Lekka, Afabularna, Mało Atrakcyjna? „L.A.M.A” – recenzja gry

-

Lama glama, zwana także lamą andyjską, to udomowiony gatunek ssaka parzystokopytnego. Tak przynajmniej rzecze Wikipedia, a jako student, już dawno temu nauczyłem się ufać tej jakże cudnej encyklopedii. Co jednak ciekawe, nigdzie nie zostało wspomniane o tym, że owe „keczuańskie owce” uwielbiają… imprezować. Do tego na imprezy przychodzą w paczkach.

W ekipie, która trafi na nasze party, dostajemy aż trzy sztuki L.A.M. Są to różne gry, ale oparte na podobnej mechanice. Pozwoli to dostosować rozgrywkę do naszych aktualnych potrzeb. Przynajmniej takie były założenia Reinera Knizii, autora gry. Czy jednak się spełniły?

Jak wygląda lama?

W skład gry wchodzą karty, żetony do odmierzania karnych punktów, kartonik Dramy oraz specjalne kostki.

Podstawowe karty to po prostu cyfry nadrukowane na kolorowych tłach. Teoretycznie ciężko coś takiego zepsuć, ale autorom się udało. Jedynka wygląda bowiem niczym siódemka, co wprowadza w błąd prawie każdego nowego gracza. Do cyfr mamy jeszcze karty lamy, kiczowato pstrokate i w nieurodziwym stylu graficznym, czyli całkiem nieźle wpisujące się w klimat gry. Gra prezentuje się jako iście wymierzona w grupkę najmłodszych miłośników gier bez prądu. Same karty dobrze się tasuje, jednak jakość wykonania jest raczej przeciętna.

Całość trafia do nas w trochę zbyt dużym pudełku. Gdyby opakowanie było bardziej skompresowane, to na pewno gra mobilniejsza. Sama warstwa graficzna nie jest w moim guście, ale rozumiem decyzję, by skierować tytuł w stronę najmłodszych graczy i rodzinnych partii, poprzez zastosowanie zbyt kolorowego pudełka z kreskówkową lamą na froncie.


Instrukcja trafia do nas na trzech osobnych kartkach, tłumaczących różne warianty gry. Nie mogę nic zarzucić sposobowi wytłumaczenia reguł. Nikt nie powinien mieć problemów ze zrozumieniem zasad.

Jak się bawi lama?

Jak już wspomniałem, używając komponentów z pudełka możemy zagrać na trzy różne sposoby, różniące się trochę rozgrywką, ale wychodzące z tych samych założeń. Wspólnym elementem jest przede wszystkim mechanizm punktów karnych, które dostajemy za pozostałe nam na ręce karty.

Opisywanie poszczególnych wariantów rozpocznę od podstawowego, będącego doskonałym punktem wejścia. Dynamika tego trybu mocno przypomina Uno. Przygotowania zaczynamy od potasowania talii i rozdania każdemu graczowi po sześć kart. Resztę kładziemy w zakrytym stosie i odkrywamy górną. Następnie, po kolei, możemy zagrać na wierzch odkrytego stosu kartę z ręki o wartości takiej samej lub większej o jeden niż ta leżąca na kupce. Warto tu wspomnieć, że kartoniki z lamą pełnią rolę asa, mając jednocześnie największą i najmniejszą wartość. Jeżeli nie posiadamy odpowiedniej karty lub nie chcemy się jej pozbywać, musimy w zamian dociągnąć dodatkowy egzemplarz z zakrytego stosu lub spasować. Ta druga opcja sprawia, że do końca rundy nie uczestniczymy już w grze. Wykładanie trwa do momentu, gdy któryś z uczestników pozbędzie się kart, lub wszyscy oprócz jednej osoby, spasują. Wtedy gracze dobierają tyle karnych żetonów, ile wynosi suma wartości unikalnych kart, które pozostały w ich rękach. Rundy powtarzamy, aż któryś z graczy osiągnie pułap czterdziestu punktów. Wtedy wygrywa ten mający ich najmniej.

Wariant L.A.M.A. Party nie różni się wiele od poprzedniego. Dostajemy tylko dodatkowe karty z plusem, które pozwalają rozegrać natychmiastowo kolejną turę. Dodajemy wtedy również kartonik Lamy Dramy. W momencie, gdy któryś z graczy zagra lamę, kładzie na niego jeden ze swoich karnych żetonów. Jeżeli uzbiera się ich tam pięć, następny w kolejce zgarnia całą pulę do swojej kolekcji. To wszystkie różnice, cała reszta wygląda dokładnie jak wariant podstawowy. Trochę szkoda, ponieważ patrząc na majestatyczny napis „3 gry w 1” na pudełku, spodziewałem się trochę więcej.

Ostatnim typem jest wersja kostkowa. Tutaj wygląda to trochę ciekawiej, przynajmniej w teorii. Uważam, że to w praktyce najnudniejszy wariant, ponieważ gra toczy się sama. Ale po kolei – zaczynamy od wyłożenia naszej ręki na stole, jawnie dla innych. Na środku obszaru gry umieszczamy po jednym egzemplarzu każdej karty z talii. Następnie, zamiast klasycznego wykładania i dobierania, rzucamy kostkami. Jeżeli wyturlamy wartość karty z naszych zasobów, możemy ją odrzucić. W przeciwnym wypadku musimy dobrać ze środka kartę o wartości jednej z kostek. Jeżeli i to jest niemożliwe, to zgarniamy wszystkie karty z centrum, a runda się kończy.

Lama nie jest atencjuszką

Nadeszła teraz chwila, bym napisał kilka słów na temat jak oceniam L.A.M.Ę. Szczerze powiedziawszy, mam dosyć mieszane uczucia. Warto pochwalić pomysł trzech sposobów rozgrywki, chociaż napis na pudełku obiecywał znacznie więcej. Dostajemy jedną grę, w której nieznacznie zmienia się sposób usuwania kart z ręki. Zawsze urozmaica to jednak zabawę.

Dużym minusem dla mnie jest powtarzalność i brak iskry w rozgrywce. L.A.M.A. po prostu potrafi wynudzić i kiepskim pomysłem byłoby stawianie jej w centrum uwagi. Świetnie za to radzi sobie w roli aktywności w tle, która stanowi tylko podłoże do luźnej rozmowy. Dobrym przykładem będzie tu wersja kostkowa, która w zasadzie jest symulatorem rzutów. Jedyna decyzja, jaką podejmujemy, to czy spasować. Wersja Party może być porównana do Uno, ale przegrywa z jego legendarnymi dobierajkami czterech (albo i więcej) kart.

L.A.M.A. jest jednak świetną pozycją dla dzieci. Proste zasady, szybkie partie i kolorowa grafika z pewnością przypadną im do gustu. Do tego mamy różne tryby gry i nasze pociechy powinny być zajęte przez dobre kilkadziesiąt minut. Dodatkowo pokusiłbym się o wyciągnięcie pudełka na imprezę. Jest to dobry sposób, by utrzymać ludzi przy stole niewymagającą czynnością.

Nie oszukujmy się jednak – to nie jest regrywalna karcianka. Zwyczajnie nikt nie ma ochoty grać kolejny raz, ponieważ jedna partia potrafi znużyć, co jest dosyć zaskakujące, gdyż czas partii to około dwudziestu minut.

Gra skaluje się idealnie, głównie dlatego, że nie ma tu żadnej interakcji między graczami i całość sprowadza się do rzucania kart na stosik. Można to jednak robić w grupce do sześciu osób, co daje szerokie możliwości wyboru uczestników. Warto też podkreślić, że jest to pozycja naprawdę uniwersalna, która nie ma prawie żadnych barier wiekowych.

Przyznaję, trochę ponarzekałem, ale już się starzeję. Tak naprawdę, nie jest to bardzo zła gra i stanowi ona świetną opcję dla osób, które nie mają doświadczenia z planszówkami i nie oczekują euraskowego kombinowania czy ameritraszowego klimatu. Jak w końcu założę rodzinę, to z chęcią pokażę moim dzieciom L.A.M.Y. Chyba, że już w kołysce będą rozkładały Gloomhaven.

Tytuł: L.A.M.A

Liczba graczy: 2-6

Wiek: 7+

Czas rozgrywki: 20 minut

Wydawnictwo: Egmont

 

Za przekazanie gry do recenzji dziękujemy wydawnictwu Egmont, więcej o grze przeczytacie tutaj:

 

podsumowanie

Ocena
6

Komentarz

Prosta gra z szybkimi i niewymagającymi partiami. Dobra dla początkujących, dzieci i na rozgrzewkę przed grubymi tytułami.
Jakub Socała
Indywidualista, intelektualista, idealista, informatyk. Miłośnik Gothica, dobrej kuchni i eksperymentowania. Geek, nerd i kujon, co w domu wysiedzieć nie może.

Inne artykuły tego redaktora

1 komentarz

  1. Świetna gra, która zapewni mnóstwo dobrej zabawy 🙂 Trzy możliwości prowadzenia rozgrywek dodatkowo urozmaicają możliwości wyboru i dostosowanie gry do własnych preferencji 🙂

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu