Gdy nie jesteś głównym bohaterem. „Free Guy” – recenzja filmu

-

W Polsce starym, sprawdzonym przepisem na kinowy hit są komedie romantyczne. Kojarzycie zapewne plakaty z białym tłem, z których uśmiechają się zazwyczaj Piotr Adamczyk i Małgorzata Socha: budżet takiej produkcji na pewno się zwróci. Hollywood jednak jako „pewniaka” w ostatnim czasie obstawia filmy akcji ze zdrową ilością mało wyszukanego humoru. Dużo wybuchów, strzelanin i pościgów, parę żartów o delikatnym podtekście, wątek miłosny także nie zaszkodzi.
Przepis

Ponadto obsadzie przewodzić musi aktor najwyższej urody, lubiany, znany z podobnych ról oraz swego poczucia humoru. Fabuła musi być nieskomplikowana, tak by statystyczny widz nadążył za jej przebiegiem, choć kilka zwrotów akcji to wręcz obowiązek. A wszystko to przyprawione mnóstwem efektów specjalnych oraz ścieżką dźwiękową złożoną z popowych piosenek. Prawdopodobnie domyślacie się już, do czego zmierzam: Free Guy wpisuje się w powyższy schemat wręcz idealnie. Jednakże małe odstępstwa od utartej ścieżki spowodowały całkowicie inny niż zazwyczaj efekt końcowy.

Ryan Reynolds jako Guy cieszy się spokojnym życiem we Free City. Każdego dnia wstaje, je płatki na śniadanie, ubiera niebieską koszulę i wyrusza do pracy. Po drodze oczywiście wstępuje po ulubioną kawę, plotkuje z przyjacielem… Tę codzienną sielankę zakłócają jedynie „Bohaterowie”: ludzie w specjalnych okularach. Bezkarnie demolują miasto, kradną, strzelają do wszystkiego, co się rusza – nikt nie ma z tym najmniejszego problemu. W końcu to gracze, a cały świat to ich wirtualny plac zabaw, gdzie mogą robić, co tylko zechcą. Guy, podobnie jak jego znajomi, jest natomiast jedynie nieświadomym dodatkiem, jednym z wielu NPC wypełniających swe rutynowe działania. Do czasu aż spotyka na ulicy piękną nieznajomą i zdobywa wspomniane szkła, pozwalające mu ujrzeć „prawdę”. A przynajmniej jej część.

Kadr z filmu „Free Guy”/© 20th Century Studios Polska

Skrzypi

Choć Free Guy zapowiadał się na typowy komediowy akcyjniak ze znaną twarzą na plakacie, udało mu się wyrwać z utartego schematu. Paradoksalnie, wciąż się w niego wpasowuje. Weźmy na przykład aktorów – Ryan Reynolds, przystojny i zabawny, no po prostu ideał do tej roli. Przez większość czasu można odnieść nawet wrażenie, że jest tylko sobą, wcale nie musi grać. Jako aktor został wrzucony w pewne ramy, zaakceptował je jednak w pełni i stara się pokazać swe zdolności pomimo pozornych ograniczeń. Jego ekranowa partnerka, Jodie Comer jako Milly, dotrzymuje mu kroku. Nie robi tu tylko za ozdobę: ośmielę się stwierdzić, iż ma nawet trudniejsze zadanie od protagonisty. Jej rola bowiem jest podwójna – postać w realnym świecie a jej awatar we Free City różni nie mało, choć w teorii to ta sama osoba.


Ogólnie rzecz biorąc, we Free Guy mamy całkiem sporo bohaterów i zdecydowana większość z nich potrafi przyciągnąć uwagę widza. A czasu na to niewiele, bo fabuła pędzi do przodu, w dodatku trzeba gdzieś zmieścić te wszystkie pościgi i wybuchy. Muszę wspomnieć choćby o świetnym występie Taiki Waititiego, jako żądnego zysku właściciela studia, oraz Lila Rela Howeryma, który swym ekranowym połączeniem Kevina Harta oraz Michaela Penii wciąż powodował uśmiech na mej twarzy.

Zgrzyta

Sama historia, mogłoby się wydawać, nie wnosi do światowego kina nic nowego. Ale przecież nie musi: znajdziecie tu elementy Matrixa, Dnia Świstaka, Ready Player One, Lego Przygody, The Truman Show, jest nawet miejsce dla odrobiny Incepcji. Ale rosół to nie to samo co spaghetti tylko dlatego, że jedno i drugie ma w składzie makaron. Free Guy w kwestii oprawy audiowizualnej stoi na wysokim poziomie, standardowym wręcz jak przystało na tak duże studio. Stara się więc zaskoczyć widza treścią, choć zwiastun produkcji wcale tego nie zapowiadał. Dostajemy scenariusz bez większych dziur (oczywiście kilka zawsze się znajdzie), wiarygodnych bohaterów oraz fabułę, która nie służy tylko do rozrywki. Nagle dosłownie znikąd pojawiają się pytania o sztuczną inteligencję, sens życia, podejście ludzi do przemocy, przyjaźń, miłość… Momentami film zmieniał się z pozornie lekkiej komedii przepełnionej akcją w psychologiczny dramat. Kto by pomyślał, że pomiędzy eksplozjami znajdzie się tu miejsce na dialog mający głębsze znaczenie – nie tylko służący wewnętrznej historii, ale także skłaniający do przemyśleń już po seansie. Tu mała dygresja: serdecznie nie pozdrawiam pana, który wraz z synem siedział tuż obok mnie w kinie. Chichotali się oni podczas najbardziej wzruszających i poruszających momentów filmu: pamiętajcie, to, że ktoś odniósł obrażenia fizyczne, nie zawsze jest śmieszne.

Kadr z filmu „Free Guy”/© 20th Century Studios Polska

Pęka

Schemat typowego blockbustera rozpada się całkowicie, gdy uzmysłowicie sobie miejsce akcji: pełnoprawna, współczesna gra komputerowa typu mutliplayer z otwartym światem, typu GTA Online. Nagle każda scena staje się możliwa, nieważne, jakie pokłady absurdu w sobie zawiera. Kostiumy? Im bardziej kreatywne, tym lepiej. Nawiązania do popkultury? Obowiązkowe! Zwłaszcza do uniwersów Marvela i Star Wars, skoro właścicielem 20th Century jest Disney. Do tego jeszcze zatrudnijmy kilku prawdziwych youtuberów/streamerów i proszę: powstało coś, czego się nie spodziewałem. Naprawdę dobry film.

Na koniec jedno „ale”, góra dwa. Jeśli nie interesują cię gry komputerowe (ponieważ powodują przemoc, wiadomo), nie wiesz co to Fornite i uważasz, że zabójstwa awatarów online to przestępstwo, daruj sobie ten seans, ok? Zepsujesz zabawę reszcie sali ciągłymi westchnięciami pełnymi oburzenia. A jeśli już wybierzesz się na Free Guya, dotrwaj do końca i zwróć uwagę na puentę całej historii. Reszcie widowni gwarantuję, iż twórcy wiedzą, że nie tak wygląda programowanie oraz sterowanie wirtualnymi postaciami. Po prostu przymknijcie oko na te małe fabularne uproszczenia.

 

Tytuł oryginalny: Free Guy

Reżyseria: Shawn Levy

Rok premiery: 2021

Czas trwania: 1 godz. 55 min.

podsumowanie

Ocena
8

Komentarz

Akcja, masa humoru, wybuchy, pościgi, miłość, poświęcenie, walka dobra ze złem, nawet miejsce na niegłupi morał się znalazło. No i oczywiście jest przystojny Ryan Reynolds: czegóż chcieć więcej?
Przemysław Ekiert
W wysokim stopniu uzależniony od popkultury - by zniwelować głód korzysta z książek, filmów, seriali i komiksów w coraz większych dawkach. Popijając nowe leki różnymi gatunkami herbat, snuje głębokie przemyślenia o podboju planety i swoim miejscu we wszechświecie. Jest jednak świadomy, że wszyscy jesteśmy tylko podróbką idealnych postaci z telewizyjnych reklam.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu