Esencja zemsty. „Hrabia Monte Christo” — recenzja mangi

-

A teraz — rzekł nieznajomy — żegnaj mi, dobroci, żegnaj, wdzięczności… Żegnajcie, ludzkie uczucia, radujące serce! Odegrałem rolę Opatrzności, aby wynagrodzić dobrych… a teraz niechaj bóg zemsty ustąpi mi miejsca, bym mógł pokarać złych!

Hrabia Monte Christo, Aleksander Dumas

Bratnia dusza

Powyższy cytat mógłbym przytoczyć z pamięci o każdej porze dnia i nocy, nawet wybudzony z głębokiego snu. Powiedzieć, że jestem fanem przygód hrabiego Monte Christo, to tak, jakby nazwać miłość Romea i Julii „przelotnym zauroczeniem”. Często powracam do tej powieści, mam swoje ulubione rozdziały i sceny, nie potrafiłbym zliczyć, ile razy przeczytałem ją od deski do deski. Z pewnością zrozumiecie więc mój wybuch radości, gdy odnalazłem kogoś, kto podziela moje zamiłowanie do twórczości Aleksandra Dumasa. Ena Moriyama, bo o niej tu mowa, postanowiła jednak przedstawić tę historię w nieco inny sposób: jako mangaka, miała ku temu znakomitą okazję. Niestety, wydawca postawił warunek: całość musi zmieścić się w jednym tomiku. I w ten sposób autorka mang przerodziła się w czarodziejkę, zmieniając ponad tysiąc stron drukowanego tekstu w dwanaście komiksowych rozdziałów. Oczywiście, nie mogło obyć się bez pewnych… komplikacji.

Inspiracja czy kopia?

To ostatnie miejsce, by ostrzec was o ewentualnych spoilerach kryjących się w dalszej części recenzji. Świat po raz pierwszy usłyszał o Edmundzie Dantesie w 1884 roku, mieliście więc dość czasu, by się z nią zapoznać. Ale pora skupić się nie na treści historii, ale na sposobie jej przedstawienia. A ten jest dość intrygujący. Nic w tym jednak niezwykłego, zderzenie dwóch kultur – w tym przypadku europejskiej i japońskiej – zazwyczaj niesie ze sobą ciekawe rezultaty. Kreska przyciąga spojrzenie, jest miła dla oka i w pełni czytelna, jednak nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym. Zdecydowana większość męskich postaci nie grzeszy brzydotą, paniom zdarza się od czasu do czasu przywdziać suknię z odrobinę zbyt głębokim dekoltem. Najlepszym potwierdzeniem powyższych twierdzeń jest już sama okładka. Nie zrażajcie się jednak: jej wnętrze nie skrywa nic niewłaściwego czy też obrazoburczego. A przynajmniej nie więcej, niż pierwotna historia o Hrabim Monte Christo. Ena Moriyama nie uznała bowiem za odpowiednie w jakikolwiek sposób poprawiać Aleksandra Dumasa, i bardzo mnie ten fakt cieszy. Manga wiernie trzyma się głównych wątków oryginalnej historii, nierzadko przenosząc na swe strony konkretne sceny czy też dialogi. Drastyczne zmniejszenie objętości nie obyło się jednak bez konsekwencji.

Niektóre postacie oraz zdarzenia z nimi związane zostały usunięte z fabuły całkowicie, część przygód ograniczono do krótkich relacji lub podsumowań. Udało się przy tym uniknąć spłycenia pozostałych bohaterów, zachowując miejsce na ich motywacje. Oczywiście, opowieść skupia się przede wszystkim na Edmundzie Dantesie, mimo to mamy szansę, podobnie jak w książce, spojrzeć na świat oczami zrozpaczonej Mercedes lub zakochanej Hayde. Pomaga w tym także oprawa graficzna, w prosty sposób ukazując emocje i pozwalając utożsamić się z uczuciami danej osoby. Przeszkadzać w tym może jedynie natłok wydarzeń. Akcja całości musiała zamknąć się w jednym tomie, nie ma więc czasu ani na chwilę oddechu. Jeśli już rozpoczniecie lekturę, nic nie będzie w stanie was od niej odciągnąć. Pozostaje tylko jeden problem: lepiej przeczytać mangę przed książką czy może odwrotnie? Cóż… ciężko stwierdzić. Zaznajomionych z powieścią,  z pewnością zainteresuje jej graficzne przedstawienie. Natomiast czytelników, którzy po raz pierwszy spotkają Hrabiego, komiks prawdopodobnie zmotywuje do sięgnięcia po oryginał. Same plusy – nic, tylko czytać!


Herbata

Na zakończenie pozwolę sobie na dość osobisty wywód. Moja babcia, gdy przyjeżdżaliśmy do niej w odwiedziny, zawsze parzyła nam herbatę. Przygotowywała ją jednak w niecodzienny sposób: do małego, porcelanowego czajniczka sypała drobno zmielone liście, a następnie zalewała je letnią wodą. Całość stawiała na płytowym piecu, opalanym drewnem. Najwcześniej po dwudziestu czterech godzinach napar był gotowy: do szklanki nalewała mniej więcej naparstek owej esencji, po czym zalewała go wrzątkiem. Gdy przeczytałem „posłowie” autorki, zrozumiałem, iż wpadła ona na podobny pomysł. Blisko dwustuletnią historię o zemście, miłości i odkupieniu przez bardzo długi czas gotowała na wolnym ogniu, odparowując mniej istotne wątki. Powstały ekstrakt zalała ponad trzystoma stronami grafik, dodając przy tym łyżeczkę słodkiego, japońskiego stylu. Już dawno nie czytałem czegoś tak pysznego.

 

Tytuł: Hrabia Monte Christo

Autor: Ena Moriyama

Wydawnictwo: Waneko

ISBN: 978-83-8096-409-9

podsumowanie

Ocena
9

Komentarz

To wciąż to sama wspaniała historia, tyle że w całkiem nowym, przyjemnym dla oczu wydaniu. Czapki z głów dla autorki: pomimo tak niewielu dostępnych stron, zamknęła w nich prawdziwy ogrom treści.
Przemysław Ekiert
W wysokim stopniu uzależniony od popkultury - by zniwelować głód korzysta z książek, filmów, seriali i komiksów w coraz większych dawkach. Popijając nowe leki różnymi gatunkami herbat, snuje głębokie przemyślenia o podboju planety i swoim miejscu we wszechświecie. Jest jednak świadomy, że wszyscy jesteśmy tylko podróbką idealnych postaci z telewizyjnych reklam.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu