Dramat z przeszłości. „Czarna Wdowa” – recenzja filmu

-

Choć kina zostały otwarte już jakiś czas temu, ja wciąż przekładałem swój pierwszy od dawna seans przed dużym ekranem. Jako fan MCU trwałem w postanowieniu, iż filmem, na jaki się wybiorę po lockdownie, będzie kolejna część uniwersum. Marvel starał się umilić mi ten czas serialami (swoją drogą, całkiem niezłymi), choć do pełni szczęścia brakowało mi jeszcze serwisu Disney+ w Polsce. Lecz wreszcie stało się, wczorajszy wieczór spędziłem z Czarną Wdową.
Czy było warto czekać tak długo? Cóż…
Klasyka

Zasadniczo każdy, kto widział którykolwiek zwiastun, zna lwią część fabuły filmu. Na szczęście jednak główne plot twisty zostały zachowane w tajemnicy, więc zapewne kilka razy zdarzy wam się unieść brwi w wyrazie zdziwienia. Po krótce: Natasza, w konsekwencji swych działań, znanych fanom z filmu Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów, żyje na wygnaniu. Uciekając przed wymiarem sprawiedliwości, spotyka swoją młodszą siostrę, z którą straciła kontakt dawno temu. Oczywiście to nie przypadek: szybko okazuje się, że to dopiero początek rodzinnych powrotów – wszystko, by zapobiec dalszym szkoleniom nowych „Wdów”.

Kadr z filmu Czarna Wdowa ©Marvel

Nic zaskakującego, trailery przygotowały nas na fabułę tego rodzaju. Fani powinni być także świadomi głównej bolączki produkcji typu spin-off (choć to chyba bardziej interquel, ale mniejsza o terminologię): to już się wydarzyło. Akcja filmu dzieje się w przeszłości uniwersum, wszyscy więc wiedzą, że główny bohater wyjdzie z tego cało. Na nic podbijanie napięcia uwięzieniem, brutalną walką z przytłaczającą liczbą przeciwników czy ucieczką z płonącego samochodu/samolotu/stacji kosmicznej – niepotrzebne skreślić. Widać u twórców ewidentne rozdarcie w tej kwestii: zazwyczaj są świadomi tego ograniczenia, ale czasem wciąż próbowali mnie przekonać, że życie oryginalnej Czarnej Wdowy jest zagrożone.

Pomysł

Zostańmy jeszcze chwilę przy fabule: przyznaję, nie jest najgorsza. Gdyby była to na przykład krótka animacja, albo chociaż opowiadanie w formie e-booka, prawdopodobnie zostałaby znacznie lepiej odebrana. Twórcy postawili jednak na gatunkowy miks romansu z dramatem, choć marketing produkcji kierował się raczej ku typowemu filmowi akcji. Zaskoczyłem się więc liczbą dialogów, wspomnień i łez bohaterów podczas seansu. Niespodzianka, ale jak najbardziej pozytywna. Na oklaski zasługują zwłaszcza pomysłodawcy scen pod napisy początkowe (które zrozumie się dopiero po zakończonym seansie) oraz „wstępnej sekwencji rodzinnej”. Ta druga bardzo szybko i mocno wprowadziła mnie w klimat całej produkcji.


Kadr z filmu Czarna Wdowa ©Marvel

W przeciwieństwie do głównego antagonisty – generała, którego nazwiska i tak nikt nie zapamięta. Jak widz ma uwierzyć w złowieszczość danej postaci, skoro w pierwszej scenie pojawia się na ekranie w ortalionowym dresie, złotym łańcuchu i czarnych okularach? W dodatku z wąsem i posturą memicznego Janusza. Po kilkunastu latach oczywiście zakłada garnitur, ale jego osobowość jako „głównego złego” wciąż pozostawia wiele do życzenia. Podobnie zresztą jak charaktery reszty postaci.

Tłok i cisza

Nie mogę przyczepić się do warsztatu aktorskiego żadnego z bohaterów. Grają tak, jaki dostali scenariusz; obawiam się więc, że w dłuższej perspektywie niewiele widzów ich zapamięta. Choć prawdopodobnie powrócą, nawet epizodycznie, w kolejnych produkcjach MCU, uważam ich potencjał za zmarnowany. Zwłaszcza Taskmastera, którego rola właściwie sprowadziła się do dwóch sekwencji walk oraz spowodowania kolejnych łez u Nataszy. Na pewno większego rozwoju postaci możemy spodziewać się po jej młodszej siostrze: scena po napisach ewidentnie to sugeruje. Choć mam nadzieję, że dalsze losy Yeleny nie potoczą się w tak oczywisty sposób, jaki rysuje to zakończenie filmu.

Soundtrack nie istnieje. Oczywiście coś tam w tle sobie pogrywa: smutne kawałki podczas wspomnień, szybkie, gdy nadciąga starcie, a wzniosłe, a’la radzieckie, nuty specjalnie dla rosyjskiego Kapitana Ameryki, Red Guardiana. Ale nic z tego nie zostanie wam w pamięci na dłużej niż pół godziny po wyjściu z kina.

Kadr z filmu Czarna Wdowa ©Marvel

Efekty specjalne są na standardowym poziomie Marvela, czyli dość wysokim. Czasem jednak w oczy rzuci się dziwnie wyglądająca eksplozja lub salto Czarnej Wdowy w pełni stworzone przez zespół od CGI. Dlaczego poskąpiono wypłaty kaskaderom i dublerom w tych kilku scenach? Nie mam pojęcia.

Jedziemy dalej

I tak oto, co prawda ze sporym opóźnieniem, fani w końcu dowiedzieli się, co porabiała Natasza Romanoff tuż po Wojnie Bohaterów. Tego filmu potrzebowała także jej postać: została ostatecznie uczłowieczona i obdarta z roli „dobrze wyglądającej w obcisłym kostiumie agentki”, którą zadebiutowała w Iron Manie 2. Produkcji daleko do ideału, ale to całkiem niezły film: oprócz eksplozji i pościgów, zawiera też troszkę przemyśleń co do znaczenia rodziny podczas samotnego życia. Podczas seansu bawiłem się całkiem nieźle, choć niestety muszę przyznać, że nie będę wracał do Czarnej Wdowy zbyt często. Ale hej, na pewno nie jest gorsza niż Thor: Mroczny Świat, a to już spory sukces.

No i wreszcie wiemy, co wydarzyło się w Budapeszcie.

 

Tytuł oryginalny: Black Widow

Reżyseria: Cate Shortland

Rok premiery: 2021

Czas trwania: 133 minuty

podsumowanie

Ocena
6

Komentarz

Malutki kamyczek dla budowy gmachu MCU, mimo to znacznie rozwija pomijaną dotąd postać Czarnej Wdowy.
Przemysław Ekiert
W wysokim stopniu uzależniony od popkultury - by zniwelować głód korzysta z książek, filmów, seriali i komiksów w coraz większych dawkach. Popijając nowe leki różnymi gatunkami herbat, snuje głębokie przemyślenia o podboju planety i swoim miejscu we wszechświecie. Jest jednak świadomy, że wszyscy jesteśmy tylko podróbką idealnych postaci z telewizyjnych reklam.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu