za jeden ze straganów ze zdobionymi czaszkami: przez dziurę w deskach widzę ją nadchodzącą główną aleją, w rękach niesie ogromny talerz wypełniony po brzegi taco. Już za późno. Zauważyła mnie.

Wreszcie się budzę, zlany zimnym potem. Nigdy więcej nie będę robił zdjęć do recenzji przed snem.

Pozory

To może się wydawać głupie (i prawdopodobnie takie właśnie jest), ale jak na grę familijną, okładka Fiesta Mexicana powoduje u mnie trudny do określenia dyskomfort. Coś na kształt puzzla pasującego do układanki, jednak kolorystycznie minimalnie odstającego od reszty kompozycji. Wszystkie postacie, a zwłaszcza ta pierwszoplanowa, wydają się dziwnie nienaturalne w połączeniu z czaszkami i monstrualnymi ilościami jedzenia. Tak, wiem co to Dia de los Muertos, oglądałem Coco Pixara przeszło kilkanaście razy. Jestem świadom odmiennej niż polska tradycji obchodów Święta Zmarłych. Szczerze powiedziawszy, ta meksykańska bardziej mi się podoba. Chętnie zgłosiłem się więc do recenzji tegoż tytułu — no i jeszcze demoniczna kobieta z okładki rzuciła na mnie urok. Na sto procent.

Dość wstępów

No ale przecież liczy się wnętrze (przynajmniej tak twierdziła moja babcia), pora więc otworzyć to dość spore i ciężkie pudełko. Rzecz oczywista: mogłoby być dużo mniejsze. Niestety powtarzam to ostatnio jak mantrę podczas recenzji planszówek, ale jak widać, nic się nie zmienia. No spójrzcie tylko na zdjęcie poniżej — gdy podniosłem kartonowe plansze i wypraski, aż wybuchnąłem śmiechem. Na szczęście poza katastrofalną ergonomią, w kwestiach technicznych nie zamierzam marudzić. Ba, stwierdzę nawet, że pod względem graficznym twórcy nie mają się czego wstydzić: kolorowe żetony czaszek, apetycznie wyglądające karty dań, nawet postaci na kartach zamówień wydają się być mniej straszne. Wszystko klimatem i stylem pięknie wpisuje się w meksykańską fiestę z okazji Święta Zmarłych, przynajmniej na tyle, na ile może to rozpoznać Europejczyk który nigdy nie był w żadnej z Ameryk. Nie zamierzam jednak martwić się tą kwestią: z tego, co zrozumiałem, autorzy Fiesta Mexicana to rodowici Niemcy.

Krótko

Instrukcja składa się z sześciu stron, choć na całość treści spokojnie wystarczyłyby trzy. Takie informacje jak choćby skład poszczególnych dań to ciekawostka, nie wymóg. Pora jednak w końcu zacząć biesiadowanie. Impreza trwa, a każdy z graczy odpowiada za własny stół. Musi na nim umieszczać potrawy wydawane przez kuchnię: oczywiście najlepiej tak, by spełnić warunki na wylosowanych wcześniej karty zamówień. Ponieważ posiłki nadciągają pojedynczo, trzeba je sobie wylicytować, używając do tego nadrukowanych punktów w kształcie czaszek. Gra kończy się, gdy pierwszy stół zostanie w pełni zapełniony. 


Całość brzmi świetnie na papierze. W praktyce wygląda jednak na to, że twórcy znają Meksyk i gastronomię jak ja język grecki. Spoiler: dzięki AC Oddysey wiem jedynie, kto to „malaka”. 

Bez sensu

Plansze graczy to kwadraty, podzielone na szesnaście pomniejszych pól, służących do umieszczania potraw. Na każdym z nich znajdują się cztery wartości liczbowe nadrukowane tak, by zawsze jedna była czytelna, niezależnie od ustawienia całości. Dlaczego to takie ważne: ponieważ gdy nie uda nam się zdobyć żadnego dania, obracamy własny stół o dziewięćdziesiąt stopni. A podczas licytacji używamy tylko tych cyfr, które możemy odczytać. No po prostu combo absurdu — aż głowa mała, jak dużo zamieszania to wprowadza. Ale przynajmniej znam cel: to gra familijna, dzieci nie mogą być poszkodowane. Wygrałeś turę bo miałeś przed sobą „trzynastkę”? Teraz musisz ją zasłonić zdobytymi tacosami, by nigdy już jej nie użyć. A reszta kręci planszami i ich wartości rosną: bardzo trudno zdominować tu pozostałych, każdy dostanie swoją okazję. Zwłaszcza, iż tak właściwie stawia się „powietrze”, a nie już wcześniej zdobyte punkty zwycięstwa — przynajmniej tak wynika z instrukcji i mechaniki gry.

Ale koniecznie miło

Urocze żetoniki/czaszeczki, konieczne do wygranej, zdobywa się oczywiście dzięki potrawom, lecz na różne sposoby. Raz: bywają już nadrukowane wcześniej na niektórych daniach. Dwa: na brzegach poszczególnych kwadracików namalowane są połówki dipów. Gdy kolory pasują do barwy karty obok, gracz otrzymuje bonus. Jeśli natomiast nie, lub miseczka pozostaje „niedokończona”, pojawia się kara — punkty ujemne. W grze dla dzieci. Naprawdę świetny pomysł, winszuję. Ktoś tu chyba dawno nie zabierał ośmiolatkowi dopiero co zdobytej przez niego nagrody. Trzy: karty zamówień, losowane przez uczestników na początku rozgrywki. Czasem trzeba mieć najwięcej danych potraw, innym razem ułożyć je w określonej konfiguracji. Zazwyczaj nic trudnego, a ten sposób przynosi najwięcej „czaszek” przy podsumowywaniu zabawy. Gdyby tylko nie trzeba było losować tych warunków tak długo, by każdy miał w ręku praktycznie identyczny zestaw… Nikt nie będzie pokrzywdzony, ale też na zaskoczenie bądź emocje nie ma co liczyć.

Nuda

Wydawca sugeruje wiek „od 8 do 99 lat”, jednak jej realny przedział to „od ogarniętych siedmiolatków do młodych nastolatków bez wyobraźni”. Nic się tu nie dzieje — każdy bierze sobie po jednym daniu poprzez kolejne tury, potem reszta kręci swoimi planszami. Chociaż graficznie produkcja stoi na wysokim poziomie, to obawiam się niestety, że świadomie zdecydowano przykryć nią braki mechaniki. Zasady skonstruowano tak, by zabić jakąkolwiek chęć rywalizacji. A części instrukcji i tak nie rozumiem, zwłaszcza dotyczącej licytacji. Jeśli mam używać do niej punktów, jak je nazbierać w racjonalnej ilości, wciąż otrzymując kary za niepasujące dipy? Może ja już jestem za stary i nie ogarniam założeń tego tytułu, ani potencjalnej zabawy się w nim kryjącej. Albo po prostu Fiesta Mexicana nie jest produkcją najwyższych lotów. Dość egoistycznie obstawiam to drugie.

Tytuł: Fiesta Mexicana

Liczba graczy: 2-4

Wiek: 8+

Czas rozgrywki: 20 minut

Wydawnictwo: Granna

 

Za przekazanie gry do recenzji dziękujemy wydawnictwu Granna, więcej o grze przeczytacie tutaj.

podsumowanie

Ocena
5

Komentarz

Bardzo ładny i kolorowy tytuł. Pudełko zawiera także dużo powietrza, które zużyjecie na westchnięcia i ziewanie podczas rozgrywki.
Przemysław Ekiert
W wysokim stopniu uzależniony od popkultury - by zniwelować głód korzysta z książek, filmów, seriali i komiksów w coraz większych dawkach. Popijając nowe leki różnymi gatunkami herbat, snuje głębokie przemyślenia o podboju planety i swoim miejscu we wszechświecie. Jest jednak świadomy, że wszyscy jesteśmy tylko podróbką idealnych postaci z telewizyjnych reklam.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu