Koniec sagi synów Ragnara? „Wikingowie” — recenzja sezonu 6B

-

Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Historia opowiadająca o wikingach pod dowództwem Ragnara Lothbroka trwała siedem lat, czyli dość długo jak na serial. A może nawet za długo? Widzowie mieli okazję poznać wielu bohaterów, pokochać jednych i znienawidzić drugich. Czy Wikingowie pozostawili po sobie pustkę?

Mam wrażenie, że serial Wikingowie trwał wieki i ciągnął się niemiłosiernie. Zaczęłam go oglądać gdzieś na przełomie drugiego i trzeciego sezonu, a co za tym idzie, z Ragnarem i jego synami spędziłam ponad pięć lat. Był to związek burzliwy, pełen miłości i nienawiści. Teraz czuję ulgę, że już się skończył.

Droga do wielkiego finału

Zacznę od ciekawostki. Mój mąż i ja, pod wpływem wspaniałości Assassin’s Creed Valhalla, postanowiliśmy odświeżyć sobie wszystkie odcinki Wikingów. Udało nam się to dzięki uprzejmości prime video. A ponieważ wielkimi krokami zbliżał się finałowy sezon, mogliśmy być na bieżąco z serialowymi wydarzeniami.

Kadr z serialu “Wikingowie” @Netflix/Amazon Prime Video

Przyznam, że czekałam na to zakończenie i chociaż cierpiałam w trakcie rewatchu, to bardzo liczyłam na coś oszałamiającego w tych ostatnich dziesięciu odcinkach. Twórcy zostawili widza w szoku po cliffhangerze — Bjorn zraniony przez Ivara w wielkiej bitwie między Rusinami a wikingami. Trudno jest też przewidzieć, jakie będą tego konsekwencje.


Synowie Ragnara, w pogoni za własnymi marzeniami, coraz bardziej rozjeżdżają po świecie. Ubba próbuje coś zdziałać na Islandii, Bjorn jednak umiera swoją wielką śmiercią i zostawia Kattegat na rozszarpanie żonom, zaś Ivar i Hvitserk odjeżdżają razem z Olegiem do Kijowa. Odniosłam wrażenie, że wątki zamiast się scalać i rozwiązywać w sensowny sposób, zaczęły się mnożyć.

Będąc szczerą, serial zdecydowanie spadał w dół od czwartego sezonu. Irracjonalne skoki czasu, rozdrabnianie się na zbyt wiele postaci, dużo skrótów fabularnych — im dalej, tym gorzej. Podobnie wyglądał ten wielki finał, który jednym bohaterom oddał sprawiedliwość, a innym rzucił ochłapy dobrego zakończenia. Bo niby każda postać doczekała się zamknięcia swojego wątku, ale niekoniecznie potrzebnego albo zupełnie wyrwanego z kontekstu.

Te dobre momenty i te złe

Ciężko jest ocenić ostatni sezon Wikingów. Scenarzyści i twórcy tak poszaleli w piątym i pierwszej połowie szóstego, że, moim zdaniem, nie było szans na coś sensownego.

Gdybym miała wymienić bohaterów, których linia fabularna zakończyła się dobrze, to wybrałabym Ivara oraz Haralda. Dwie raczej negatywne postacie, ale do końca pozostające w ramach swojego charakteru. I tak Ivar przechodzi pewną zmianę, ale jest ona wytłumaczalna głównie za sprawą jego pobytu na Rusi. Bo kiedy musiał patrzeć na szaleństwo księcia Olega, chyba w końcu przejrzał się w lustrze i zrozumiał to, jak działa świat. A może po prostu dojrzał? Oczywiście przez połowę serialu strasznie denerwowało mnie to jego całe chodzenie — facet, który urodził się bez kości, nie może podpierać się na jednej nędznej kuli i udawać, że jest sprawny. Na sam koniec dowiedziałam się, dlaczego jego białka oczu są tak przeraźliwie niebieskie i jakie to ma konsekwencje dla samego Ivara.

Kadr z serialu “Wikingowie” @Netflix/Amazon Prime Video

Przeciwieństwem Ivara będą inni synowie Ragnara. To, jak skończył Hvitserk, okazało się dla mnie nieporozumieniem — jeśli twórcy chcieli zaszokować widza, to im się udało, ale w tym złym znaczeniu. Nie czułam, żeby jego przemiana była jakakolwiek podyktowana fabularnie. Zresztą często mi się wydawało, że scenarzyści nie mają na niego pomysłu i wplątują go we wszystko. To, że Ubba wyląduje gdzieś w Ameryce Północnej, było do przewidzenia i też nie bardzo jest co komentować. A co do Bjorna i jego żon… Twórcy powinni za to przeprosić. Pogrzebali tym cały wątek Kattegat.

I jeszcze wrócę do Haralda o pięknych włosach (tak jak mówi jego przydomek Finehair). Tym, co mnie ciągle irytowało i było tak bardzo zrośnięte z tą postacią, to fakt, że nie dało się go zabić i pozbyć. Ciągle wypływał na powierzchnię. A po jego ostatniej scenie nadal sobie nucę ulubioną piosenkę króla Norwegii i jego brata Halfdana. Wzruszyłam się też, bo było zrobione dobrze.

Pisząc jeszcze o nieudanych wątkach bohaterów, muszę wspomnieć o królu Alfredzie. Ja rozumiem, że wypadało domknąc historię anglosaskich podbojów, ale ta cała wyprawa była tak bardzo wyjęta z kontekstu. Po czasie zapomniałam już, że wikingowie ruszyli bić się w angielskich lasach. Tak przy okazji, żeby zobaczyć dobrze zagranego i wykreowanego króla Alfreda, obejrzyjcie Ostatnie królestwo (The Last Kingdom) na podstawie cyklu powieści Bernarda Cornwella.

Kadr z serialu “Wikingowie” @Netflix/Amazon Prime Video

Uff… to już jest koniec

Zawiodłam się. Cały ten rewatch przypomniał mi, jak bardzo jakość Wikingów spadała przez lata, ale łudziłam się do samego końca, że finał okaże się dobry. Nie było totalnej klapy, ale też nie mogę napisać, żeby twórcy zdziałali cuda. Duża część wątku w Kattegat okazała się zupełnie niepotrzebna, do tego sprofanowana śmierć Bjorna, której smrodek potem wlókł się do samego końca.

Te wszystkie niekonsekwencje charakterologiczne postaci. O wyciąganiu ich z worka zapomnienia nie wspominam. Jedne wątki rozwiązano za łatwo i za szybko, inne urwano i mogłoby ich nie było — nikt by nie zauważył. Wygląda to trochę, jakby twórcy planowali kolejne sezony, a potem musieli skurczyć obraz do dziesięciu odcinków.

Podsumowując, dziwi mnie, że w planach produkcyjnych jest spin-off. Mam nadzieję, że ma innych scenarzystów, bo mimo wszystko zamierzam obejrzeć Vikings: Valhalla.

podsumowanie

Ocena
5

Komentarz

Uff… Finałowy sezon jest tylko dla wielkich fanów i dla tych, co jak ja oglądali serial z sentymentu. Historia, która zaczęła się świetnie, skończyła się przeciętnie. Szkoda. Okazało się, że najlepiej napisanymi postaciami w Wikingach były te, które irytowały najbardziej.
Iwona Borkowska
Iwona Borkowskahttps://iwonamagdalena.pl/
Kobieta na emigracji. Mówi o sobie, że jest Gryzipiórką, bo nieustannie próbuje pisać. Czyta od kiedy skończyła 5 lat, najczęściej fantastykę. Ulubiona zabawa z dzieciństwa to szkoła i pisanie literek (chyba coś jej z tego zostało). Miała być dziennikarzem lub pracować w wydawnictwie — nie wyszło. Czasami stawia tarorta i chociaż bywa, że się sprawdza, to stwierdza, że jest z niej World Worst Witch. Nie może mieć czarnego kota, bo ma alergię (na wszystkie koty). Po godzinach udaje, że zna się na k-dramach.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu