Jaka piękna katastrofa! „Ostatniej nocy w Soho” – recenzja filmu

-

Reżyser Hot Fuzz i To już jest koniec tym razem przyszedł do nas z horrorem. Simona Pegga i Nicka Frosta zastąpił dwoma najjaśniejszymi punktami na nieboskłonie Hollywood: Thomasin McKenzie i Anyą Taylor-Joy. Czy Edgar Wright z kinem grozy radzi sobie równie dobrze jak z komedią?
Ważne pytanie

O Eloise – Ellie Turner – dowiadujemy się sporo już w pierwszych minutach filmu. To romantyczka zakochana w modzie, która ze starszymi osobami radzi sobie znacznie lepiej niż z młodymi. Straciła matkę w wieku siedmiu lat i prawdopodobnie cierpi na schizofrenię, bo widuje jej ducha w lustrze. Ma jednak talent, więc dostaje się do szkoły mody w Londynie, gdzie szybko salwuje się z akademika ucieczką do mieszkania pewnej podeszłej w wieku pani, bo ten okazał się środowiskiem nie dla niej (patrz zdanie numer dwa). 

I tutaj ma początek cała historia. Otóż nasza wrażliwa główna bohaterka zaczyna doświadczać wizji. Gdy zasypia, przenosi się do świata dziewczyny, która mieszkała w tym samym pokoju w latach sześćdziesiątych. Sandie urasta do rangi idolki w oczach nieśmiałej Eloise, ale jej początkowo bajkowe życie zaczyna przybierać nieprzyjemny obrót, a zdarzenia z fantazji przenikają powoli do prawdziwego życia…

Czy nocne wizje są prawdziwe? A może jednak Ellie Turner straciła poczucie rzeczywistości?

Naciesz oczy

Tym co absolutnie zachwyciło mnie w tym filmie, jest estetyka noir, ta kolorystyka i zdjęcia; zwłaszcza podczas wizji Ellie, gdy przenosimy się do lat sześćdziesiątych. Ostatniej nocy w Soho to przepięknie zrealizowany pod tym względem tytuł. Mamy tutaj też wspaniałe kostiumy – swoją drogą bardzo ważna część samej historii – i Londyn w wersji sprzed drapaczy chmur, jak i po. 


Bez dwóch zdań, wizualnie Ostatniej nocy w Soho dostaje dziesięć na dziesięć punktów. Można tu się przyczepić do wielu rzeczy, ale to jest kwestia bezsporna. 

Gwiazdy

Thomasin McKenzie po Jojo Rabbit i Anya Taylor-Joy po Gambicie królowej zyskały światową sławę i w produkcji Edgara Wrighta udowadniają, że bardzo zasłużenie. Gdy filmowa Sandie jest na ekranie, nie da się oderwać od niej oczu. Może to kwestia jej stylu, wspaniałego makijażu czy po prostu zręcznej gry kamery, ale kradnie każdą scenę. Eloise również została bardzo dobrze zagrana. Oddaje emocje, nawet gdy biega po klubach lat sześćdziesiątych w samej piżamie, a zdarza się to dość często, bo nikt jej w wizjach nie przebiera.  

Horrorowe bum-bum!

W Ostatniej nocy w Soho nie uświadczysz ścieżki dźwiękowej rodem z horrorów, ale za to dostaniesz przekrój najlepszych kawałków z lat sześćdziesiątych. Dla fanów to prawdziwa gratka, ale ja – jako osoba całkowicie neutralna, jeśli chodzi o ten okres w historii muzyki – również byłam oczarowana. W jakiś sposób w pewnym momencie podbijało to klimat grozy, bo niosło ze sobą wszystkie te niepokojące emocje, które podążały za Sandie… 

Do biblioteki czas! 

To jest recenzja bez spojlerów, ale zdradzę wam, gdzie mniej więcej film zaczął z cudownie intrygującego stawać się lekko żenującym… W bibliotece.

Oczywiście czy byłaby to szatnia, czy ulica nie ma to żadnego wpływu na fabułę. Chodzi o to, że do pewnego momentu Ostatniej nocy w Soho jest tak zachwycające, że sądziłam, iż zostanie moim ulubionym filmem tego roku. Wtedy jednak twórcy uderzają w nieodpowiednią strunę i wszystko zaczyna się sypać jak domek z kart. Dopóki był to thriller psychologiczny z elementami noir, oglądało się go cudownie. A potem Edgar Wright postanowił iść w horror – w końcu to jest kino grozy, czyż nie? – ale niestety wybrał sobie taki klasy „S”, gdzie podczas seansu wszyscy są lekko zażenowani. 

Zakończenie

Według mnie – proszę pamiętać, że to subiektywna recenzja – zakończenie dostajemy tu wyjątkowo kompromitujące. Ostateczny twist jest bardzo ciekawy, ale zrealizowany w taki sposób, całkowicie traci na znaczeniu, bo ja jako widz miałam tylko ciarki żenady i nic na to nie mogłam poradzić. W pewnym momencie, chociaż to horror, chciało mi się śmiać. Jestem pewna, że nie takie było zamierzenie twórców. 

Jaka piękna katastrofa

Ostatniej nocy w Soho to przecudnie nakręcony film. Znalazłoby się pewnie z tysiąc kadrów, które idealnie nadawałaby się na tapetę na telefon. Mamy tu też fantastyczną ścieżkę dźwiękową, wspaniałych aktorów i oszałamiający klimat. I do pewnego momentu mamy też ciekawą historię… Niestety ta mniej więcej po trzech czwartych seansu zamienia się w typowy horror, gdzie najważniejszą kwestią jest wystraszenie widza, a cała reszta schodzi na dalszy plan.

Och, gdyby Edgar Wright poszedł w thriller psychologiczny, gdyby odpuścił sobie to kino grozy klasy S i skupił na tym, co tak dobrze mu szło przez większą część filmu! To byłby wspaniały seans. A tak mamy pięknie zrealizowaną katastrofę. Ogląda się to dobrze, owszem, ale żal ściska serce za ten stracony potencjał. 

Tytuł oryginalny: Last night in Soho

Reżyseria: Edgar Wright

Rok światowej premiery: 2021

Czas trwania: 1 godzina 56 minut

podsumowanie

Ocena
5,5

Komentarz

Oceniając jako horror, bardzo dobry, ale jako film ogólnie to niestety rozczarowanie. Tym większe, że początek jest świetny.
Maddie Pawłowska
Miłośniczka historii wszelkiej maści i faktury. Tak zabawna, że śmieje się ze swoich żartów najgłośniej. Ma tatuaż Slytherina na pół uda i tyle pieniędzy wydaje na książki, że nie stać jej już na narkotyki.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu