Koniec i początek, przeobrażenie i powrót. „Nomen Omen. Tom 3. Gdy wali się świat” – recenzja komiksu

-

Oto wiekopomna szansa – Becky może zemścić się na królu wróżek, Taranisie, za krzywdy swoje oraz pozostałych czarownic, którym wyrwał serca. Oto leży przed nią na podłodze, zdany na łaskę oraz niełaskę miecza, magii i klątw rzucanych tak przez samą dziewczynę, jak też wszystkie towarzyszące jej duchy rodzinne. Zwycięstwo wydaje się bliskie. I wtedy zaczyna walić się świat.
Z wróżkami nie można być pewnym niczego

Unosząc miecz nad sercem Taranisa Becky nie wie, że straciła dwoje ze swoich sprzymierzeńców. Los Lady Macbeth nie jest nam do końca znany, chociaż podejrzewamy, że Medea raczej nie pozostawiła jej żadnej możliwości ratunku. Dalsza historia Fer Doiricha właściwie otwiera trzeci tom Nomen Omen, nadając nieco ton kolejnym wydarzeniom. Wróż wyruszył w ostatnią podróż, zamykając swoją od wieków powtarzaną opowieść, na samym końcu tej nowej drogi czeka jednak na niego promyk radości, nadzieja w ciemnych, mrocznych zaświatach. W tym czasie Becky, upojona wściekłością, wspierana przez duchy rodzinne, przeklina władcę wróżek na wieczne cierpienie tuż przed tym, jak Medea dokańcza magiczny rytuał, wykorzystując do niego serce bohaterki. Wprawdzie król i czarownica nie żyją, nie oznacza to końca ich historii, a Manhattan zmienia się w wymarzoną przez opowieści (wróży) Arkadię. W świecie pełnym magii, brutalności, spisków oraz ukrywania ich dzieje nie mogłyby się tak po prostu urwać – przynajmniej nie w przypadku tej posiadającej zawsze plan awaryjny dwójki.

To już koniec szalonych przygód?

Gdy wali się świat wieńczy napisaną przez Marco B. Bucciego i narysowaną przez Jacopo Camagniego serię Nomen Omen o odkrywającej w dramatycznych okolicznościach wyrwania serca magiczne uzdolnienia Rebecce Kumar. Pomysł na ten komiks jest naprawdę atrakcyjny, zwłaszcza że od pewnego czasu wywiedzione z irlandzkiego folkloru Faeries (często porównywane i łączone z Aes Sídhe albo Tuatha Dé Danann) przestały inspirować twórców do tworzenia kolejnych historii z nimi w istotnych rolach i osadzonych w znanych nam, miejskich przestrzeniach. Szczególnie w tym konkretnym medium. Równie ciekawie wypadło rozwiązanie, aby główna bohaterka cierpiała na achromatopsję – nie może widzieć kolorów. Sprawiło to, że Nomen Omen w pierwszych zeszytach był właściwie czarno-biały, aby z czasem zyskiwać barwy, gdy w grę wchodziła… magia. Pod względem kreacji tego świata, jak również wykorzystania faktu, że komiks jest medium graficznym – to naprawdę świetny zabieg łączący storytelling z grafiką.

I między innymi dlatego ostatni tom Nomen Omen nieco… „rozczarowuje” nie będzie tutaj do końca dobrym określeniem, w dużo większym stopniu zostawia nas bowiem z poczuciem ogromnego niedosytu. Nie zrozumcie mnie źle, finałowe starcie ma wszystkie te elementy, jakie powinien – jest final boss, emocjonująca walka oraz dramatyczne zwroty akcji (niekoniecznie niespodziewane, ale na pewno dramatyczne). Problem tkwi gdzie indziej – Bucci postawił na otwarte zakończenie, zawieszając nas zatem w poczuciu, że jeszcze nie wszystko zostało opowiedziane w historii o konflikcie Becky z Taranisem. Nie domyka naprawdę wielu wątków, co wywołuje tak niedosyt, jak również  irytację. Być może oznacza to, że jeszcze kiedyś powróci do Nomen Omen, ostatnie strony sugerują niestety coś innego (nadzieja umiera w końcu ostatnia). Podobnie uprawnione będzie ostrożne założenie, iż w pewnym momencie wprowadzone w poprzednich tomach wątki poboczne Bucciemu po prostu uciekły bądź zostały zepchnięte na później po to, aby zrobić miejsce dla starcia z ostatecznym przeciwnikiem.

Nie można jednak zaprzeczyć temu, że takie rozwiązanie doskonale pasuje do Nomen Omen, komiksu o magicznych, powtarzanych wciąż i wciąż na nowo opowieściach. W tym sensie otwierający ten tom zeszyt poświęcony ostatniej drodze Fer Doiricha stanowi tak klamrę, jak również trop do interpretowania finału tej historii.


Magia koloru, kolory magii

W Gdy wali się świat przeobrażeniu ulega miejska, szara rzeczywistość – pod wpływem zaklęcia Medei Manhattan przestaje istnieć, a jego miejsce zajmuje Arkadia. Ta, o której na początku drugiego tomu opowiadał Taranis, pełna niesamowitości przestrzeń zamieszkana przez wróżki, w której wszystko jest możliwe, a Fae nie muszą się już ukrywać. Spełnienie marzenia króla wróżek nie dokonało się jednak w pełni – i to nie dlatego, że mityczna czarownica źle uplotła swoje czary, a dlatego, iż niektóre budowle się mu oparły. Ich wybór właściwie nie powinien zaskakiwać, są to bowiem „miejsca opowieści”: muzea, biblioteki, księgarnie, sklepy z komiksami – wszystkie te, w których zaopatrujemy się w następne egzemplarze naszych ukochanych historii. To kolejna warstwa, w jakiej Nomen Omen zakorzenia się w świecie pozakomiksowym, a scenarzysta „puszcza do czytelników oko”, pokazując, że ta magia, o jakiej pisze, znajduje się na wyciągnięcie ręki.

Od strony graficznej Gdy wali się świat staje się tym zeszytem, który wypełniają żywe, intensywne kolory – moc Becky się przebudziła, po żmudnych naukach pod ochroną Lady Macbeth, a późniejsza przemiana Manhattanu musiała wyprzeć szarości na rzecz barw. Narysowane przez Fabio Manciniego sekwencje oniryczne jeszcze wzmacniają ten efekt. Jako w założeniu praca tylko dwóch osób, a nie, jak w przypadku superhero, całych zespołów – pojawienie się nagle stron przygotowanych przez innego ilustratora w tym, konkretnym kontekście fabularnym, to kolejne ciekawe graficzne rozwiązanie w tej serii.

To już koniec, ale jednak nie

Zakończenia serii zawsze są w pewien sposób smutne, ponieważ same z siebie oznaczają, że opowiadana w nich historia się kończy. W przypadku Nomen Omen towarzyszy temu również lekka frustracja, wynikająca z braku podomykania niektórych wątków, pozostawienia ich przez to w wiecznym zawieszeniu. W pewnym jednak sensie to też idealne zakończenie dla tej historii, w której centrum znajdują się magiczne stworzenia z opowieści, jakie ludzie powtarzali przez stulecia. Chociaż komiks się bowiem skończył, losy Becky, jej przyjaciół oraz wrogów wciąż się toczą.

Tytuł: Nomen Omen. Gdy wali się świat

Autor: Jacopo Camagni, Marco B. Bucci

Ilustrator:  Marco B. Bucci

Liczba stron: 112

Wydawnictwo: Non Stop Comics

ISBN: 978-83-8230-027-7

Więcej informacji TUTAJ

podsumowanie

Ocena
8

Komentarz

„Gdy świat się wali” kończy „Nomen Omen” – niestety. Szkoda żegnać się z tym barwnym, wciąż pełnym zagadek światem, zwłaszcza że to rozstanie wydaje się przedwczesne, a sama historia wymaga jeszcze dalszych tomów (najlepiej ze dwudziestu). Niezależnie jednak od tego, to naprawdę kawał dobrego, wróżkowego urban fantasy.
Agata Włodarczykhttp://palacwiedzmy.wordpress.com
Nie ma bio, bo szydełkuje cthulusienki.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu