Jak tu pięknie, jak tu nudno. „Paradise Lost” – recenzja gry

-

Znasz to uczucie, gdy sięgasz po butelkę z ulubionym napojem, a w środku zastajesz wodę? Albo kiedy pudełko po lodach okazuje się przechowalnią dla koperku? No to tak mniej więcej wygląda zderzenie z Paradise Lost. Znajdujesz piękne jajo, a kończysz z wydmuszką.

Od pierwszych minut rozgrywki byłam zachwycona, bo wizualnie produkcji studia PolyAmorous absolutnie niczego nie można zarzucić. Trafiamy do gigantycznego nazistowskiego bunkra pełnego kolorów, detali, dzieł sztuki i tajemniczych zakamarków. Interaktywna opowieść snuta w specyficznym klimacie apokalipsy początkowo wydawała mi się niesamowicie ciekawa.

Tym bardziej że cały koncept dotyczy alternatywnej rzeczywistości po II wojnie światowej, co już samo w sobie jest intrygujące i przyciągające. Niestety z czasem ujawniają się coraz liczniejsze problemy debiutu polskiego studia, które utrudniają rozgrywkę.

Screen z gry

Ale też warto zaznaczyć, że nie żałuję tych kilku godzin spędzonych przy Paradise Lost i będę polecać sprawdzenie jej. Kto wie, może gdy gracz zawiesi poprzeczkę nieco niżej, dużo lepiej odbierze to, co zostało nam zaserwowane?


Ale historia jest ciekawa

W trakcie rozgrywki wcielamy się w postać dwunastoletniego Szymona, który podczas przemierzania bunkra odkrywa jego historię, a przy okazji dowiaduje się coraz więcej o swojej rodzinie. Służą do tego porozrzucane tu i ówdzie listy, wycinki z prasy, notatki i inne drobiazgi. Dzięki temu powoli klaruje nam się fabuła. Bardzo ciekawa, zresztą.

To właśnie ona – obok wspomnianej wcześniej warstwy wizualnej – jest dla mnie najmocniejszym punktem Paradise Lost. Przerobiłam już parę symulatorów chodzenia i pod względem treści jako takiej produkcja studia PolyAmorous wypada lepiej niż wiele z nich. Pomysł na opowieść naprawdę mi się podoba i choćby dla niej warto tę grę polecać.

Screen z gry

Z góry jednak uprzedzę, że wyraz „gra” może być tutaj używany nieco na wyrost. Nie czekają na nas bowiem żadne wyzwania – chociażby zręcznościowe – a wpływ na przebieg fabuły jest tylko złudzeniem. Owszem, w dialogach wskazujemy odpowiedzi bohatera, które w teorii powinny oddziaływać na to, co się z nim stanie, ale te różnice są tak nieznaczne, że opcję wyboru kwestii wprowadzono chyba jedynie po to, żeby cokolwiek się działo i aby zachować pozory, iż w ogóle mamy do czynienia z grą.

Screen z gry

Nie to jest jednak w tym wszystkim najgorsze. Największą zbrodnią Paradise Lost okazuje się tempo rozgrywki.

Screen z gry

Nie spać, zwiedzać!

Mroczne zakamarki i klimatyczne lokacje sprawiają, że naprawdę chce się przez tę opowieść przejść. Tyle że z czasem powolność (a raczej: pooowooolnooość!) postaci staje się tak irytująca, iż pozostaje nam walczyć z uporczywym pragnieniem przymknięcia powiek i odpłynięcia w wielki sen. Autentycznie!

Jestem przekonana, że szybciej poruszałam się dwa dni po wstawieniu nowego więzadła w kolano niż robi to żwawy dwunastolatek w Paradise Lost. Tryb biegania w tej grze podsumowałabym jedynie sformułowaniem „śmiech na sali”, bo od chodzenia nie różni się on właściwie niczym. No, może odrobinę, ale nie na tyle, by zmieniało to w jakikolwiek sposób jakość rozgrywki.

Screen x gry

I chociaż rozumiem, że we współczesnym świecie jesteśmy zabiegani i nie lubimy spowolnień – czemu mogliby chcieć przeciwstawić się twórcy Paradise Lost – ale nie wyszło im to dobrze.

Screen x gry

To zresztą niejedyny grzech tego tytułu. Zupełnie bez żadnego uzasadnienia dialogi tworzone są z połączenia polskiego i angielskiego języka, w dodatku wypowiadane tak beznamiętnie, że syntezator mowy Ivona po wypiciu ćwiartki wódki zrobiłby to lepiej. Naprawdę – mamy tu zachwycające lokacje, świetną fabułę i niesamowicie klimatyczną opowieść, a wypowiedzi bohaterów brzmią jak niedopracowane, pozbawione emocji strumienie słów. Rozumiałabym to tylko wtedy, gdyby lektorzy wcześniej brnęli ślamazarnym tempem przez Paradise Lost i na czas swojej pracy byli wyrywani z głębokiego snu. Tak, to miałoby sens.

Screen z gry

I tak polecam

Jeśli lubisz chodziki, gry w ponurym klimacie, niespieszne odkrywanie najróżniejszych zakamarków albo po prostu interesujesz się historią i zastanawiasz czasem, co by było, gdyby, to Paradise Lost będzie dla ciebie dobrym wyborem. Niezbyt dynamicznym, porywającym czy ekscytującym, ale godnym uwagi. Dla klimatu, dla fabuły, dla kilku refleksji nad tym, co się nie stało, ale mogło – naprawdę warto.

  • Specyficzny, mroczny klimat
  • Różnorodność lokacji i dbałość o najmniejsze detale;
  • Ciekawa fabuła, którą składamy w całość na podstawie porozrzucanych tu i ówdzie strzępków opowieści

  • Mało akcji i interakcji

  • Powolne tempo

  • Pozbawione emocji głosy lektorów

  • Niewiele grywalnych elementów

podsumowanie

Ocena
6

Komentarz

„Paradise Lost” jest niezbyt ekscytującym, ale za to ciekawym symulatorem chodzenia, osadzonym w alternatywnej rzeczywistości kilka dekad po zakończeniu II wojny światowej. Nie porywa, jednak daje do myślenia i ma swoje plusy. Warto sprawić, czym zadebiutowało studio PolyAmorous i trzymać kciuki, by każda ich kolejna realizacja oferowała nam jeszcze więcej.
Klaudyna Maciąghttps://klaudynamaciag.pl
Za dnia copywriter, wieczorami - nałogowy gracz. Widywana albo z książką pod pachą, albo z padem w dłoni. Dużo czyta, jeszcze więcej tworzy i ogląda. Uzależnienie od popkultury, piłki nożnej i żużla zdiagnozowane już ze trzy dekady temu.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu