Będzie pan zadowolony. „Car Mechanic Simulator Classic” — recenzja gry

-

Dumnym posiadaczem prawa jazdy jestem od blisko dziesięciu lat. Zdałem za pierwszym razem: nie, żebym się chwalił, takie są po prostu fakty. Przejechałem „za kółkiem” tysiące kilometrów, jednak gdy przychodzi do choćby najmniejszej usterki w samochodzie… Nawet nie podejmuję walki. Niby wiem, jak to wszystko funkcjonuje — znam zasady działania silnika spalinowego, rozumiem, do czego służy rozrusznik oraz mechanizm różnicowy. Ale to tylko teoria. Co do praktyki, przyznaję to bez wstydu, rzeczywistość zmusza mnie do zadzwonienia po mego rodziciela. Dlaczego ja w ogóle usiadłem do tej gry?
Nowa stara wersja

Nie uprzedzajmy faktów. Przede wszystkim, czytelnikom należy się ostrzeżenie, by nie wpadli w pułapkę, w którą ja dałem się złapać. Otóż seria Car Mechanic Simulator, wydawana przez polskie studio PlayWay, (a konkretnie ich firmę córkę, Ultimate Games SA), ma niemałą historię. Począwszy od pierwszej wersji z 2014 roku, gra zdobywała coraz lepsze recenzje: najnowsza edycja, wypuszczona na PC przed trzema laty, osiągnęła na serwisie Steam ponad dziewięćdziesiąt procent pozytywnych recenzji. Jest się czym chwalić, nie zaprzeczę. Z marketingowego punktu widzenia, nie mogę także zganić drobnej, słowno-wizualnej sztuczki w recenzowanym dziś tytule. Myślę tu o  wyrazie „classic”, umieszczonym na żółtej tablicy rejestracyjnej, używanej w Polsce wyłącznie dla aut zabytkowych. Zasugerowało mi to jednoznacznie, wraz z amerykańskim hot-rodem w tle, że podczas rozgrywki będę miał do czynienia z naprawą troszkę starszych samochodów, dosłownie: klasyków. Których to, swoją drogą, jestem wielkim fanem. Me nadzieje zostały jednak szybko rozwiane: w tym przypadku „classic” oznacza wersję gry opartą na tej z 2015 roku, w swoim czasie całkiem dobrze przyjętej przez krytyków. Moja wina, nie sprawdziłem, mam za swoje. Niestety.

Screen z gry

Ałć

Ponieważ edycja ta nie zestarzała się dobrze, co zresztą sami widzicie na załączonych zrzutach ekranu. Upływające lata są nad wyraz zauważalne. W dużym skrócie mógłbym przyznać, że jest po prostu „ok”, ale nie mogę. Zwyczajnie nie dam rady wiedząc, że na przykład w 2012 roku wydano dużo bardziej miłe dla oka, kultowe Need for Speed: Most Wanted.

Modele samochodów są zwyczajnie brzydkie, kolory lakierów blade, natomiast barwy otoczenia rażą wysokim kontrastem. Wystrój warsztatu to już nie minimalizm, tylko skrajna bieda. Z większością przedmiotów nie da się w żaden sposób wejść w interakcję, a część jest zwyczajnie nadrukowana na ścianach. I w dodatku ta muzyka… Nie wiem, kto tu odpowiadał za ścieżkę dźwiękową, ale nie można nią nazwać dwóch zapętlających się utworów, będących mieszanką dance i techno.


Kolejny gwóźdź do trumny to sterowanie. Na każdym kroku widać i czuć, że ten symulator został stworzony na pecety. Kontroler konsoli nie radzi sobie w tym przypadku tak dobrze jak komputerowa myszka. Oś X i Y obsługi kamery zmienia się w zależności od trybu, poruszanie się jest zwyczajnie zabawne, a obsługa prostego menu sklepu z częściami wymaga sporej dozy cierpliwości. Krótko mówiąc: podczas rozgrywki całkiem nieźle się bawiłem.

Screen z gry

Paradoks

Dobrze przeczytaliście, oczy was nie mylą. W gruncie rzeczy Car Mechanic Simulator Classic nie jest taki zły. Prowadząc warsztat, przyjmujemy coraz to nowe zlecenia, zróżnicowane pod względem trudności, jak i późniejszej zapłaty za wykonanie zadania. Przyjdzie nam między innymi wymienić filtr paliwa, pasek rozrządu, zająć się dziurawą rurą wydechową, ale też „wyklepać” i pomalować karoserię. Z czasem nasze zarobki rosną, tak jak i punkty doświadczenia. Te możemy wydać na różnego rodzaju ulepszenia, na przykład szybsze odkręcanie śrub, albo warsztat naprawczy, gdzie będziemy mieli szansę zmniejszyć koszty i przywrócić zepsute części do stanu używalności.

Do każdego zlecenia dostajemy listę uszkodzeń. Lokalizujemy więc dany element (tu pomaga tryb kamery, pokazujący na czerwono niedziałające poprawnie podzespoły samochodu) i zabieramy auto na podnośnik. Tam nierzadko jesteśmy zmuszeni rozkręcić pół auta, by dostać się do tego, co nas interesuje. Teraz wystarczy tylko kupić nowe części i skręcić wszystko z powrotem: tu także pomoże system gry, podświetlając kolejno, co następnie należy zamontować. Jeśli na liście wszystko odhaczone, kończymy zlecenie i otrzymujemy honorarium, wraz z ogromem satysfakcji.

Przyznaję, zanim zrozumiałem pracę kamery i nauczyłem się obsługi menu oraz kontrolera, minęło pół godziny. Samouczek niestety ogranicza się do porad typu: „Żeby zamontować nową część, musisz ją najpierw kupić”. Aha. Fajnie. Ale gdy w końcu udało mi się wymienić akumulator, poczułem taki przypływ dumy… Aż ciężko to opisać. Mimo to, nie będę do mojego warsztatu wracał zbyt często.

Screen z gry

Niestety

Ponieważ to gra nie dla nie fanów samochodów, lecz pasjonatów mechaniki. Choć udane naprawy dają sporo frajdy, są mozolne i zajmują sporo czasu. Aby zarobić na pierwsze ulepszenia, będziecie musieli wymienić naprawdę dużo pomp paliwowych. Zdobywanie środków pieniężnych oraz punktów XP zahacza już o grind. W dodatku w tej edycji twórcy nie pozyskali jeszcze licencji producentów samochodów, przyjdzie nam więc naprawiać „klony” aut spotykanych na ulicach, tyle że ukryte pod dziwnie brzmiącymi nazwami.

Car Mechanic Simulator Classic, jak większość symulatorów, skierowany jest do konkretnej grupy odbiorców. Paradoksalnie, mnie odrzucił wyglądem i sterowaniem, ale zachęcił do sprawdzenia najnowszej odsłony serii.

  • prosta, relaksująca rozgrywka,
  • wiele opcji i filtrów kamery,
  • możliwość rozwoju warsztatu,
  • ogromna satysfakcja po udanej naprawie.

  • odrzucająca oprawa graficzna,
  • irytująca ścieżka dźwiękowa,
  • problemy ze sterowaniem na kontrolerze,
  • wymuszony grind,
  • brak pełnoprawnego samouczka,
  • „podróbki” znanych marek samochodów,
  • brak języka polskiego.

podsumowanie

Ocena
5

Komentarz

Dajcie sobie spokój z tą edycją gry: choć potrafi zrelaksować, zdecydowanie częściej będzie irytować oraz męczyć oczy i uszy. Widać, że to pierwsze kroki studia — lepiej sprawdźcie wersję z 2018 roku, wygląda na dużo bardziej dopracowaną.
Przemysław Ekiert
W wysokim stopniu uzależniony od popkultury - by zniwelować głód korzysta z książek, filmów, seriali i komiksów w coraz większych dawkach. Popijając nowe leki różnymi gatunkami herbat, snuje głębokie przemyślenia o podboju planety i swoim miejscu we wszechświecie. Jest jednak świadomy, że wszyscy jesteśmy tylko podróbką idealnych postaci z telewizyjnych reklam.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu