Mamo, odrobiłem lekcje. „Mad Max” – gra wideo

-

„Jak możesz tego nie znać?”. Ano mogę, bo nie da się widzieć wszystkiego. Nawet, jak zgotujemy śmierć zegarkom, to i tak nie wystarczy czasu na obejrzenie czy przeczytanie każdej rzeczy. Są jednak tytuły, których brak znajomości wywołuje dyskomfort. Prędzej czy później nadrabia się zaległości, aby z dumą powiedzieć: „Mamo, odrobiłem lekcje”.

Cykl felietonów o robieniu zadań domowych będzie serią pełną szczerych i odważnych wyzwań. Tak, nie widziałem Blade Runnera, nie grałem w Talisman oraz nie czytałem nic Philipa K. Dicka. Jestem fatalnym nerdem? Ani trochę. Po prostu życie to bieg. Na wszystko nie wystarczy nam czasu. Ukazuje się coraz więcej dobrych tytułów i bycie nie bieżąco jest nie lada wyzwaniem, jednak podnoszę rzuconą rękawicę i powoli odhaczam kolejne pozycje na bardzo długiej liście.

Sandbox Mad Max ukazał się w wrześniu 2015 roku, czyli kilka miesięcy po premierze Mad Max: Na drodze gniewu. Jeśli ktoś był fanem przygód Rockatansky’ego, to film na pewno zaostrzył apetyt na grę. Tak też zdarzyło się w moim przypadku, jednak mój komputer miał pod maską tyle koni, co wody na pustyni. Trzeba było poczekać.

Screen z gry

Nie jestem jak Anakin. Jestem jak piasek

Lubię piasek. A dokładniej – lubię klimat gry od Avalanche Studios, bo idealnie oddaje to, co zaserwował choćby film George’a Millera. Na początku, jadąc autem, można odnieść wrażenie, że mechanika prowadzenia pojazdu jest do bani, jednak szybko okazuje się, że po prostu przyszło nam kierować fatalną bryką. Nasz archanioł będzie tak odpicowany, że nawet twórcy pewnego programu MTV złapaliby się za głowy. Warsztat jest bardzo rozbudowany i posiada wiele usprawnień do auta. Kolce na masce? Jasne. Ostrza na felgach? Spoko. Miotacz płomieni? No pewex. Taran na przedzie? Wiadomka. Tereny, które przyjdzie nam przemierzać, są niebezpieczne jak tankowanie na podejrzanych stacjach benzynowych. Auta w Mad Maxie powinny być owiane wręcz kultem i zadbano o to.


Screen z gry

Dlaczego jestem jak piasek? Bo włażę wszędzie. Mapa robi wrażenie i gwarantuje sporo terenu do przeszukania. Na pierwszy rzut oka odległości między punktami są spore, jednak jeśli przyjdzie nam przemieszczać się samochodem z dopalaczami, to przejechanie z punktu A do punktu B zajmuje dosłownie chwilę, lecz jest spore „ale”. Układ terenu gęsto usiano takimi rzeczami jak Straszaki, obozy czy gniazda snajperów. Wszystko to zajmuje naszą uwagę i sprawia, że warto się zatrzymać, mówiąc pod nosem „no jak już tu jestem, to wejdę”. I tak też jadąc do konkretnego celu zbacza się z kursu, zajmując się kolejnymi znajdźkami.

Ten aspekt akurat cieszy, bo każda lokacja wygląda inaczej, w grze jest sporo frakcji różniących się jednostkami, a co za tym idzie, rodzajami ataków, a hajs przyda się do ulepszenia rzęcha oraz wykupywania nowych zdolności Maxa. Im dalej w las, tfu!, w pustynię, tym mniejsza ochota na zaglądanie do kryjówek. Za sobą mam trzydzieści jeden godzin gry i zabawa głównie polegała na zbieraniu złomu (to waluta w Mad Maxie). Symulator zbierania żelastwa w końcu nudzi. Czasem trzeba przejąć spore obozowiska, co zapewnia dużo walk i jeszcze więcej sprzątania ich z rupieci. Trzeba (oczywiście nie ma takiej konieczności) odwiedzać każde zakamarki, aby nie pominąć choćby jednej skrzynki i w końcu ujrzeć „Splądrowano w 100%”.

Screen z gry

Kluczem francuskim przez łeb

Mechanika walki jest taka, jak w grach z Batmanem. Wyprowadza się ciosy, paruje uderzenia i przeprowadza kontrataki, a także unika ciosów, których nie można zablokować. Całość opiera się na refleksie, ale naprawdę sprawia frajdę. Zwłaszcza, że do odblokowania jest sporo widowiskowych ataków, siejących strach wśród adwersarzy. Wystrzał z shotguna w brzuch czy też karniak nożem zwyczajnie cieszy oko (gracza, a nie wrogów). Z niektórymi bossami przyjdzie pomęczyć się nieco dłużej, jednak nie stanowią oni wyzwania. O wiele łatwiej zginąć spadając przez nieuwagę ze skarpy niż podczas starć z nieprzyjaciółmi (potwierdzone info). Czasem też pośmiertny ragdoll wygląda wręcz komicznie – i tak nabity na kolce naszego auta oponent wierzga radośnie kończynami.

Screen z gry

Piasek w trybach

Mad Max ma obłędny klimat i jeśli jest się fanem zbieractwa, to rozpali serduszko, niczym kanister z benzyną połączony z ogniem. Cieszę się, że zagrałem w to po latach, bo tytuł się nie zestarzał, a odblokowywanie umiejętności czy też części do auta cieszyło. Trzeba jednak przyznać, że główna oś fabularna nie jest rozrywką na naprawdę wiele minut. Miłośnicy sandboxowych przygód rodem z Far Cry spędzą przed monitorem kupę czasu, a pozostali odejdą od komputerów po kilkunastu godzinach. Finał historii obejrzę w gameplayu na YouTube, bo wolę zaoszczędzone chwile poświęcić na odrabianie kolejnych lekcji.

Gdybym usiadł przed laptopem w 2015 roku, to pewnie zdobyłbym 100% osiągnięć, które przygotowało studio. Teraz uważam, że poprzeczkę ustawiłem sobie zbyt wysoko przez te lata nie straciłem tak wiele. Wniosek? Odrobiłem lekcje, ale na pustkowia chętnie wrócę za sprawą filmu. Za sprawą klawiatury i myszki nie pokieruję już losami Maxa. Tyle mi wystarczy.

Artur Sobala
Miłośnik dwuznaczności, cytatów, patosu i śmieszkowania. Eskapizm i fantastyka świetnie się uzupełniają, tworząc światy, w których doskonale się czuje. Ma więcej pomysłów, niż zapału, by je zrealizować. Zmienia zdanie częściej niż Kylo Ren.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu