Bezdenna otchłań komedii. „Mistrz romansu Nozaki” – recenzja mangi, tomy 6–10

-

Dlaczego przeczytałem już w sumie dziesięć tomów mangi, w której to fabuła wciąż drepcze w miejscu, bohaterowie mają maksymalnie po dwie cechy charakteru, a font powoduje u mnie ból głowy?
Tak dużo pytań, ale odpowiedź na szczęście tylko jedna: bo jest przezabawna.
Metafora

Mam nadzieję, że wybaczycie mi nadchodzące porównanie. Proszę, nie złośćcie się niepotrzebnie i dajcie mi wytłumaczyć moją pokrętną logikę do końca, dobrze? Otóż: Mistrz romansu Nozaki to połączenie kultowych Przyjaciół oraz nie mniej znanych w naszym pięknym kraju Świata według Kiepskich. Już wyjaśniam.

Jeśli czytaliście tomy 1-5 (zapewne tak, skoro spotykamy się przy recenzji kolejnych) to wiecie, iż manga to tak naprawdę jeden wielki scenopis sitcomu. Historii, w której to licealiści szarą codzienność zamieniają na dni pełne przygód i absurdów. Akcja bardzo rzadko wychodzi poza mury szkoły bądź mieszkania bohatera, a i poziom humoru obraca się wokół nieporozumień i dość nieskomplikowanych gagów. Nie jest to w żaden sposób wada, stwierdzam tu po prostu fakt. Pomimo tej oczywistej, na pierwszy rzut oka, budowy fabuły, Mistrz romansu Nozaki zawiera w sobie trochę sprzeczności.

nozakiMieszanka

Patrząc z jednej strony: kompletnie nic tu się nie dzieje. Tak, jak Ferdek Kiepski bez przerwy szuka okazji na łatwy zarobek i kłóci się z sąsiadami, tak Nozaki w kółko martwi się o następne rozdziały swego dzieła i prowokuje kolejne wydarzenia z tym związane. Zamiast wciąż narzekającej Halinki, mamy tu bezkrytyczną Chiyo… nie chcę zagłębiać się dalej w to porównanie, bo zmierzamy w niebezpieczne rejony. Pragnę tylko pokazać wam, jak wszystko w tej mandze jest statyczne. Każdy ma swoją rolę do odegrania, zmienia się tylko miejsce akcji i ewentualny powód zamieszania, przez co już dawno porzuciłem nadzieję na jakiekolwiek wyznanie uczuć przez główną parę.

Z drugiej jednak strony, choć fabuła nie zmierza w żadnym konkretnym kierunku, to „gdzieś” prowadzi. Co prawda w niewiarygodnie ślimaczym tempie, ale zawsze. To przede wszystkim (niczym w Przyjaciołach) zasługa bohaterów: zarówno tych pierwszo-, jak i drugoplanowych. Co z tego, że nie posiadają głębi? Przez długi czas jedynymi cechami charakteru Moniki Geller były pedantyczność i zbytnia kompetytywność, a tu wszystko, co mogę napisać o Mikoshibie, to „otaku” oraz „wstydliwy podrywacz”. Płytkie tło postaci nie niweluje jej charyzmy ani wpływu na otoczenie. Wystarczy spojrzeć na „głupka” Joeya, a w naszym przypadku „wredną” Seo.

Tak w skrócie

Całą mangę można podsumować prostym stwierdzeniem: dzieje się sporo, ale niewiele nowego. Jak już wspominałem, Nozaki wciąż szuka pomysłów na kolejne rozdziały, korzystając przy tym z pomocy znajomych i przyjaciół. Chiyo niezmiennie boi się wyznać mu miłość, choć o jej uczuciu wiedzą już praktycznie wszyscy. Mikoshiba stara się nie podrywać płci pięknej i ukrywać swoje oblicze otaku, ale słabo mu to wychodzi. Szkolna idolka, Kashima, ucieka z zajęć teatralnych, na które siłą zaciąga ją Hori, a Seo i Waka trwają w paradoksalnej relacji pod tytułem „kocham i nienawidzę jednocześnie”. Wszystko po staremu.


Ale właśnie dzięki temu mogę w każdej chwili wrócić do dowolnego rozdziału i wiem, że po rozdziałach mniej więcej już kilku stronach znacząco polepszy mi się humor. Tak, w kolejnych tomach pojawiają się czasem nowe postaci, dostają nawet swoje miniwątki. Ale ponownie – nie są tak bardzo rozbudowane, by swą głębią zaburzyć obraz całej mangi. A ten jest bardzo prosty: to lekka i przyjemna szkolna komedia, przy okazji parodiująca samą siebie i gatunek shojo jako całość. Wszystko, prędzej czy później, sprowadza się tu do śmiesznego nieporozumienia czy pretensjonalnego gagu. Żadnych filozoficznych rozmyślań nas sensem świata, czym jest miłość, dokąd zmierzamy i tak dalej. Maksymalny poziom skomplikowania fabuły to nieudane próby zeswatania ze sobą poszczególnych znajomych.

Żeby dobrze się bawić przy tej mandze, wystarczy choć na chwilę zapomnieć, ile ma się lat. I to nie ważne, w jakim naprawdę jest się wieku – nie dajcie sobie wmówić, że z sitcomów (nawet tych papierowych) nie wypada się śmiać!

Bezdenna otchłań komedii. „Mistrz romansu Nozaki” – recenzja mangi, tomy 6–10

 

Tytuł: Mistrz romansu Nozaki

Autor: Izumi Tsubaki

Gatunek: komedia, romans, shounen

Wydawnictwo: Waneko

podsumowanie

Ocena
8

Komentarz

Nic się nie dzieje i prawdopodobnie niewiele się wydarzy, ale z każdym kolejnym rozdziałem uśmiechałem się coraz szerzej.
Przemysław Ekiert
Przemysław Ekiert
W wysokim stopniu uzależniony od popkultury - by zniwelować głód korzysta z książek, filmów, seriali i komiksów w coraz większych dawkach. Popijając nowe leki różnymi gatunkami herbat, snuje głębokie przemyślenia o podboju planety i swoim miejscu we wszechświecie. Jest jednak świadomy, że wszyscy jesteśmy tylko podróbką idealnych postaci z telewizyjnych reklam.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu

Bezdenna otchłań komedii. „Mistrz romansu Nozaki” – recenzja mangi, tomy 6–10Nic się nie dzieje i prawdopodobnie niewiele się wydarzy, ale z każdym kolejnym rozdziałem uśmiechałem się coraz szerzej.