Orkiestra podczas ciszy nocnej. „Partytura” – recenzja gry karcianej

-

Lubię sobie raz na jakiś czas posłuchać muzyki klasycznej. Nie uważam tego za powód do wywyższania się, nie odróżniam od siebie fug, preludiów i opusów. Po prostu moje uszy z radością przyjmują dźwięki skrzypiec, harfy, klarnetu czy fortepianu. Już za małego brzdąca byłem zafascynowany tymi instrumentami – pamiętacie motyw muzyczny z czołówki Laboratorium Dextera? Cóż to za symfonia! Kiedy więc przeczytałem o karciance, która pozwoli mi wcielić się w dyrygenta, mogłem zareagować jedynie ogromnym entuzjazmem. Niepotrzebnie tak się cieszyłem.
Puenta

Partytura wygrała w drugiej edycji konkursu „Stwórz grę i wskocz na półkę Empiku”, pokonując ponad setkę innych projektów: szczerze gratuluję twórcom sukcesu. Jednakże nie jestem w pełni przekonany, iż jury wybrało najciekawszą propozycję… Wydaje mi się, że kluczem będzie tu określenie „bezpieczna”.

Nie mam żadnych zastrzeżeń do pracy Sławomira Bejdy, twórcy oprawy graficznej. Karty wręcz tryskają kolorami, a symbole instrumentów nie mogły być bardziej czytelne. Natomiast mechanika gry (za którą odpowiadają Katarzyna Cioch i Wojciech Wiśniewski) sprawia wrażenie niedokończonej i trochę wewnętrznie rozdartej. Być może część zasad początkowo miała wyglądać inaczej? A może rozumiejąc, czym jest kapitalizm, twórcy chcieli trafić do jak najszerszego grona odbiorców? Partytura z jednej strony stara się być typową imprezówką na wieczór ze znajomymi, a z drugiej familijną karcianką dla rodziców z dziećmi. Efekt końcowy raczej nie zadowoli żadnej ze stron. Ale zacząłem trochę od końca, pora opowiedzieć o samej rozgrywce.

Zbyt proste

Zasady są wybitnie nieskomplikowane co, muszę przyznać, po ostatnich Wicehrabiach było przyjemną odskocznią. Gracze (minimum trzech, maksimum dziesięciu) wybierają spośród siebie dyrygenta. Losuje on dwie karty utworu i kładzie przed sobą na specjalnym, kartonowym pulpicie. Reszta uczestników otrzymuje blankiety danego instrumentu – muszą oni, kierując się wyłącznie gestami milczącego kapelmistrza, zagrywać je w odpowiednich momentach. Grupa wspólnie ustala znaki przed rozpoczęciem utworu, a końcowy wynik zależy od liczby poprawnie „wybrzmiałych” taktów. Podliczenie punktów następuje najpóźniej po dziewięćdziesięciu sekundach od rozpoczęcia koncertu. To by było na tyle, jeśli chodzi o teorię – w praktyce wygląda to jeszcze prościej. Skoro każdy z muzyków może zagrać tylko na cztery różne sposoby, to wystarczy na przykład ruch ręką dyrygenta w pionie oraz jego zaciśnięta lub otwarta pięść. Po co za każdym razem miano by ustalać system wskazówek od nowa? Twórcy najwyraźniej też na to wpadli, ponieważ zaimplementowali system „kart utrudnień”.

Cringe

Choć wraz ze znajomymi nazwaliśmy je „żenadakartami”. Mało kreatywna lingwistycznie nazwa, jestem tego świadom. Losuje je (jedną lub kilka) dyrygent tuż przed rozpoczęciem koncertu i z założenia mają mu one utrudnić zadanie, zmuszając go do różnych aktywności. Czasem powinien udawać robota, innym razem odganiać się od niewidzialnych komarów, a niekiedy wystarczy, że będzie bawił się włosami. Ma to niby wyjść śmiesznie, lecz jak to bywa w takich sytuacjach, bez soku ze sfermentowanych winogron się nie obejdzie. No ale wtedy większość rzeczy jest zabawna. Powiecie pewnie: „Co w tym złego? To przecież gra imprezowa!”. Cóż, tak ją reklamuje Empik, organizator konkursu. Fragment „party”, wydrukowany na pudełku powiększonym fontem, też może to sugerować. Natomiast instrukcja, wspominając o udawaniu dźwięków ustami, by pomóc młodszym graczom, ewidentnie kieruje się ku segmentowi familijnemu. Gdzie tu sens?

Zabawa na sto dwa

Ano jest go bardzo niewiele. Zasady zachęcają do używania dźwięków w grze, której główną mechaniką jest cisza. Karty wpływające na zachowanie dyrygenta losowane są już po tym, jak ustalił on z orkiestrą system gestów. Jak ma wskazywać rękami instrumenty, skoro „żenadakarta” każe mu trzymać je na piersi? Niestety, twórcy nie pomogą nam w kwestiach spornych. Cytując: „Chodzi o dobrą zabawę, a nie o wykonywanie poleceń”. Ale właśnie na tym polega orkiestra! Mimo szczerych chęci, nie potrafiłem czerpać przyjemności z gry w Partyturę. Nie pomagały warianty zabawy wymyślane ewidentnie na siłę: drużynowy, utrudniony trzyosobowy, dla młodszych, bez przygotowania… Ponad sto sześćdziesiąt kart, a większość będzie się tylko poniewierać w za dużym pudełku.


Nastolatki lubiące gry bez prądu przesiądą się na coś bardziej ambitniejszego po dwóch, maksymalnie trzech rundach. Dzieci grające z rodzicami albo znudzą się ciszą, albo wypaczą zasady poprzez udawanie bębnów i trąbki. A grupa znajomych podczas „pizza night” prędzej wyciągnie Eksplodujące kotki niż w skupieniu zacznie udawać orkiestrę. Jeszcze raz pozwolę sobie pogratulować twórcom wygranej w konkursie, bo to naprawdę powód do dumy. Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że nie wymyślili niczego oryginalnego ani porywającego.

 

Tytuł: Partytura

Liczba graczy: 3-10

Wiek: 8+

Czas rozgrywki: 20 minut

Wydawnictwo: FoxGames

 

 

 

Za przekazanie gry do recenzji dziękujemy wydawnictwu FoxGames, więcej o grze przeczytacie tutaj:

podsumowanie

Ocena
5

Komentarz

Imprezowa gra familijna, w której zabawa ma odbywać się w pełnej ciszy. No chyba że ktoś gra z dziećmi, albo kłóci się z resztą uczestników o niejasności w instrukcji.
Przemysław Ekiert
W wysokim stopniu uzależniony od popkultury - by zniwelować głód korzysta z książek, filmów, seriali i komiksów w coraz większych dawkach. Popijając nowe leki różnymi gatunkami herbat, snuje głębokie przemyślenia o podboju planety i swoim miejscu we wszechświecie. Jest jednak świadomy, że wszyscy jesteśmy tylko podróbką idealnych postaci z telewizyjnych reklam.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu