Od jakiegoś czasu o najnowszym obrazie Sama Mendesa jest głośno. Niektórzy określają go jako najlepszą produkcję od czasu Dunkierki, inni zaś twierdzą, iż film sprawia wrażenie przesadnie wymuskanej „bajeczki” o niezniszczalnych bohaterach. Przyszedł zatem czas, bym i ja oceniła to, co wyszło spod ręki Mendesa.
Trudne zadanie

Fabuła filmu rozgrywa się w czasie pierwszej wojny światowej. Dwóch żołnierzy niespodziewanie otrzymuje rozkaz – muszą dotrzeć do oddalonego o piętnaście kilometrów batalionu przed wschodem słońca i przekazać jego kapitanowi polecenie wstrzymania ataku na Niemców. Na szali leży tysiąc sześćset żyć brytyjskich wojaków, bowiem dowództwo podejrzewa pułapkę, która skutkować będzie masakrą. Misja staje się niezwykle ważna dla jednego z szeregowych, ponieważ w przygotowującym się do bitwy batalionie służy jego brat. Posłańcy muszą rozważnie pokonać tereny należące do wroga, jednocześnie ścigając się z czasem.

Kadr z filmu
Mroki wojny

Najnowszy, dziesięciokrotnie nominowany do Oscara i nagrodzony dwoma Złotymi Globami – za najlepszy film oraz reżyserię – obraz Sama Mendesa to jedna z najlepszych produkcji wojennych ostatnich lat. Historia w niej opowiedziana jest poruszająca i niesie ze sobą przesłanie – ukazuje bowiem nie tylko piekło wojny od drugiej strony, już po wszystkim, ale także siłę człowieka posiadającego jakiś cel.

Główni bohaterowie to świetnie napisane postaci, niejako ze sobą kontrastujące, mające inne podejście do kwestii związanych z konfliktem, posiadające różne doświadczenia, motywacje, charaktery, ale przy tym pozostające zaskakująco… ludzkie. Relacja między tą dwójką to uosobienie żołnierskiego braterstwa, łączące ich cel oraz odpowiedzialność za ponad tysiąc istnień sprawiają, że opowieść zyskuje na sile, a odbiorcy sinieją dłonie od nerwowego zaciskania pięści w geście wsparcia.

Kadr z filmu

Całość cechuje się stosunkowo ciężkim klimatem, Mendes nie szczędzi nam widoków pozostałości po bitwie – martwych, bladych ciał, topielców, opuszczonych okopów, upiornie wyglądających zasieków na środku błotnistego, wyniszczonego terenu. Spustoszenie, widmo śmierci, strach i dziwnie złowroga mgła są niemal namacalne. Reżyserowi udało się pokazać trudy wojny nie poprzez wielkie bitwy, a ślady, jakie po sobie zostawiają.

Reżyserski majstersztyk

Nie będę odkrywcza, gdy napiszę, że 1917 to realizacyjne arcydzieło. Sam Mendes zastosował technikę jednego ujęcia, kamera zatem śledzi każdy ruch, każdy oddech, każdy upadek bohaterów, bez przerwy im towarzysząc. Dzięki temu zabiegowi widz nie tylko obserwuje pełne spektrum przeżyć postaci, ale także jeszcze silniej odczuwa wrażenie upływającego czasu, którego zresztą żołnierze wcale nie mają tak wiele.

Każdy kadr został starannie przemyślany, przesunięcie kamery o centymetr – dokładnie zaplanowane. Nie ma w filmie przypadkowości, niepotrzebnych scen i zbędnych wypełniaczy, wszystko dzieje się tu i teraz. Reżyser wzbudza w widzach ciągłe napięcie i niewytłumaczalną obawę, jednocześnie ukazując bezsensowność i prawdziwe oblicze wojny – bohaterowie nie są bowiem wybitnymi żołnierzami, a tylko ludźmi – pełnymi strachu, których pierwszym instynktem jest nie strzelać, a uciekać, ratować się. To nie ten typ filmu, gdzie mężczyzna wyciąga broń i bez problemu trafia wroga za pierwszym razem, jednocześnie zwinnie unikając postrzelenia przez pięciu innych nieprzyjaciół. Choć zdarzają się sceny, w których to protagonistom, jakimś cudem, udaje się wymigać śmierci, nie uznałabym tego za minus – wszak ciężko trafić cel będący w ruchu, a i wielu wojaków przeżyło wojny tylko dzięki zwykłemu szczęściu.

Kadr z filmu

Realizm i okropieństwo konfliktu zbrojnego przejawiają się również w momentach, gdy obserwujemy błędy popełniane przez głównych bohaterów, wycieńczenie czy panikę, a wtedy także kamera odpowiednio dostosowuje się do sytuacji, chociażby poprzez ustawienie poziomu, z którego oglądamy ich dalsze losy.

Z hymnem na ustach

Film nie miałby jednak tak silnego wpływu na odbiorców, gdyby nie genialna muzyka. To właśnie ona potęguje wydźwięk poszczególnych scen – twórcy, operując dźwiękiem, są w stanie przekazać jeszcze więcej – goniący czas, narastający niepokój czy momenty zwątpienia lub rezygnacji. Kiedy to potrzebne, melodie cichną, byśmy mogli usłyszeć nerwowe przełykanie śliny lub przyspieszony oddech wykończonego bohatera.

Absolutnym, dla mnie, strzałem w dziesiątkę była scena śpiewu jednego z żołnierzy, podczas gdy reszta batalionu wsłuchiwała się w jego głos jak zaczarowana. Zarówno wykonanie, piosenka,  jak i cała otoczka tego momentu – sceneria, brak podkładu muzycznego, ruch kamery, mogą doprowadzić do łez, a co twardszych przynajmniej do uczucia ucisku w klatce piersiowej.

Niektórzy po prostu muszą walczyć

1917 to miejscami sugestywny i patetyczny film o heroizmie. Dla niektórych byłby to zarzut, według mnie natomiast to jedne z powodów, dla których warto go obejrzeć. Realizm i upiorność wojny, ukazana oczami dwóch, pozornie zwykłych, szeregowych, wzbudzi wiele emocji, wzruszy oraz przerazi, a ujęcia niejednokrotnie sprawią, że wstrzymamy oddech czy zachwycimy się przemyślaną, acz nienachalną symboliką, którą Mendes delikatnie wplata w swoje kadry. Estetyka, w połączeniu z realizatorskim kunsztem i wybitną muzyką, nie da wam zapomnieć o tej produkcji.

 

Tytuł oryginalny: 1917

Reżyseria: Sam Mendes

Rok powstania: 2019

Czas trwania: 1 godzina 59 minuty

Odpowiedz

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię