Absurdalny konflikt. „II wojna domowa” – recenzja komiksu

-

Trzy lata po amerykańskiej premierze na polski rynek trafia komiks II wojna domowa. To kolejny z wielkich eventów świata Marvel Comics, z jakim mamy przyjemność się zetknąć. No właśnie, czy słowo przyjemność jest w tym przypadku adekwatne do tego, co dostajemy? Nie jestem co do tego do końca przekonany.

Mało który event Domu Pomysłów był w ostatnich latach tak mocno krytykowany, jak właśnie II wojna domowa. Trzeba postawić sprawę jasno. Wydawnictwo to jest tylko  wypadkową premiery filmu Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów, opartego na pierwszej, oryginalnej Wojnie Domowej. W tamtym przypadku naprzeciw sobie stanęli Iron Man i Kapitan Ameryka. Spór dotyczył, tak w skrócie, przymusowej rejestracji superbohaterów, a co za tym idzie, kontrolowania ich przez państwo. Łączyło się to m.in. z ujawnieniem tożsamości mnóstwa postaci, co według Steve’a Rogersa i jego popleczników miało doprowadzić do niemiłych konsekwencji. Iron Man uważał natomiast, że będą z tego same korzyści i należy podporządkować się państwu. Co z tego wyszło, to już historia. A jak to wygląda w komiksie autorstwa Briana Michaela Bendisa?

Dwie strony konfliktu

W II wojnie domowej mamy oczywiście dwie strony barykady. Po jednej, tak jak w poprzedniej Wojnie domowej, stoi Tony Stark. Po drugiej znajduje się Carol Danvers aka. Kapitan Marvel, którą powinniście znać z ubiegłorocznej produkcji kinowej Marvel Studios. Przyczyną ich konfliktu jest niejaki Ulysses. To młody chłopak, który okazuje się być Inhumanem. Do odkrycia tego dochodzi podczas kontaktu z terrigenową mgłą, która uwalnia uśpione geny i aktywuje u nosiciela przeróżnej maści umiejętności i cechy fizyczne. Efekt styczność z mgłą może być różnoraki, a po wykluciu się z kokonu (bo tak odbywa się ten proces), może okazać się, że dany osobnik otrzyma np. umiejętność latania, strzelania energią albo gorzej – zamieni się w odrażającą bestię. Co trafiło się Ulyssesowi? Zaczął przewidywać przyszłość. Tę umiejętność postanowiła wykorzystać Kapitan Marvel, która postawiła sobie za cel ochronę Ziemi. Nie muszę chyba dodawać, że zamierza wypełnić swoje założenia za wszelką cenę, co doprowadza do szeregu tragicznych wydarzeń.

Po co to komu?

Nie oszukujmy się. Event został stworzony na siłę, jako dodatek do filmu o Kapitanie Ameryce, bo tak wypadało. Nadarzyła się okazja i Marvel Comics ją wykorzystało. A to, że treść komiksu w żaden sposób nie będzie pokrywać się z treścią filmu, mało kogo obchodziło. I w sumie ok, wcale pokrywać się nie musiała, ale wypadałoby, żeby prezentowała chociaż zadowalający poziom i zostawiała czytelnika z satysfakcją z ukończenia dobrego czytadła. Tak niestety nie jest. Na kartach tego komiksu dochodzi bowiem do serii tak niedorzecznych wydarzeń, do wymiany tak absurdalnych dialogów, że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, co trzymam w dłoniach. Czy przypadkiem nie wpadł mi w ręce efekt wyobraźni kilkuletniego dziecka? Nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle razy łapałem się za głowę, nie wierząc w to,, co przed chwilą przeczytałem. 

Absurd goni absurd

Tak w skrócie oto prezentuje się poziom wymysłów Bendisa. Wsadza on w usta bohaterów coraz to bardziej niedorzeczne dialogi, robiąc z nich bandę narwańców zapatrzonych w siebie. O ile jeszcze argumenty Tony’ego Starka mają jakieś logiczne podłoże, to Carol Danvers zachowuje się tutaj jak niespełna rozumu zdesperowana bojowniczka o pokój. Doprowadza do kilku tragedii i zupełnie nic sobie z tego nie robi. Zginęła jakaś ważna postać? Oj, no stało się, tak bywa, trzeba żyć dalej. Takich sytuacji jest tu na pęczki i zdecydowanie nie daje to satysfakcji z lektury, a wręcz obraża inteligencję czytelnika. To, w jaki sposób reszta bohaterów wybiera stronę konfliktu, pozostawię bez komentarza, bo brakuje w tym jakiejkolwiek logiki.


Rozczarowanie

Już wcześniej słyszałem sporo negatywnych opinii o II wojnie domowej, ale nie spodziewałem się, że to tak słaby komiks. Na dodatek, by w pełni zapoznać się z historią i motywacją niektórych bohaterów, trzeba sięgnąć po inne wydawnictwa, takie jak chociażby Niezwyciężony Iron Man, czy tie-iny o Spider-Manie i X-Menach. Bez tego event wydaje się niekompletny, ale taka już specyfika tych wielkich komiksowych wydarzeń, że aby w pełni poznać historię, wypada zapoznać się z pobocznymi tytułami. Niemniej uważam II wojnę domową za pozycję rozczarowującą i zbędną, która wprowadziła do komiksowego świata Marvela masę niedorzeczności i absurdów, a niektóre postacie ukazała w bardzo dziwnym świetle. Na plus mógłbym zaliczyć jedynie warstwę wizualną, bowiem David Marquez nie zawodzi i dostarcza kilku wizualnych perełek.

 

Tytuł: II wojna domowa

Scenarzysta: Brian Michael Bendis

Ilustrator: David Marquez

Wydawnictwo: Egmont

Liczba stron: 288

podsumowanie

Ocena
5

Komentarz

„II wojna domowa” wydaje się stworzona na siłę, tylko po to, by towarzyszyć swojemu kinowemu odpowiednikowi. Za dużo tu bzdur fabularnych, aby móc nazwać tę lekturę satysfakcjonującą i wartą uwagi.
Bartosz Tomaszewski
Za dzieciaka na Gwiazdkę dostał pierwszą trylogię “Gwiezdnych Wojen” na kasetach VHS i to był moment, w którym na dobre rozkochał się w kinie. Prawdopodobnie nigdy nie dorośnie. Zbiera LEGO i uwielbia pandy, z którymi się utożsamia. Kino trykociarskie, komiksy superhero, science-fiction, Rammstein i Manchester United, to rzeczy, do których ma słabość i jest im w stanie wiele wybaczyć. Na insta znajdziecie go pod nickiem bartoszewsky1989.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu