Kurs dorastania. „Oddech” – recenzja filmu

-

Jeżeli zastanawiacie się czasem nad tym, jaki smak ma lato, to dla mnie na ten moment ma ono smak Australii. Ciepły piasek pod stopami, fale uderzające o brzeg, a w tym wszystkim umiłowanie wolności i odwagi. Takie właśnie obrazy podsuwa nam Oddech. Tęsknicie za latem? Dobrze się składa.

Debiut reżyserski Simona Bakera – znanego przede wszystkim z tytułowej roli w serialu Mentalista – jest jednym z tych filmów, które dla niektórych będą pięknym i złożonym arcydziełem, dla innych zaś ciągnącymi się w nieskończoność nudami. Trzeba po prostu lubić takie niespiesznie prowadzone opowieści, w których nie wszystko podaje się na tacy, by móc cieszyć się tymi dwiema godzinami spędzonymi na australijskim wybrzeżu.

Ja lubię takie obrazy. I bardzo mnie cieszy, że wybrałam się w tę filmową podróż, bo dzięki niej mogłam złowić swoją perłę.

Kiedy chłopiec staje się mężczyzną

Pikelet i Loonie to dorastający w latach siedemdziesiątych nastolatkowie, którzy spędzają wakacyjny czas tak, jak spędzało się go jeszcze ćwierć wieku temu – na włóczeniu bez celu, przemierzaniu kolejnych kilometrów rowerem i gapieniu w niebo. Już nie chłopcy, jeszcze nie mężczyźni, odkrywają fascynujący świat surfingu, mentorstwa oraz nieznanych dotąd przygód. I – jak można się spodziewać – to lato zmienia ich na zawsze.

Kadr z filmu „Oddech”


Oddech powstał na podstawie docenianej na świecie powieści Tima Wintona, ale tak naprawdę jest to jedna z tych historii, w której każdy z nas znajdzie coś z własnych młodych lat. Być może nie spotkaliśmy na swej drodze tajemniczego Sando (w tej roli sam Simon Baker) i jego neurotycznej partnerki Evy (rewelacyjna Elizabeth Debicki), ale wiemy, jak to jest pokonywać tę granicę pomiędzy dzieciństwem a wczesnym dorastaniem i pamiętamy te wszystkie beztroskie wakacje, gdy dom był jak hotel, a mały zagajnik za blokiem stawał się lasem pełnym przygód.

Choć brzmi to sielsko i przyjemnie, tak naprawdę Oddech nie jest lekką obyczajówką spod znaku young adult. Wolność, której smak czuje się przez cały seans to taka zasłona dymna dla wszystkich uczuć i emocji, jakie towarzyszą poznawaniu tej historii. A jest to jedna z tych opowieści, którą kieruje się do dorosłych, mających spojrzeć za siebie i zacząć wspominać, jak to z nimi było.

Australijska młodość

Szalony, zbuntowany Loonie (Ben Spence) i jego wyciszony, zdystansowany przyjaciel Pikelet (Samson Coulter) to główni bohaterowie Oddechu. Ogromny kontrast można dostrzec nie tylko między ich osobowościami, ale także tym, co daje im poznanie Sando i Evy oraz wkręcenie się w świat surfingu. Pokonywanie fal to dla jednego niesamowita przygoda i sposób na ciągłe przesuwanie własnych granic, dla drugiego – pole do walki. Do walki o własną odwagę. Jedno jest pewne – niezależnie od tego, co nimi kieruje, obaj przepadają bez reszty.

Bo jak tu nie przepaść! Przepiękne ujęcia australijskich plaż zapierają dech – mimo że całość obserwujemy zza przydymionego szkła – a majestatyczność oceanu jest tutaj tak ogromna, że jego imponującą siłę czuć zza ekranu, a co dopiero z perspektywy dzieciaka, który po raz pierwszy walczy z żywiołem. Jest w tym wolność, jest świeżość i mnóstwo emocji, dodatkowo potęgowanych przez dynamiczne ujęcia scen o charakterze sportowym.

Kadr z filmu „Oddech”

I to prowadzi nas do kolejnego kontrastu – bo rozstrzał pomiędzy surferskimi emocjami a przytłaczającą codziennością jest tutaj wręcz bolesny. Z jednej strony widzisz chłopaka przekraczającego kolejną barierę, totalnie poddającego się sile oceanu, a z drugiej – zagubionego małolata, który szuka schronienia u ludzi, którzy dopiero pojawili się w jego życiu.

Och, Eva!

Choć partnerka Sando – mentora naszych bohaterów – nie jest postacią pierwszoplanową, to właśnie ona kradnie całą uwagę widza. Z jednej strony to uosobienie chłopięcych pragnień, z drugiej – nieco przygaszona, a jednocześnie wyrachowana kobieta. Ilekroć pojawia się na ekranie, atmosfera się zagęszcza. I choć stoi na przeciwnym biegunie w stosunku do znanej z popkultury Matki Stiflera czy – robiąc ukłon w kierunku starszych widzów – pani Robinson, to jednak jej postać przywołuje mit dojrzałej kobiety działającej na wyobraźnię młodych chłopców.

W postać Evy wciela się mająca polskie korzenie Elizabeth Debicki (na marginesie wspomnę, że jeszcze bardziej rodzimym akcentem jest pojawienie się na ekranie Jacka Komana). Aktorka, którą możemy kojarzyć z „Wielkiego Gatsby’ego” czy „Nocnego recepcjonisty” doskonale potrafi oddać złożoność charakteru swojej bohaterki – jej subtelność i chimeryczność, piękno i zgryźliwość, wrażliwość i wyniosłość. Eva to dramaturgicznie doskonale napisana postać – jedna z tych kreacji, które zapamiętuje się na lata.

Kadr z filmu „Oddech”

Dla kogo Oddech?

Choć można by się spodziewać, że pełnometrażowy debiut reżyserski Bakera będzie idealną propozycją dla miłośników kina sportowego – z uwagi na hołd złożony surfingowi, przede wszystkim jest to film mocno kontemplacyjny. Dla tych, którzy lubią zatopić się w leniwej opowieści, a potem oddać poseansowej refleksji.

Niestety – choć piękne ujęcia, znakomicie dobrana ścieżka dźwiękowa, dobre aktorstwo i mnóstwo emocji oddanych na ekranie czynią ten tytuł dobrym, to nie nazwałabym go doskonałym. W swoim gatunku plasuje się blisko czołówki, ale przez nierówność narracyjną (szczególnie gdy na pierwszy plan wysuwa się postać Pikeleta) staje się jednym z tych filmów, które z czasem słabną i przestają podtrzymywać uwagę widza.

Nie zmienia to jednak faktu, że będę do Oddechu wracać, raz po raz chłonąc tę historię i odkrywając ją na nowo. Nie tylko z powodu przywoływania sentymentalnych wspomnień, ale przede wszystkim dlatego, że w piękny sposób mówi o dorastaniu i szarzyźnie życia, któremu czasem udaje się nadać sens.

 

Tytuł oryginalny: Breath

Reżyseria: Simon Baker

Rok powstania: 2017

Czas trwania: 1 godzina 55 minut

podsumowanie

Ocena
8

Komentarz

Idealna propozycja dla fanów kina kontemplacyjnego, którzy chcieliby poczuć wiatr we włosach i piasek pod stopami. Mnóstwo emocji, dużo dramaturgii, wiele powodów do zatrzymania się na chwilę. Na jesienne wieczory będzie w sam raz.
Klaudyna Maciąghttps://klaudynamaciag.pl
Za dnia copywriter, wieczorami - nałogowy gracz. Widywana albo z książką pod pachą, albo z padem w dłoni. Dużo czyta, jeszcze więcej tworzy i ogląda. Uzależnienie od popkultury, piłki nożnej i żużla zdiagnozowane już ze trzy dekady temu.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu