Dni pełne wspomnień. „The Promised Neverland. List Normana” – recenzja light novel

-

O czym myślał Norman, oczekując dnia swojej rzekomej wysyłki? Gdy Emma leżała w sali medycznej ze złamaną nogą, a on musiał grać przed rodzeństwem, jak bardzo cieszy go perspektywa zamieszkania z nową rodziną? Co zaprzątało jego głowę w czasie pisania listu z wyjaśnieniami planu ucieczki? Odpowiedź na te pytania znajdziemy w light novel autorstwa Nanao, The Promised Neverland. List Normana, która ukazała się w Polsce nakładem Waneko.
Słodko-gorzki nurt wspomnień

Siedząc w ogrodzie otaczającym Grace Field House, Norman tworzy powoli list, w którym wykłada dokładnie wymyślony przez siebie plan ucieczki – pozwalający uratować wszystkie dzieci z sierocińca. Obok niego siedzi młodsza siostra, nieświadoma ciążącego na niej wyroku, pogrążona w prostej radości rysowania otaczającego świata. Dziewczynka od czasu do czasu zagaja, przywołując wspomnienia z dzieciństwa – to, gdy byli jeszcze dość mali i starsze dzieci naopowiadały, że widziały w nocy ducha, co bardzo wystraszyło Gildę, więc Emma koniecznie musiała go znaleźć i poprosić, aby nie nawiedzał młodszej siostrzyczki. Dlatego uparła się, aby przeprowadzili śledztwo, znalazła sobie nawet do tego lupę. Albo wspomnienie z czasu, jak Norman poważnie zachorował, zmoknąwszy w czasie poszukiwań zagubionej, ulubionej chusteczki przyjaciółki. Wtedy właśnie po raz pierwszy widział Emmę płaczącą. Na myśl przyszła również ich niewielka przygoda, gdy znaleźli w krzakach rannego ptaszka, a jego gniazda nie było widać nigdzie w okolicy, dlatego zabrali go do Grace Field House, aby mógł nabrać siły. Mały Ner szybko stał się ulubieńcem całego sierocińca, nawet niedługo mającej ich opuścić starszej, empatycznej Susan. Czy, wreszcie, to jedno wspomnienie, świadczące o tym, jak bardzo Norman był kochany przez swoje przybrane rodzeństwo, któremu w końcu udało się przechytrzyć Normana. A to niełatwy wyczyn.

Kolejne puzzle do układanki

List Normana żadną miarą nie kontynuuje przygód dzieci hodowlanych, to wycinki ze wspólnej przeszłości Emmy, Raya i Normana, a tytuł został pomyślany raczej jako zbiór luźno powiązanych historii niż spójna całość. Na dodatek nie zawsze opowiadane są one z punktu widzenia tego ostatniego bohatera, co mógłby sugerować prolog, jednak we wszystkich jest on istotną postacią.

>> Polecamy: Gra w kotka i myszkę o wszystko. „The Promised Neverland” – recenzja mang 1–5 <<

Podobnie jak w mandze, tak i tutaj od czasu do czasu następuje zmiana narracyjnego głosu – i tak czasem czytamy o rozterkach Emmy, Raya czy innych dzieci, które pojawiły się epizodycznie w komiksie, a my, jako czytelnicy, niewiele o nich wiedzieliśmy. Nanao umieszcza zatem swoje historie w przeszłości Normana, gdy nie miał jeszcze świadomości, jaki jest rzeczywisty cel Grace Field House i jaką rolę odgrywa w nim Izabella. Jednak poza czasem zabaw oraz prostych, dziecięcych przyjemności, autor nie ucieka od bardziej skomplikowanej perspektywy Raya – dla przypomnienia, ten bohater poznał prawdę dotyczącą „adopcji” najwcześniej ze wszystkich i zachował tę wiedzę dla siebie, targując się z opiekunką, żeby zyskać dość czasu, aby dopracować plan ucieczki i uratować siebie oraz rodzeństwo. A tak piekielnie inteligentnemu dziecku nie mogło być w końcu łatwo. W kolejnych opowiadaniach Nanao podkreśla również cechy Emmy, tłumacząc takie, a nie inne zachowanie dziewczynki od czasu ucieczki z Grace Field, aż do zrealizowania nowej obietnicy.

Chociaż w miarę interesujący, List Normana nie wnosi za wiele do The Promised Neverland – to przedstawiciel tych light novel, które mają jedynie łatać dziury, dopisywać do już istniejącego kanonu, ale bez jego zmieniania. Działaja trochę jak te części z puzzli, które inni autorzy umieszczają w pozostawionych na nie miejscach, dopełniając obrazu, ale nie wnosząc zbyt wiele do ogółu historii. To nic złego – nieraz przecież po zakończeniu jakiejś mangi, książki czy serialu mamy duże poczucie niedosytu i chcielibyśmy się dowiedzieć jeszcze czegoś więcej, albo żeby ktoś nam niektóre wątki jednak domknął. Tego ostatniego raczej w Liście Normana nie uświadczymy, za to możemy wrócić w inny sposób do Grace Field House i przekonać się nieco dokładniej, jak wyglądało dorastanie mieszkańców sierocińca.


A teraz będzie niemiło

Jakkolwiek The Promised Neverland. List Normana jest miłą, odprężającą lekturą, to polskie jej wydanie może, niestety, przyprawić o zgrzytanie zębów. Dlaczego? Ponieważ ma zdecydowanie za dużą liczbę błędów. I to różnych, od pominięcia słów w zdaniach: „W [tej] samej [chwili] rozległ się donośny trzask […]” (s. 54), „[…] krzyknęła [i] pobiegła w stronę drzwi” (s. 74), przez użycia błędnych określeń: „Poprzedniej nocy po odprowadzeniu Emmy na wszelki upadek upewnił się […]” (s. 40), „Zadanie okazało się jednak niej trudniejsze, niż myślała.” (s. 58), do pozostawienia niepotrzebnych elementów zdania: „Czuł się zdradzony, jednak w został przegłosowany […]” (s. 92). Dziwi również używanie określenia „tomiki” (s. 60) w odniesieniu do atlasu anatomicznego, jaki w jednym z opowiadań Emma ściąga z półki, chociaż wyraźnie opisywany jest jako opasły wolumin. Nagminne są również nieuzasadnione powtórzenia, które można było wyeliminować w procesie redakcji oraz korekty. To naprawdę za dużo jak na liczącą ledwie 174 strony powieść wydrukowaną w charakterystycznych dla mangi wymiarach.

Nie list, a wspomnienia

List Normana to, pomijając kwestie wydania, przyjemna light novel, zabierająca czytelników w spokojniejszy czas w życiu Normana, Emmy i Raya. Będzie dobrą lekturą na lato, jeśli zignorujemy kwestie techniczne. A dołączone na koniec tomu szkice Grace Field House na pewno ucieszą fanki i fanów serii.

 

Tytuł: Yakusoku no neverland – Norman kara no tegami

Autor: Nanao, Kaiu Shirai, Posuka Demizu

Wydawnictwo: Waneko

Liczba stron: 174

ISBN: 978-83-8096-912-4

podsumowanie

Ocena
5

Komentarz

„The Promised Neverland. List Normana” to przyjemna powieść, która wprawdzie nie rozwija przedstawionej historii, a jedynie ją uzupełnia o wydarzenia z przeszłości trójki głównych bohaterów. Jako taka nie jest ani fenomenalna, ani szczególnie zła – ot, zbiór ciekawych urywków z życia dzieci z Grace Field House. Tym jednak, co zasługuje na wytknięcie, to słabe redakcyjno-korektorskie wydanie.
Agata Włodarczykhttp://palacwiedzmy.wordpress.com
Nie ma bio, bo szydełkuje cthulusienki.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu